Podpisanie przez Władimira Putina ukazu przewidującego możliwość uzyskania przez obywateli Ukrainy – mieszkańców zbuntowanych „republik ludowych” oraz tych, którzy mieszkają i pracują na terenie Federacji Rosyjskiej rosyjskiego obywatelstwa w trybie przyspieszonym i ułatwionym, uzupełnione zostało deklaracją, którą rosyjski prezydent złożył w trakcie konferencji prasowej w Pekinie, że tego rodzaju regulacjami mogą zostać objęci wszyscy mieszkańcy sąsiedniego państwa. Posunięcie to wywołało falę komentarzy w środowiskach eksperckich na temat motywów, którymi kierował się Kreml oraz tego, do czego finalnie zmierza. 

Jak w każdej złożonej kwestii, tak i w tym przypadku wyjaśnień może być wiele. I co więcej wszystkie są po części prawdziwe. Czytając falę komentarzy w rosyjskich sieciach społecznościowych już po zwycięstwie Zełenskiego dało się wręcz namacalnie odczuć, i niezależnie od tego czy pisali to intelektualiści w rodzaju znanego również w Polsce Borysa Akunina, czy zwykli ludzie, nutę autentycznej zazdrości obywateli Federacji Rosyjskiej wobec tego co się stało na Ukrainie. W sposób pokojowy, demokratyczny zmieniła się tam władza i nic się nie stało. Ivan Kurilla, wybitny rosyjski amerykanista, związany z opozycja napisał, że „chciałby choć raz w życiu” zobaczyć taką zmianę władzy w Rosji. Ja w tych zapisach odczytałem nutę podobna do tej tęsknoty, którą Mickiewicz zawarł na kartach Pana Tadeusza pisząc „Urodzony w niewoli, okuty w powiciu, Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu.”

Demokratyczny Majdan, tak można odczytywać, i tak wielu Rosjan odczytuje wynik ukraińskich wyborów. I jak napisał komentator Moskiewskiego Centrum Carnegie o ile dla Moskwy prezydentura Poroszenki była problemem z punktu widzenia polityki zagranicznej, o tyle, jeśli idzie o politykę wewnętrzną dawała możliwość konsolidacji Rosjan wokół silnej władzy Putina i w efekcie była zbawieniem. Ale teraz wszystko się zmienia. Nie tylko dlatego, że do głosu dochodzi nowa generacja polityków. Jak napisał jeden z rosyjskich komentatorów ukraiński prezydent – elekt, czekając w wieczór wyborczy na wyniki głosowania słuchał muzyki w wykonaniu Eminema.

Czy ktoś może sobie wyobrazić – pytał dalej retorycznie – że któryś z przywódców na całym obszarze postsowieckim będzie czekał na ważne dla niego informacje w towarzystwie nagrań tego rodzaju? Konstantin Remczukow, redaktor naczelny Niezawisimej Gaziety, a przy tym człowiek dobrze poinformowany i bardzo przenikliwy obserwator rosyjskiej sceny politycznej powiedział w swym cotygodniowym komentarzu w rozgłośni Echo Moskwy, że niewiele jeszcze można powiedzieć o tym jaka będzie prezydentura Zełenskiego, ale jedno już z grubsza wiadomo – następny prezydent Rosji, będzie człowiekiem nowego pokolenia i w momencie wyboru mieć będzie około 40 lat.

Ukraińskie wybory są też istotne dla Moskwy też w innym planie. Otóż jak zauważają rosyjscy komentatorzy „przemówił głęboki naród” Ukrainy. Termin jaki się w tym wypadku posługują (глубинный народ) jest w tym wypadku o tyle istotny, że używa go również w swych programowych Vladislav Surkov, doradca Putina, nadzorujący wszystkie „zbuntowane” republiki, zarówno te na Ukrainie jak i na Kaukazie a przy tym myśliciel polityczny uchodzący za głównego ideologa Kremla i obecnej władzy. Jego zdaniem siła rządzącej Rosją ekipy nie sprowadza się do aparatu przemocy, czy służb specjalnych.

