Unijne hutnictwo jest pierwszą ofiarą polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Od zeszłego roku produkcja spada. Jednocześnie rośnie import stali spoza UE – z krajów, gdzie nie ma obciążeń finansowych wynikających z polityki klimatycznej.

W pierwszym półroczu 2019 r. produkcja unijnego hutnictwa stali, zatrudniającego 330 tys. osób (w firmach kooperujących z nim pracuje 2,2 mln ludzi), zmniejszyła się o 2,5 proc. w porównaniu z pierwszą połową 2018 roku. Mimo że w tym czasie prawie na całym świecie produkcja stali wzrosła o 4,6 proc., w Indiach o 4 proc., a w Chinach, które są głównym wytwórcą na świecie (mają połowę udziału w światowej produkcji) aż o 10 proc.

Podobnie ma być w całym 2019 r. Powtórzy się tym samym sytuacja z 2018 r., w którym globalna produkcja stali wzrosła, ale w UE zmalała. Jednocześnie w krajach unijnych szybko rośnie import stali spoza Unii Europejskiej – z Azji, Rosji czy Ukrainy. W zeszłym roku import wzrósł o 12 proc., co oznaczało zwiększenie jego udziału w unijnym rynku, kosztem producentów z UE.

Efekt jest taki, że w wielu unijnych krajach ogranicza się produkcję stali. W pierwszym półroczu 2019 r. spadła w Niemczech o 5,8 proc, we Włoszech o 2,5 proc., a w Polsce aż o 8 proc. Wzrosła natomiast produkcja we Francji (o 3,4 proc.) oraz w Hiszpanii (o 2,3 proc.)

Uprawnienia dobijają hutnictwo

Produkcję ograniczono m.in. w hiszpańskiej hucie w Gijon. We Włoszech w hucie koncernu Arcelor Mittal w Taranto zmodernizowano wielki piec (jeden z największych w UE), ale po zakończeniu modernizacji nie uruchomiono go – właśnie ze względu na sytuację rynkową. Huta stali w Koszycach na Słowacji zapowiedziała, że do 2021 r. zmniejszy zatrudnienie aż o 2,5 tys. osób, czyli o 1/4.

Wiele złych wieści dla sektora hutniczego płynie także z Polski. Najpierw, jeszcze przed tegorocznymi wakacjami, koncern Arcelor Mittal zapowiedział, że zamknie na pewien czas wielki piec i stalownię w krakowskiej hucie, przy których zatrudnienie ma ponad tysiąc osób. Potem splajtowała Huta Częstochowa, zatrudniająca 1,2 tys. osób, a firmy kooperujące z nią 5 tys. Jakby tego było mało, w ostatnich tygodniach przed widmem bankructwa stanęła Huta Pokój w Rudzie Śląskiej, a oprócz tego zmniejszono produkcję w Hucie Łaziska.

Przyczyną problemów hutnictwa w UE był wzrost cen uprawnień emisji CO2: z 5-6 do 25 euro za tonę.

Poważne problemy unijnego hutnictwa zaczęły się w zeszłym roku. Ich główną przyczyną był kilkukrotny wzrost cen uprawnień emisji dwutlenku węgla – z 5-6 euro do 25 euro za tonę. To uderzyło w sektor hutniczy podwójnie.

Po pierwsze, jest on jednym z największych emitentów CO2 w sektorze przemysłu, więc jego koszty zakupu uprawnień do emisji dwutlenku węgla wzrosły.

Po drugie, taki wzrost cen uprawnień doprowadził do tego, że w wielu krajach UE podrożała energia elektryczna. Szczególnie tam, gdzie w dużym stopniu produkuje się ją jeszcze z węgla, czyli m.in. w Polsce, Czechach czy Niemczech (w naszym kraju, przy obecnej cenie uprawnień do emisji CO2, koszt zakupu w przeliczeniu na 1 megawatogodzinę stanowi ponad 30 proc. hurtowej ceny).

Energetyka, zwłaszcza węglowa, odpowiada za największą część emisji CO2 w Europie i jest najbardziej obciążona kosztami zakupu uprawnień do emisji. Przy czym elektrownie mogą przerzucić te koszty na swych odbiorców (wliczając je do ceny prądu). Wiele innych sektorów przemysłu, np. hutnictwo, nie może.

