Masowe demonstracje mieszkańców na ulicach po raz kolejny zwróciły uwagę światowej opinii na liczący 7,5 mln mieszkańców Hongkong. To organizm pozornie mały, ale wiele znaczący, co widzimy po raz kolejny.

Oburzenie wywołał projekt ustawy o ekstradycji, który dawał możliwość kierowania mieszkańców tego Specjalnego Regionu Autonomicznego (SAR) ChRL pod jurysdykcję Pekinu. Faktycznie powodów do niepokoju i wzajemnych napięć między władzami centralnymi a mieszkańcami enklawy jest jednak o wiele więcej. Stawką jest oblicze Hongkongu i jego przyszła rola. Czy ma wyglądać tak jak reszta Chin, czy jednak zachowa własną tożsamość i odrębną specyfikę?

Hongkong to jeden z czterech tzw. azjatyckich tygrysów gospodarczych, obok Korei Południowej, Singapuru i Tajwanu. Był pośród nich najbardziej specyficzny, bo pozbawiony charakterystycznego dla nich państwowego interwencjonizmu. Pozostał taki, z ducha leseferystyczny, po przejęciu nad nim 1 lipca 1997 r. suwerennych praw przez władze ChRL, na zasadzie zaproponowanej przez Deng Xiaoping formuły „jeden kraj, dwa systemy”, która ma obowiązywać przez 50 lat.

Tyle tylko, że mieszkańcy widzą, iż ich specjalne prawa i utrzymane wolności są przez Pekin stale ograniczane. To dlatego przed pięciu laty zaangażowali się w „rewolucję parasolkową”, a teraz wyszli na ulice po raz kolejny. Formalnie domagają się dymisji szefowej lokalnej administracji, zaufanej Pekinu (bo inna osoba tej ważnej funkcji pełnić nie może) pani Carrie Lam (Cheng Yet-ngor), faktycznie jednak walczą o swój status i przyszłość.

Agenda mieszkańców

Według publikowanego od 1995 r. i obejmującego 186 organizmów rankingu wolności gospodarczej na świecie przez renomowaną Heritage Foundation, Hongkong nadal jest podmiotem zajmującym pod tym względem pozycję globalnego lidera, wyprzedzając Singapur, Nową Zelandię i Szwajcarię (ostatnia tabela z wynikami tutaj). A ujmowane są w tym badaniu nie tylko takie podstawowe kryteria, jak wolność gospodarowania, prowadzenia biznesu czy finansów, ale też jakość rządów prawa oraz zakres ingerencji państwa w gospodarkę, w takich kategoriach jak obciążenia podatkowe, przestrzeganie prawa własności, wydatki socjalne, począwszy od tych na ochronę zdrowia.

Pierwsze, czego najbardziej obawiają się mieszkańcy Specjalnego Regionu Administracyjnego, to utrata tych przywilejów i wolności. Nie chcą ani forsowanej przez panią Carrie Lam ustawy ekstradycyjnej, ani jej samej, a nawet wtrącania się we wszystko Pekinu, którego pod rządami coraz bardziej autorytarnego Xi Jinpinga po prostu się boją, choć nie na tyle, by nie wyjść ponownie na ulice.

Widzą, co dzieje się na terenie ChRL, dostrzegają ograniczanie tam wolności i obawiają się tego samego u siebie. Zdają sobie sprawę z tego, że w ramach formuły „jedno państwa, dwa systemy”, te ostatnie gdzieś znikają i podlegają erozji na rzecz coraz silniejszego państwa i jednego w nim lidera, czego absolutnie nie chcą i czemu dali tak głośny wyraz. Boją się całkowitej sinizacji.

Czego dowodzą opublikowane w grudniu 2018 r. badania Uniwersytetu w Hongkongu na temat tożsamości mieszkańców byłej kolonii?

Teraz jako „mieszkańcy Hongkongu” identyfikuje się aż 80,8 proc. jego obywateli, 74,1 proc. twierdzi, że są „Azjatami”, 67,3 proc. „przedstawicielami chińskiej rasy”, podczas gdy jako Chińczycy identyfikuje się 62,4 proc. z nich, a „mieszkańcy ChRL” – 57,1 proc. Co znamienne, we wszystkich ostatnich badaniach stopień identyfikacji mieszkańców z Chinami i ChRL maleje (wyniki tutaj).