To są narzędzia, którymi aby sprawnie rządzić trzeba umieć się posługiwać, tak jak trzeba być elastycznym w polityce. Weźmy choćby jeden z ostatnich przykładów. Jak zareagowała rosyjska elita na spadające notowania Jednej Rosji, partii władzy? Jest to o tyle istotne, że jesienią odbędzie się w Rosji kolejna tura wyborów różnych szczebli, w tym tak prestiżowych jak gubernatorskie w Petersburgu. I zachodziło ryzyko, że na tle wzrastającego zniechęcenia i zmęczenia tym co się w Rosji dzieje, przede wszystkim biedą, bo dochody spadają już szósty rok z rzędu, ludzie zdecydują się głosować, do czego zresztą namawia ich opozycja, na każdego byle tylko nie na przedstawicieli władzy. Już jesienią ubiegłego roku mieliśmy w Rosji do czynienia z podobnymi reakcjami, ale na mniejszą skalę, co skończyło się kilkoma spektakularnymi porażkami kandydatów władzy (głównie z Komunistami, bo wbrew naiwnemu a rozpowszechnionemu na Zachodzie mniemaniu to oni a nie liberalna opozycja mogą być, jeśli idzie o sympatie wyborców, głównymi oponentami Putina).

A teraz ryzyko powtórki jesiennego scenariusza tylko narasta. Jednym z posunięć, które mają zamiar wdrożyć władze, jest niewysuwanie przez Jedną Rosję, własnych kandydatów. Przedstawiciele władzy będą brali udział w wyborach różnego szczebla, ale w charakterze „kandydatów niezależnych”. Ale to są wszystko narzędzia, czy sprawności, niezbędne po to aby utrzymać ster rządów w swoich rękach. Zdaniem Surkova tylko technika nie wystarczy, jest warunkiem koniecznym sukcesu, ale nie wystarczającym. Przed wszystkim trzeba umieć odczytać czego ów głubinny narod sobie życzy, czym żyje, czego chce. I zdaniem ideologa Kremla Putin to potrafi, wie i czuje. Dlatego zawsze jest krok do przodu przed innymi realnymi i potencjalnymi konkurentami.

A zatem na Kremlu uważają, że głubinny narod, na Ukrainie przemówił. Jak powiedział Putin, wyniki głosowania „dowiodły pełnej i całkowitej klęski polityki poprzedniej ekipy”. Potwierdzają to zresztą ostatnie badania ukraińskiej opinii publicznej. Mniej nastrojonej antyrosyjsko niźli przedstawiała to oficjalna narracja, w większym stopniu skłonnej do poszukiwania politycznego rozwiązania problemów na Wschodzie kraju i przede wszystkim bardzo zmęczonej i zniechęconej tym co się na Ukrainie działo w ostatnich latach i dzieje obecnie. W tym sensie propozycje Putina (zarówno podpisany ukaz jak i deklaracja o możliwości jego rozszerzenia) jest próbą „zarządzenia” kolejnych wyborów na Ukrainie, tym razem związanych z państwową i narodową identyfikacją jej mieszkańców. Cała operacja była planowana już dość dawno. Różne doniesienia wskazują, że co najmniej pół roku temu, a zatem w okolicach konfliktu w Przesmyku Kerczeńskim, podjęto konkretne działania. Co najmniej miesiąc temu dostarczono do Doniecka i Ługańska rosyjskie paszporty, przygotowano i przeszkolono niezbędne kadry.

Jak powiedział wczoraj Leonid Pasiecznik, stojący na czele „republiki Ługańskiej” przed komisariatami mającymi wydawać paszporty ustawiają się już kolejki chcących je uzyskać. Warto przypomnieć też i to, że w ubiegłym roku miały w obydwu „republikach” miejsce dość niespodziewane zmiany ekip rządzących. W Ługańsku nastąpił zamach stanu, a w Doniecku, po śmierci Zacharczenki, ci co pierwotnie przejęli jego polityczna schedę zostali dość szybko i sprawnie usunięci i zastąpieni przez ludzi bezbarwnych, bez politycznego zaplecza, ale znacznie bardziej obliczalnych i skłonnych wysłuchiwać bez zbędnych dyskusji komendy napływające z Moskwy, a może raczej z Rostowa nad Donem, gdzie mieści się siedziba i sztab rosyjskich sił zbrojnych operujących na południu kraju.

Operacja jak widać trwała dość długo. Zresztą sam Putin, komentując obawy formułowane przez tych którzy podnosili kwestię czy rosyjski budżet wytrzyma obliczane na 100 mld rubli rocznie nowe ciężary związane z wypłacaniem emerytom z Doniecka i Ługańska świadczeń, powiedział, że „wszystko zostało dokładnie i dawno policzone”. Dodał przy tym, że Rosja nie będzie się domagała aby zrezygnowali oni z prawa do ukraińskich świadczeń, ani też z ukraińskiego obywatelstwa, co jest dowodem na to, że zamiarem Kremla jest zarówno przeprowadzenie „plebiscytu”, jak i osiągnięcie takiego w nim rezultatu, aby można było to przedstawić jako sukces. I za tym pójdą następne kroki. Nie na darmo władca Rosji powołał się, uzasadniając swe posunięcie, na politykę Polski, Węgier i Rumunii wydających paszporty swoim współrodakom żyjącym na Ukrainie. Jest to faktyczne wzywanie do rozbioru kraju, choć oczywiście w nowoczesnej, „hybrydowej” formie, która nie przewiduje trwałego zaboru terytorium, choć go nie wyklucza. Może to też być „rozbiór asymetryczny”, o różnym stopniu intensywności. To, że przyjmujemy ukraińskich gastarbeiterów też będzie przedstawione jako forma ekonomicznej agresji zmierzającej do podważenia stabilności Ukrainy.

