Na zakrętach historii czas wydaje się przyspieszać. Wydarzenia się mnożą, każdy rozmawia z każdym i w efekcie z tego informacyjnego szumu z trudem wyłania się jakiś spójny i jednolity obraz. Z takim przyspieszeniem, jak się wydaje mamy do czynienia i teraz i to na dodatek w wielu obszarach i wielu krajach.

Trwa konflikt handlowy Stanów Zjednoczonych z Chinami, Amerykanie zaostrzają sankcje wobec Iranu, Koreańczycy z Północy wznowili próby z bronię rakietową, w Turcji wewnętrzna sytuacja, zarówno polityczna (unieważnione wybory w Stambule) jak i gospodarcza, zaostrza się. Relacje między Ankarą a całym blokiem państw Zachodu skupionych w NATO wiszą na włosku. Do tego należałoby dodać trwający pat w Wenezueli oraz niejasną i niestety ewoluującą w złym kierunku sytuację na Ukrainie i mamy komplet problemów przed którymi staje dyplomacja wiodących państw świata, w tym i nasza, skoro chcemy w perspektywie kilku lat znaleźć się w elitarnym klubie G-20. Może te aspiracje są nieco na wyrost, ale z pewnością nie zrealizujemy ich, jeśli nie będziemy (mam tu na myśli nasz MSZ) bardziej aktywni a polska opinia publiczna bardziej zainteresowana tym co się dzieje na świecie, niźli kolejną odsłoną wojny polsko – polskiej, mającej zresztą w dużej mierze charakter teatru dla niezorientowanych.

Wracając do kwestii toczących się rozgrywek dyplomatycznych trzeba odnotować ostatnią wizytę amerykańskiego Sekretarza Stanu Mika Pompeo w Soczi. Ma się tam spotkać zarówno z Ławrowem, jak i wieczorem, z prezydentem Putinem. Co ciekawe, choć Rosjanie twierdzą, że to przypadek, wizyta amerykańskiego ministra poprzedzona została wizytą (w poniedziałek) jego kolegi z Pekinu Wanga Yi.

Zacznijmy jednak od szefa dyplomacji Stanów Zjednoczonych, który pierwotnie planował dwudniową wizytę w Rosji – w poniedziałek w Moskwie (spotkania z inwestorami oraz młodzieżą, składanie kwiatów) a dopiero potem przylot do Soczi. Ostatecznie wizyta została skrócona do jednego dnia, bo szef amerykańskiej dyplomacji chciał spotkać się ze swymi kolegami z państw Unii Europejskiej, którzy w poniedziałek obradowali w Brukseli oraz z Federicą Mogherini. I w Brukseli Mike'a Pompeo spotkały przynajmniej trzy despekty. Po pierwsze najpierw „szefowa dyplomacji” Unii Europejskiej powiedziała, że nie wie czy znajdzie czas dla Pompeo, bo „ma bardzo zapełniony kalendarz” tego dnia.

Ostatecznie znalazła okienko, ale niesmak pozostał. Przy czym z europejskich mediów wynika, że rezerwa pani komisarz związana była z tym, że spotkanie nie było przygotowane, nikt nic nie planował, po prostu Amerykanie w ostatniej chwili ogłosili swoją wolę, a tak być przecież nie może – argumentowali anonimowi przedstawiciele europejskiej biurokracji.

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na fakt, że Pompeo towarzyszył jego główny doradca ds. Iranu Brian Hook a potrzeba pilnego spotkania uzasadniana była chęcią podzielenia się przez Amerykanów z sojusznikami ostatnimi informacjami o charakterze wywiadowczym. Najprawdopodobniej, choć zapewne nie wyłącznie, chodzi w tym wypadku o kwestię zaatakowania przez nieznane siły (Amerykanie twierdzą, że są to Irańczycy lub ich lokalni sojusznicy) czterech tankowców na wodach przylegających do Cieśniny Ormuz.