Prądu nie da się bowiem łatwo importować, jego import do krajów unijnych spoza UE jest śladowy. Tymczasem unijne hutnictwo czy inne najbardziej energochłonne (a więc i emitujące najwięcej CO2) branże muszą rywalizować z konkurencją z całego świata.

Podwyżki zmniejszają rentowność

Zakup energii elektrycznej to w przypadku hut stali od 8 do 30 proc. kosztów produkcji (tak duży rozstrzał bierze się z tego, że udział prądu w kosztach jest w elektrycznych stalowniach dużo wyższy niż w pozostałych). To największy wydatek obok zakupu surowca do produkcji. Dlatego każda większa podwyżka cen prądu, przy niskich marżach w hutnictwie stali, mocno uderza w rentowność.

Gdy w UE bardzo podrożała energia elektryczna, a jednocześnie unijne huty musiały dużo więcej płacić za zakup uprawnień do emisji CO2, wtedy zaczęły przegrywać na swym macierzystym rynku z hutami spoza Unii Europejskiej. One bowiem nie muszą kupować uprawnień emisji CO2 (na całym świecie tylko w UE przemysł i energetyka są objęte obowiązkiem zakupu uprawnień do emitowania dwutlenku węgla) i korzystają z dużo tańszej energii. W dodatku mają dużo mniej rygorystyczne normy związane z ochroną środowiska, np. z odpadami czy ochroną powietrza przed zanieczyszczeniem. To też daje przewagę konkurencyjną (niższe koszty) nad hutami z UE.

Polska zwiększa import

Polskę dotyka to szczególnie, bo to właśnie w naszym kraju jest największy w całej UE udział węgla w produkcji energii elektrycznej. To zaś oznacza, że polska energetyka ma najwyższy wskaźnik emisji CO2 w Unii Europejskiej (produkcji prądu z węgla towarzyszy dwa razy większa emisja dwutlenku węgla niż wtedy, gdy wytwarza się go z gazu) i wzrost cen uprawnień do emisji uderza w nią najbardziej.

Zamknięcie wielkiego pieca i stalowni w Krakowie spowodowane było wzrostem cen energii i uprawnień do emisji CO2.

Ogłaszając okresowe zamknięcie wielkiego pieca i stalowni w Krakowie, właściciel krakowskiej huty – Arcelor Mittal (największy koncern metalurgiczny na świecie) nie krył, że wiąże się to ze wzrostem cen energii i uprawnień do emisji CO2 (ceny energii elektrycznej dla przemysłu są w Polsce wyższe niż w Niemczech, krajach skandynawskich czy w Czechach) oraz dużym wzrostem importu stali spoza UE. To było też jedną z głównych przyczyn bankructwa Huty Częstochowa, ale i kłopotów Huty Pokój. Warto więc wspomnieć, że np. import stali z Rosji do Polski wzrósł w pierwszym półroczu 2019 r. o 110 proc. – do 1,5 mln ton.

Kosztowna emisja CO2

Dlaczego ceny uprawnień do emisji CO2 tak bardzo wzrosły? Wcześniej, przez kilka lat, utrzymywały się na niskim poziomie. Na tyle niskim, że nie zmuszały energetyki czy przemysłu do poważnej redukcji emitowanego dwutlenku węgla, jakiej oczekiwały od nich władze UE.

Unia Europejska postanowiła być bowiem światowym liderem w walce z globalnym ociepleniem klimatu i w zmniejszaniu emisji CO2. I postawiła bardzo ambitne cele, dużo ambitniejsze niż pozostała część świata. Wyrażały się m.in. w założonej w określonym czasie redukcji emisji CO2. W latach 2007-2020 miała się zmniejszyć w UE o 20 proc.

Głównym narzędziem, które ma to umożliwić, jest tzw. unijny system handlu emisjami – EU ETS. Objęto nim ponad 10 tys. elektrowni i zakładów produkcyjnych w UE – największych na jej obszarze emitentów dwutlenku węgla. System polega na tym, że muszą płacić za coraz większą część swej emisji CO2, a docelowo będą musiały płacić za każdą wyemitowaną tonę dwutlenku węgla.