Wracając jednak do kwestii wpływu ukraińskich wyborów na sytuację w Rosji warto odnotować, że serial Sługa narodu, który wykreował Zełenskiego ma swój rosyjski odpowiednik. Jest nim telenowela Areszt domowy, której bohaterowie żyją podobnymi problemami. Martwi ich bieda, korupcja, nadużycia ze strony szeroko rozumianej władzy oraz panoszenie się rozmaitego rodzaju „ważniaków”, a zwykli ludzie pozbawieni są elementarnej ochrony. I jeżeli rosyjski głubinny narod myśli podobnie jak ukraiński, to Kreml musi podjąć zdecydowane kroki, aby zatamować rozprzestrzenianie się „zarazy”.

Napływ ukraińskich wniosków o rosyjskie obywatelstwo jest najlepszym argumentem na rzecz atrakcyjności „modelu rosyjskiego” oraz braku alternatywy. Tym bardziej jeśli niekorzystnemu rozwojowi sytuacji nie uda się zapobiec, bo należy pamiętać, że tamtejsze władze przedstawiane są jako protegowani Waszyngtonu. Czyli innymi słowy – rękawica została rzucona Ameryce. Sukces Moskwy w tej potyczce oznacza sukces w walce z Zachodem.

Cała sprawa ma też, jak to często w przypadku działań rosyjskich bywa, wymiar geopolityczny. Najbardziej prorosyjskie części Ukrainy położone są w bezpośrednim sąsiedztwie Morza Azowskiego, które Rosja z wojskowego punktu widzenia już przekształciła w swój zamknięty akwen, a teraz chce to samo zrobić z punktu widzenia gospodarczego. Należy pamiętać, że jeszcze 3 lata temu, w Rosji zostały przygotowane plany zbudowania systemu nowych kanałów umożliwiających żeglugę z Morza Azowskiego na Morze Kaspijskie. Projekty te, jesienią ubiegłego roku zostały energicznie poparte przez rosyjskie Ministerstwo Obrony i jak się wydaje w perspektywie roku 2024 ich realizacja będzie dość zaawansowana. Ale takiej inwestycji, a projektowane połączenia mają być 3 razy dłuższe, niźli Kanał Sueski, nie rozpoczyna się, ani nie finansuje (zainteresowanie wyrazili Chińczycy) nie mając gwarancji, że u wylotu kanału nie będą stacjonowały okręty państw uznawanych za wrogie.

W ostatnim czasie Rosjanie, o czym się w Polsce niewiele pisze, podjęli też próbę podważenia Konwencji z Montreux. Przypomnijmy, że to zawarte w 1936 roku porozumienie czyni z Morza Czarnego strefę o utrudnionym dostępie dla okrętów wojennych innych państw. Relacje Rosji z Turcją wchodzą jak się wydaje w nową fazę. Temat sam w sobie jest niezwykle intersujący i wart odrębnego potraktowania. Na nasz użytek warto przypomnieć trzy sprawy, o których w Polsce się nie pamięta. Otóż w 2008 roku, jeszcze przed wojną między Rosją a Gruzją, w trakcie szczytu państw NATO w Bukareszcie prezydent Erdogan wystąpił z apelem, który zresztą pozostał bez odpowiedzi, o to aby Sojusz podjął działania zmierzające do zahamowania ekspansywnej polityki Moskwy w basenie Morza Czarnego.

Wezwania te pozostały bez echa, podobnie jak brak było reakcji na podjętą przez Rosję szybka militaryzację Krymu. NATO nie zareagowało też, na oświadczenie Gierasimowa, szefa rosyjskiego sztabu generalnego, który w 2014 roku oświadczył, że Rosja odbudowała swa hegemoniczną pozycję na tym akwenie. Po zestrzeleniu przez Turcję w 2015 roku rosyjskiego myśliwca Su, kiedy to relacje między obydwoma państwami osiągnęły swój najniższy poziom, reakcja NATO, była bardzo powściągliwa. Ówczesne wystąpienie szefa Sojuszu Stoltenberga, uznano w Ankarze jako nie wprost, ale jednak odejście gwarancji art. 5 Paktu, bo mówił on wiele o zapisach art. 3 (o którym w Polsce też jakoś dziwnie się zapomina), co w Turcji uznano za „umycie rąk”. A zatem u podłoża kryzysu w relacjach Turcja – NATO legły wydarzenia z przeszłości, które odczytane zostały przez elity tureckie jako pozostawienie losów bezpieczeństwa kraju na własnych barkach, co wymusiło dążenie do politycznej normalizacji z Moskwą.