Ostatnie doniesienia w amerykańskich mediach zdają się wskazywać, że statki natknęły się na miny morskie niewielkich rozmiarów, które nie niszczą celów, powodują jednak uszkodzenia i uniemożliwiają żeglugę. Waszyngton jest zdania, że to robota Teheranu. Zamiarem amerykańskiej dyplomacji jest przekonanie sojuszników z Zachodu, aby ci nie ulegali presji Iranu. Przypomnijmy, że zagroził on całkowitym wyjściem z „porozumienia jądrowego” o ile w ciągu 90 dni, te państwa, które opowiadają się za utrzymaniem dealu nie zagwarantują, że blokada ekonomiczna zostanie przełamana. Chodzi przede wszystkim o system rozliczeń. Europejczycy zapowiedzieli stworzenie takiego mechanizmu, ale on do tej pory nie działa i gospodarka Iranu pogrąża się w kryzysie (wchodzi w stan zbliżony do hiperinflacji, znaczący spadek przychodów ze sprzedaży ropy).

Druga niemiła dla Pompeo niespodzianka, jaka spotkała go w Brukseli, to odmowa ze strony ministrów spraw zagranicznych (Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii) aby spotkać się razem. Rozmowy odbyły się, ale z każdym z nich oddzielnie. To drobny szczegół, ale chodziło w tym wypadku o podkreślenie równorzędności partnerów. Wreszcie już po spotkaniu brytyjski minister, Jeremy Hunt, napisał na swoim koncie w Twitterze, że zarówno Iran, jak i Stany Zjednoczone winny wystrzegać się nieobliczalnych posunięć, które przerodzić się mogą w gorący konflikt.

Dla Waszyngtonu szczególnie bolesne musiał być ten znak równania postawiony między polityką Stanów Zjednoczonych i Iranu. W podobnym duchu wypowiadała się Frederica Mogherini. A zatem w kwestii polityki wobec Iranu Pompeo nic w Brukseli nie osiągnął. Jeśli zamiarem Waszyngtonu jest skonstruowanie jakiegoś sojuszniczego porozumienia, to Europejczycy, zajęci własnymi sprawami mówią, nie dziękujemy. Przy okazji zarzucając obecnej administracji, że w kwestiach międzynarodowych uprawia politykę chaotyczną, bez planu, od skrajności do skrajności, przy czym chętnie wprowadza sankcje, za które nie płaci gospodarka Stanów Zjednoczonych, tylko państw sojuszniczych. Trudno odmówić racji tego rodzaju spostrzeżeniom. Tym bardziej, że amerykańskie media koncentrujące się na opisie sytuacji w Białym Domu dowodzą, że wpływy uchodzącego za jastrzębia Boltona uległy ostatnio znacznemu zmniejszeniu, a akcje zwolennika polityki gołębiej, czyli Pompeo, wzmocnieniu. Ma to związek z oczywistym niepowodzeniem strategii tego pierwszego w kwestii obalenia reżimu Maduro.

O ile Europejczycy nie chcą popierać polityki Stanów Zjednoczonych i mówią, generalnie rzecz biorąc, nie dziękuję, o tyle nie mówią tego Rosjanie i są gotowi do negocjacji, którym sprzyja zdjęcie z Trumpa, w efekcie opublikowania raportu Muellera, anatemy spiskowania z Moskwa przeciw interesom Stanów Zjednoczonych. I wydaje się, że targi już trwają. W poniedziałek Konstantin Remczukow, dobrze poinformowany redaktor naczelny Niezawisimej Gaziety, w swej audycji w radiostacji Echo Moskwy, powiedział, iż jest mitem to, że Putin popiera Maduro. Wręcz przeciwnie, jest przeciwnikiem jego socjalistycznej polityki gospodarczej i uważa, że to ona leży u źródeł problemów Wenezueli. Nie popiera tamtejszego dyktatora, ale popiera rosyjskie interesy w Wenezueli. I jego zdaniem, jeśli utrzymanie tych interesów zostanie zagwarantowane – a chodzi o obecność Rosnieftu na tamtejszych polach naftowych, sięgające 17 mld dolarów długi wobec Moskwy oraz eksport broni i uzbrojenia, to możliwe jest porozumienie. To ciekawy pogląd, tym bardziej, że w Moskwie bardzo dobrze przyjęto niedawne deklaracje Boltona o konieczności „powrotu do doktryny Monroe”. Jeśli tak, piszą rosyjscy publicyści, to rozmawiajmy o Ukrainie.