Nie bez znaczenia są tu zapewne ujawnione publicznie wiosną 2017 r. plany Pekinu dotyczące przyszłości Rzeki Perłowej i budowy na jej obszarze największego megalopolis na globie, złożonego z 9 wielkich miast tego regionu (Hongkong, Makau, Kanton, Shenzhen, Zhuhai i inne). Plany te już są wdrażane w życie w postaci budowy łączących te miejskie organizmy linii metra, a ich częścią jest oddany w 2018 r. najdłuższy, liczący 55 km, most nad falami morza, łączący Hongkong z Macao i Zhuhai.

Doprowadzenie tego projektu do końca sprawi, że Hongkong po prostu stanie się jedną z dzielnic wielkiego megamiasta, a wtedy formuła „jeden kraj, dwa systemy” po prostu straci rację bytu, natomiast końcowa data jej obowiązywania, czyli 1 lipca 2047 r. też przestanie obowiązywać.

Agenda Pekinu

Jako brytyjska kolonia Hongkong otrzymał miano kury (lub gęsi) znoszącej złote jaja brytyjskiej Koronie. Po zmianie statusu niewiele się zmieniło, bowiem miasto pozostało wielce intratnym podmiotem gospodarczym, tym razem przynoszącym ogromne korzyści dla Chin. Tak było i poprzednio, bowiem Mao Zedong nie dokonał nań inwazji tylko dlatego, że nawet w latach „rewolucji kulturalnej” było to dla Pekinu – wtedy jedyne – okno na świat (choć w gorącym 1967 r. doszło na jego terenie do antybrytyjskich rozruchów). Po 1997 r. ten status został nie tylko podtrzymany, lecz jeszcze wzmocniony.

Chiny kontynentalne są nadal najważniejszym partnerem handlowym tego obszaru żyjącego przede wszystkim z handlu (obroty handlowe wynosiły 312 proc. PKB w 2018 r.), a ich wzajemne obroty przekraczają w ostatnim czasie 50 proc. całości obrotów Hongkongu (podczas gdy w 1978 r, u progu reform w ChRL, wynosiły tylko 9,7 proc., szczegółowe dane tutaj).

To efekt podpisanej 29 czerwca 2003 r. umowy o bliskim partnerstwie gospodarczym (Closer Economic Partnership Arrangement – CEPA), na mocy której obniżono do minimum lub całkiem zniesiono wzajemne bariery taryfowe i pozataryfowe i wprowadzono rozwiązania promujące obustronny handel i inwestycje.

W efekcie kwitnie nie tylko wzajemna wymiana, także osobowa, ale przede wszystkim inwestycje. Hongkong pozostaje największym inwestorem na terenie ChRL (51,7 proc. ogółu BIZ na terenie ChRL w połowie tej dekady), ale równocześnie ponad 1500 największych chińskich firm ulokowało swe siedziby i biura w tym mieście.

Korzystają na wzajemnej liberalizacji obydwie strony, ale bardziej Chiny kontynentalne. Gdy przejmowały nad byłą kolonią suwerenne prawa, relatywnie mały Hongkong dawał aż 16,5 proc. ogółu PKB wielkich Chin, dzisiaj jest to niewiele ponad 3 proc., co świadczy – z jednej strony – o ogromnym postępie na terenie ChRL, a z drugiej – wyraźnym osłabieniu znaczenia Hongkongu w całym mechanizmie gospodarczym Chin kontynentalnych.

W ten oto sposób na postępującą sinizację Hongkongu, tzn. upodobnianie realiów, w tym politycznych i instytucjonalnych, do tych obowiązujących w ChRL, nałożył się proces dokładnie odwrotny, tzn. honkongizacja Chin w wymiarze materialnym i gospodarczym. Po prostu inne wielkie miasta w Chinach zaczęły się do SAR Hongkongu szybko upodabniać, a na dodatek jeszcze – z woli władz centralnych – giełdy w Szanghaju i sąsiadującym z enklawą Shenzhen są bezustannie wzmacniane, kosztem tej w Hongkongu.

Chociaż ta ostatnia, legitymująca się ogromną tradycją (utworzona w 1891 r.) pozostaje czwartą największą giełdą na świecie, a jej indeks Hang Seng pozostaje jednym z kluczowych w międzynarodowych rozliczeniach, to jednak znaczący jest fakt, że aktualnie aż osiem z dziesięciu największych firm lokowanych na niej wywodzi się z ChRL.