Problem polegał na tym, że niemal od początku cena uprawnień do emisji tego gazu była niższa niż zakładała Komisja Europejska. Za niska, by firmom objętym EU ETS opłacało się ograniczać ilość emitowanego dwutlenku węgla, zmniejszać ją w takim tempie, w jakim życzyła sobie tego Bruksela. Inwestycje prowadzące do redukcji ilości CO2 wypuszczanego do atmosfery są bowiem bardzo kosztowne i tylko przy odpowiednio wysokiej cenie uprawnień mają sens ekonomiczny.

W pewnym momencie cena uprawnień do emisji CO2 zaczęła nawet rosnąć, ale po kryzysie w 2008 r. (jego następstwem był m.in. spadek produkcji oraz konsumpcji w wielu krajach UE, co skutkowało niższym zapotrzebowaniem na uprawnienia do emisji dwutlenku węgla) znów spadła do bardzo niskiego poziomu 5-7 euro za tonę. I nie mogła się z niego dźwignąć. Dlatego władze UE postanowiły doprowadzić do jej kilkukrotnego podwyższenia metodami administracyjnymi. Sztucznie, odgórnie, ograniczając pulę uprawnień do emisji.

Spekulacje uprawnieniami

Bruksela zdecydowała się na użycie dwóch narzędzi ograniczających podaż CO2. Najpierw zastosowała tzw. backloading, polegający na przesunięciu części puli uprawnień do emisji na kolejne lata. Potem, na początku 2019 r., uruchomiona została tzw. Rezerwa Stabilności Rynkowej (Market Stability Reserve – MSR), działająca podobnie jak interwencyjny skup rolny. Gdy cena uprawnień do emisji CO2 jest zdaniem Brukseli zbyt niska, to wtedy ich część „zdejmuje się” z rynku, przekazując do wyżej wspomnianej rezerwy. Gdy zaś za wysoka, wtedy z rezerwy trafi na rynek, zwiększając podaż i zmniejszając w ten sposób ceny.

MSR została jednak tak zaprojektowana, by trafiły do niej także te uprawnienia, które przesunięto na kolejne lata w ramach backloadingu. Efektem jest więc trwałe zmniejszenie podaży uprawnień od początku tego roku aż o 1/4, co już w 2018 r. podbijało cenę tych papierów. Bo wiele firm kupowało ich więcej, chcąc zdążyć przed spodziewaną, styczniową podwyżką. Zdarzały się zapewne także inwestycje spekulacyjne: ktoś skupował uprawnienia do emisji CO2, zakładając, że znacząco podrożeją i chcąc je później sprzedać z zyskiem.

Efekt był taki, że w ciągu kilku miesięcy ceny uprawnień skoczyły do 25-27 euro. I nic nie wskazuje na to, by miały zacząć spadać – ich znaczące obniżenie jest możliwe tylko w przypadku kryzysu gospodarczego w UE.

Nieuchronne zmniejszenie produkcji

Bruksela jest zadowolona z takiego obrotu wydarzeń. Przedstawiciele najbardziej energochłonnych, a więc zarazem emitujących najwięcej CO2 sektorów przemysłu (to hutnictwo metali i szkła, rafinerie paliw, przemysł cementowy, papierniczy, chemiczny oraz wytwórcy glazury, terakoty i ceramiki sanitarnej), biją jednak na alarm. Przestrzegając, że we wszystkich tych branżach dojdzie – jeśli unijna polityka klimatyczna nie zostanie skorygowana – do tego samego, co już dzieje się w unijnej metalurgii: zmniejszania produkcji i zwiększania importu spoza UE.

Hutnictwo cierpi szczególnie, bo na skutki tej polityki UE nałożyły się następstwa wojny handlowej między USA a Chinami.

Hutnictwo cierpi szczególnie, bo na skutki tej polityki nałożyły się jeszcze następstwa wojny handlowej między USA a Chinami (Stany Zjednoczone nałożyły wysokie cła na import stali, obejmując nimi wszystkie kraje, także UE, co uderzyło w unijny eksport stali, a zarazem zwiększyło skalę jej importu do UE z takich krajów, jak Turcja, Rosja czy Ukraina).

Jednak polityka klimatyczna UE uderza boleśnie także m.in. w przemysł cementowy. W ostatnich latach dużo zainwestował w modernizację, czego efektem było także znaczące obniżenie energochłonności, a w ślad za tym emisji CO2. By ją jeszcze bardziej zmniejszyć, musiałby ponieść gigantyczne koszty. To dużo mniej opłacalne niż zwiększenie produkcji poza UE.