I w tym kontekście trzeba zwrócić uwagę na trzy sprawy. Po pierwsze pod koniec ubiegłego tygodnia analitycy JP Morgana obwieścili, że ich zdaniem Kijów pod rządami nowej – starej administracji (bo nadal nie wiadomo kiedy nastąpi inauguracja i czy rząd zostanie zmieniony) nie będzie w stanie uzyskać kolejnych transz międzynarodowej pomocy z Banku Światowego i krajowi grozi default. Nie chcę teraz pisać o kwestiach ekonomicznych, choć są one niezwykle istotne i ciekawe, ale o sygnałach politycznych. Jak się wydaje jest to wyraźnie ostrzeżenie pod adresem prezydenta – elekta.

Drugim ostrzeżeniem, już wprost, jest odwołanie wizyty w Kijowie przez Rudiego Giulianiego, byłego burmistrza Nowego Jorku i współpracownika Trumpa. Powiedział on bez ogródek w wywiadzie dla amerykańskich mediów, że powodem takiego kroku jest fakt, iż w bliskim otoczeniu prezydenta elekta Zełenskiego są „ludzie będący wrogami Trumpa i Stanów Zjednoczonych”. Ukraińskie media informują też o odwołaniu amerykańskiej, mianowanej jeszcze przez Demokratów, ambasador w Kijowie oraz o tym, że ranga przedstawicielstwa amerykańskiego na inauguracji Zełenskiego może zostać obniżona. Ale najbardziej w tym wszystkim niepokojące jest to, że sam prezydent – elekt, powiedział, że nie wiedział o planowanej wizycie Giulianiego i nie ma pojęcia o co w tym wszystkich chodzi. Jeśli tak było w istocie, to świadczy to o tym, że nie ma komunikacji między jego otoczeniem a MSZ-em, oraz o tym, że w jego otoczeniu brak jest ludzi, którzy sprawy międzynarodowe obserwują. Na to nakłada się ewidentne fiasko planów Kijowa, aby państwa Unii Europejskiej, wprowadziły kolejne sankcje wymierzone w Rosję w związku z rozpoczęciem wydawania przez Moskwę paszportów dla mieszkańców republik „ludowych” na wschodzie Ukrainy. Klimkin powiedział nawet, że w Europie panują dziś nastroje na znoszenie antyrosyjskich sankcji, a nie ich zaostrzanie. I jeśli takie decyzje zostaną podjęte, to Kijów wycofa się z tzw. formatu mińskiego.

Zaostrzenie amerykańskich sankcji wobec Iranu uderzyło też w gospodarkę Turcji i tak mającej spore problemy. Turcy kupowali ropę z Iranu i sporo zarabiali na jej tranzycie. Sytuacja jest o tyle trudna, że z jednej strony mamy do czynienia z szybkim spadkiem wartości tureckiej waluty, z drugiej zaś ze znacznymi stratami, które międzynarodowi inwestorzy ponieśli od początku roku kupując tureckie obligacje skarbowe. Jak informuje Bloomberg, ci inwestorzy, którzy zdecydowali się zainwestować w tureckie obligacje tylko w tym roku stracili na całej operacji 20,7 %, co oznacza, że coraz trudniej będzie sprzedać nowe emisje, tym bardziej, że w obliczu zaostrzających się relacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami kapitały międzynarodowe zazwyczaj uciekają z rynków rozwijających się.