Wysoka stawka

Jak widać, formalnie mamy do czynienia z naczyniami coraz bardziej połączonymi, zgodnie z wolą i wizją władz w Pekinie. Tyle tylko, że obecnie ta wizja nie sprowadza się już do formuły „jeden kraj, dwa systemy”, tylko do mocno forsowanej przez Xi Jinpinga koncepcji wielkiego renesansu chińskiego narodu, a ta w sposób niemalże otwarty zakłada inkorporację do Wielkich Chin nie tylko Hongkongu czy Makao, ale także – i przede wszystkim – Republiki Chińskiej na Tajwanie.

Tymczasem wszyscy mieszkańcy po obu stronach Cieśniny Tajwańskiej, w tym w Hongkongu, doskonale wiedzą, iż na wyspie nadchodzą wybory, które w styczniu 2020 r. wyłonią nowego prezydenta. Ponieważ obecna administracja pani Tsai Ing-wen ma kłopoty natury wewnętrznej, głównie gospodarczej (także z racji przykręcenia śruby przez Pekin) nie można wykluczyć, jak świadczą sondaże, że wygra kandydat Partii Narodowej – Guomindangu. A ta, w przeciwieństwie do przedstawicieli rządzącej teraz Demokratycznej Partii Postępowej, sceptycznie nastawionych do zbliżenia z kontynentem, daje sygnały, iż jest na takie zbliżenie gotowa.

I to właśnie jest, kto wie czy nie największe, przesłanie płynące z ostatnich wielkich demonstracji na terenie Hongkongu: patrzcie, Tajwańczycy, do czego może doprowadzić inkorporacja do organizmu o nazwie Chińska Republika Ludowa; możecie stracić własną tożsamość i wiele wolności, podobnie jak teraz my.

Pekin to też widzi i doskonale wie. Nie jest więc żadnym zaskoczeniem fakt, że w przeddzień wycofania się pani Carrie Lam i całej administracji z przyjęcia projektu kontrowersyjnej ustawy, w jej siedzibie doszło do spotkania z wysłannikiem Pekinu. Szefowa administracji Hongkongu z projektu się wycofała i przeprosiła, ale ustawę jedynie zawieszono, a nie wrzucono do kosza. To 1 lipca 2019 r., w rocznicę przejęcia nad nim suwerennych praw przez ChRL, wyprowadziło młodzież Hongkongu ponownie na ulicę i pod parlament.

Władze w Pekinie, mające na porządku dziennym trudności i wojnę handlową z Amerykanami, jak też znając wyniki sondaży przed nadchodzącymi wyborami na Tajwanie, najwyraźniej teraz odpuszczają. Szermują hasłami liberalizacji, globalizacji i otwartych rynków. Tyle tylko, że osoby mówiące po chińsku – bez względu na to, jak się identyfikują – doskonale wiedzą i widzą, że Xi Jinping na scenie wewnętrznej postępuje wręcz odwrotnie i władzę centralizuje oraz monopolizuje, a niektóre grupy obywateli, w tym prawników czy intelektualistów, po prostu zastrasza.

Ta perspektywa rosnącej autokracji wcale się światłym kręgom nie podoba – i to one wypchnęły masowo mieszkańców Hongkongu, w tym głównie młodzież, na ulice. „Piąta generacja przywódców” w Pekinie, jak się samo-definiuje, podobnie jak „przewodniczący od wszystkiego” (bo tyle nazbierał stanowisk), jak definiują Xi Jinpinga uważni obserwatorzy, mają teraz o czym myśleć. Chcą Wielkich Chin i ich renesansu, ale jak to osiągnąć, jeśli samymi narzędziami ekonomicznymi najwyraźniej się nie da? Nie wszystkich można kupić, a wolność nie jest na sprzedaż – krzyczą głośno mieszkańcy Hongkongu i to przesłanie jest jasne zarówno tam, jak w Pekinie, Tokio czy Waszyngtonie.

Gra o Chiński Renesans toczy się w najlepsze. Jeszcze nie wiadomo, czym się skończy, choć śmiałe plany Pekinu są dobrze znane. Jednakże bez spokoju w Hongkongu i Tajwanu (którego mieszkańcy demonstrantów w Hongkongu otwarcie popierali) tych planów zrealizować się nie da.

Bogdan Góralczyk - Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, politolog, dyplomata, znawca Azji

Otwarta licencja

 

 


Bądź na bieżąco

Najczęściej Czytane