Zyskają mniej ekologiczni spoza UE

Najgorsze jest to, że obecne kłopoty unijnego hutnictwa i innych najbardziej energochłonnych branż w UE to tylko przedsmak tego, co czeka nas w najbliższych latach. Teraz te branże (i energetyka) muszą płacić tylko za część swej emisji CO2, ale z roku na rok ta darmowa pula „emisyjna” będzie się zmniejszać, a docelowo ma zniknąć. Na domiar złego polityka klimatyczna UE w kolejnych latach ma być jeszcze ambitniejsza niż dotychczas.

Władze UE już podjęły decyzję, że redukcja emisji dwutlenku węgla na jej obszarze do 2030 r. musi wynieść co najmniej 40 proc. (w porównaniu z poziomem z 1990 r.), a w przypadku największych emitentów CO2, objętych systemem EU ETS, roczne tempo redukcji emisji dwutlenku węgla ma być po 2020 r. większe niż dotąd. W ramach pakietu klimatycznego UE na lata 2021-2030 przyjęto też mechanizmy, które mają utrzymać ceny uprawnień do emisji CO2 na co najmniej tak wysokim, jak obecnie, poziomie. Będzie to m.in. „tymczasowe” zwiększenie liczby uprawnień zdejmowanych z rynku czy skrócenie terminu ich ważności po przeniesieniu do Rezerwy Stabilności Rynkowej.

Nic więc dziwnego, że analitycy zajmujący się rynkiem tych papierów prognozują, że w kolejnych latach ich cena będzie jeszcze wyższa niż dziś. W efekcie emisja CO2 w UE może spadnie do takiego poziomu, jakiego życzy sobie Bruksela. Ale wzrośnie w innych częściach świata, które nie nakładają takich ograniczeń na swój przemysł i energetykę.

Unijne zakłady produkcyjne z branż energochłonnych zmniejszą produkcję, a część zostanie zamknięta. I ta produkcja zostanie przeniesiona poza UE, do zakładów, które emitują dużo więcej CO2 i dużo bardziej szkodzą środowisku niż te z Unii.

Lepszy podatek węglowy?

Czy o to chodzi władzom UE? Hutnictwo, rafinerie, cementownie, fabryki chemiczne czy papiernicze są potrzebne, dają setki tysięcy miejsc pracy, mają strategiczne znaczenie dla gospodarki. Dobrze zdają sobie z tego sprawę np. Niemcy, Włochy i Francja, które są liderami w produkcji stali w UE (Polska zajmuje dopiero 5. miejsce).

Najwieksi producenci stali w UE

Przy naszym zachodnim sąsiedzie, którego huty pracują przede wszystkim na potrzeby własnego przemysłu, Polska jest hutniczym karłem. Huty stali w Niemczech produkują rocznie 42,4 mln ton stali i zatrudniają 84 tys. osób, a w Polsce – tylko 10,2 mln t, przy zatrudnieniu na poziomie 24 tys. osób.

Sprawiedliwszym i efektywniejszym rozwiązaniem od handlu emisjami byłby podatek węglowy.

Trzonem unijnej polityki klimatycznej jest system handlu emisjami EU ETS – to jest jej najważniejsze narzędzie do redukcji emisji CO2. Dużo lepszym, sprawiedliwszym i efektywniejszym rozwiązaniem, o czym coraz częściej się mówi, byłby – rozważany już kiedyś przez Komisję Europejską – podatek węglowy. Nakładany na wszystkie towary, których produkcji towarzyszy emisja dwutlenku węgla. Taki podatek byłby nakładany na wszystkie trafiające na unijny rynek towary, czyli także na te z importu spoza UE. Tym sposobem szanse unijnego i pozaunijnego przemysłu zostałyby (przynajmniej w odniesieniu do obciążeń wynikających z unijnej polityki klimatycznej) zrównane, a do redukcji emisji CO2 motywowani byliby także producenci spoza UE.

Paradoksem historii jest to, że pierwszym etapem europejskiej integracji, tworzenia Unii Europejskiej, było powołanie w 1951 r. Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Dziś zaś to węgiel i stal najbardziej cierpią z powodu wspólnej unijnej polityki.

Jacek Krzemiński

Otwarta licencja


Bądź na bieżąco

Najczęściej Czytane