Na to nakłada się podjęta w ubiegłym tygodniu przez turecki Najwyższy Sąd Wyborczy decyzja o unieważnieniu niedawnych wyborów na burmistrza Istambułu, które wygrała opozycja. Ta porażka była dla rządzących potrójnie bolesna. Po pierwsze od tego stanowiska swa polityczną karierę rozpoczynał przed laty Erdogan, po drugie kandydatem władzy był były premier Yldirim, a po trzecie rządzący Turcją obawiają się, że charyzmatyczny zwycięzca Imamoglu, który przerwał 25 letnie rządy AKP w byłej stolicy Imperium Osmańskiego, i który uchodzi za zwolennika konserwatywnej polityki w kwestiach obyczajowo – światopoglądowych i ambitnych programów socjalnych, będzie w stanie zjednoczyć turecką opozycję i rzucić wyzwanie obozowi władzy. Oczywiście, aby nie mieć w tym względzie wątpliwości, decyzja o unieważnieniu wyborów to jawna kpina i brak ku niej podstaw. Oficjalnie poinformowano, że przyczyną był fakt zasiadania w wielu komisjach ludzi bardzo słabo do tego przygotowanych, w wielu wypadkach wręcz analfabetów, co w efekcie mogło, zdaniem „sędziów” przyczynić się do zniekształcenia procesu wyborczego. Tylko, że zwolennicy opozycji pytają dlaczego unieważniono wyłącznie wybory burmistrza, a nie równocześnie wybory do miejskich i dzielnicowych ciał przedstawicielskich, które odbywały się tego samego dnia i nad prawidłowością których czuwały te same komisje?

Zwracają też uwagę na to, że władza już zaplanowała szereg tricków, po to aby zagwarantować sobie sukces w powtórce. Po pierwsze wybory mają się odbyć już po rozpoczęciu wakacji, kiedy stambulska klasa średnia, sympatyzująca z opozycją wyjeżdża na wakacje. A pod drugie do Stambułu mają zostać dołączone przedmieścia, zamieszkałe przez tradycyjnie głosujących na Erdogana i jego formację przybyszów z Anatolii. Nie ulega wątpliwości, że Turcja wchodzi w okres silnych zawirowań, zarówno gospodarczych jak i politycznych. Jest to o tyle istotne, że w najbliższych dniach zapadną kluczowe decyzje związane z zakupem rosyjskiego systemu S – 400. I w tym wypadku mamy do czynienia z dwiema sprzecznymi narracjami. Jedne źródła, np. prasa niemiecka, zapowiada, że na „ostatniej prostej” Erdogan zerwie z Rosjanami umowę. Przede wszystkim z tego powodu, że osłabiony w wyniku niepomyślnego przebiegu wyborów nie będzie ryzykował pogorszenia relacji z Waszyngtonem. W mediach obserwujących sytuację w Turcji, spotkać można nawet tezę, że już w czerwcu, albo w lipcu, dojść może nawet do wizyty Trumpa w Ankarze. Odmienny pogląd głosi, że transakcja zostanie skonsumowana i na dniach do Rosji udadzą się tureccy wojskowi, którzy mają przejść stosowne przeszkolenie. Innymi słowy, warto całą sprawę obserwować.

Jest też możliwa trzecia wersja. Porozumienie Waszyngtonu i Moskwy w sprawie Syrii. Oczywiście nie jakieś całościowe. Chodzi raczej o skłonienie Iranu, aby ten usiadł do rozmów w kwestii nowego programu rozbrojeniowego oraz zredukował swe ambicje na Bliskim Wschodzie i w Syrii. Znakomicie wzmacniałoby to pozycję Moskwy, odpowiada też interesom Izraela i Arabii Saudyjskiej. Kto na tym może tracić, bo przecież wiadomo, że Putin licytuje wysoko i rozgrywa twardo? Wydaje się, że osłabieniu ulec może pozycja Ukrainy i Turcji, co znów oznacza wzmocnienie Rosji w basenie Morza Czarnego. Ostatnie zmiany na kluczowych stanowiskach w dowództwie rosyjskiej marynarki wojennej i zapowiedź rozbudowy rosyjskiego potencjału morskiego wskazują na to, że Rosja nie ma zamiaru zmniejszać swej presji i znaczenia w regionie.

Marek Budzisz

Autor jest byłym dziennikarzem (TVP – Puls Dnia, Życie, Radio Plus), doradcą dwóch ministrów w rządzie Jerzego Buzka oraz analitykiem. Obecnie aktywny w biznesie. Z wykształcenia historyk. Prowadzi także blog pt. Wieści z Rosji

Przeczytaj również >>>>


Bądź na bieżąco

Najczęściej Czytane