Jeśli idzie o podjętą przez Moskwę próbę rewizji, czy raczej reinterpretacji konwencji z Montreux nie chodzi w tym wypadku o głosy niektórych rosyjskich komentatorów, takich jak Jewgenij Satanowski, którzy otwarcie domagają się jej rewizji, tak aby dać Rosji kontrolę nad Cieśninami oraz zagwarantować, że okręty państw NATO nie będą mogły ich przepływać. Choć opinii tych nie należy lekceważyć, mamy tez do czynienia z realnymi działaniami. W połowie marca ukraińska ambasada w Waszyngtonie zwróciła uwagę na to, że Rosja wysłała uzbrojoną łódź podwodną, która przepłynęła cieśniny. Przy czym Rosjanie podali fałszywy powód tego rejsu, który uzasadnili oficjalnie tym, że płynie ona do Petersburga gdzie poddana zostanie pracom remontowym. Jednak faktycznie udała się ona do Tartus i weszła w skład rosyjskiego kontyngentu. O ile przepłynięcie łodzi podwodnej celem udania się do stoczni remontowej dopuszcza Konwencja z Montreux, o tyle rejs po to aby uzupełnić kontyngent wojskowy już nie.

Moskwa wywiera także presję na Ankarę, aby planowany kanał lądowy mający połączyć Morze Czarne ze Śródziemnym, był wspólnym, rosyjsko – tureckim przedsięwzięciem kapitałowym. Przede wszystkim z tego powodu, że Rosjanie obawiają się, że ta droga wodna może zostać przekształcona w szlak swobodnego dostępu jednostek państw NATO na Morze Czarne, ale również mogą chcieć ją wykorzystać aby samemu omijać niewygodne zapisy Konwencji. I teraz Moskwa wywiera presje na Turcję również na innych płaszczyznach. Tak należy odczytać dyskusje na odbywającym się właśnie w Moskwie VIII Forum Bezpieczeństwa wystąpił generał – lejtnant Stanslaw Gadżimagomiedow z rosyjskiego dowództwa operacyjnego, który powiedział, że zdaniem Rosjan, terroryści kontrolują już 99 % strefy bezpieczeństwa w Idlib. A takie stanowisko oznacza w praktyce zielone światło dla rozpoczęcia operacji wojskowej wymierzonej w tę położoną nieopodal Turcji enklawę.

Minister Szojgu wypowiadając się na tym samym forum oświadczył, że terroryzmu nie da się zniszczyć wyłącznie metodami wojskowymi, ale muszą z tym iść w parze regulacje polityczne. Należy to rozumieć jako skierowaną pod adresem Turcji, choć nie tylko, kolejną propozycje negocjacji na temat statusu północnych obszarów Syrii. Obszarów, które dla Rosji stają się coraz istotniejsze również z ekonomicznego punktu widzenia. W ubiegłym tygodniu rosyjskie media poinformowały o podpisaniu porozumienia między Moskwą i Damaszkiem, które przewiduje dzierżawę przez Rosję całego portu w Tartus, również jego części przeznaczonej do obsługi cywilnego ruchu towarowego. Kilka tygodni temu Rosnieft kupił też port w Libanie. Znaczenie wschodniej części basenu Morza Śródziemnego będzie w najbliższych latach, z punktu widzenia rosyjskich interesów, tylko rosło.

Rosło też będzie w związku z tym znaczenie czarnomorskich „państw nadbrzeżnych”, przede wszystkim Ukrainy. I Rosja nie będzie zmniejszała swej tam obecności i presji, również militarnej, tylko, na odwrót będzie ją zwiększała.

W tym kontekście niedawną odmowę Niemiec wysłania swego kontyngentu okrętów na Morze Azowskie trzeba uznać za zaproszenie, jakie Berlin skierował do Moskwy, aby ta była bardziej agresywna.

Marek Budzisz

Autor jest byłym dziennikarzem (TVP – Puls Dnia, Życie, Radio Plus), doradcą dwóch ministrów w rządzie Jerzego Buzka oraz analitykiem. Obecnie aktywny w biznesie. Z wykształcenia historyk. Prowadzi także blog pt. Wieści z Rosji

Przeczytaj również >>>>


Bądź na bieżąco

Najczęściej Czytane