Przy okazji przypadającej w tym roku trzydziestej rocznicy polskich przemian znów usłyszymy, że przecież „nie było alternatywy”. Krytyk transformacji Tadeusz Kowalik powiadał, że zamiast kopiować model anglosaski, trzeba było kupić premierowi Mazowieckiemu bilet do Sztokholmu. Na czym właściwie polegał szwedzki model gospodarczy, którego wtedy nie wybraliśmy? I czy ten wzór wciąż istnieje?

Na początku roku 1989 grupa polskich ekonomistów doradzających rządowi (jeszcze wtedy gabinetowi Mieczysława F. Rakowskiego) pojechała do Sztokholmu na wizytę studyjną. W skład delegacji wchodzili zarówno ekonomiści starsi – jak choćby Jan Mujżel czy Krzysztof Porwit. Ale byli też młodsi: Marcin Święcicki oraz Michał Rutkowski. Mujżel i Święcicki będą z resztą wkrótce po powrocie uczestniczyć w obradach Okrągłego Stołu. Jeden po stronie Solidarności a drugi PZPRu. Święcicki zostanie nawet potem ministrem w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Ze swojej wyprawy ekonomiści napisali raport. Głosili w nim, że gospodarka szwedzka to wymarzony model do naśladowania dla wychodzącej z socjalizmu Polski. W Szwecji jest przecież kapitalizm. A tamtejsze firmy funkcjonują w warunkach ostrych rygorów efektywnościowych narzuconych przez rynek międzynarodowy. Z tego powodu nie ma w niej miejsca na paternalizm w stosunku do przedsiębiorstw czy branż trwale nieefektywnych. Jednak nawet olbrzymie programy restrukturyzacyjne, jak np. likwidacja całego praktycznie przemysłu stoczniowego, przebiegają tam w warunkach spokoju społecznego. I to pomimo (a może właśnie dzięki) stale utrzymującej się znacznej siły związków zawodowych. Szwedzi prowadzą tzw. aktywną polityką zatrudnienia (to była wtedy światowa nowinka): zamiast przeznaczać pieniądze na zasiłki dla bezrobotnych, najpierw szuka się możliwości pracy dla potencjalnych kandydatów na bezrobotnych. „Dzieje się tak dlatego, że radykalizm gospodarczy współistnieje w Szwecji z solidaryzmem społecznym, a filozofia rozwiązywania sytuacji konfliktowych jest zaprzeczeniem thatcheryzmu. W Anglii likwidacja nierentownych przedsiębiorstw przeważnie pociąga za sobą wzrost bezrobocia, a co za tym idzie, strajki i napięcie społeczne. W Szwecji operacja ta przebiega w miarę bezkonfliktowo” – zachwalał skandynawską drogę Kowalik.

Szwedzi prowadzą tzw. aktywną polityką zatrudnienia (to była wtedy światowa nowinka): zamiast przeznaczać pieniądze na zasiłki dla bezrobotnych, najpierw szuka się możliwości pracy dla potencjalnych kandydatów na bezrobotnych.

Jak pamiętamy rząd Mazowieckiego poszedł jednak w zupełnie inną stronę. Do końca roku przygotował pakiet ustaw zwany planem Balcerowicza. Nie było w nim śladu inspiracji modelem szwedzkim. Zwyciężyła zapatrzona we wzorce anglosaskie doktryna terapii szokowej autorstwa Jeffreya Sachsa. O modelu szwedzkim zapomniano zaś na dobre. Wracali do niego tylko wspomniany już ekonomista Tadeusz Kowalik, dawny doradca pierwszej Solidarności z lat 1980-1981. A także senator Karol Modzelewski, wtedy już jednak w „S” politycznie izolowany. Sztokholm zniknął również z radaru polskich teoretyków ekonomii. Ostatnie poważne prace poświęcone szwedzkiej gospodarce to końcówka lat 70. („Reformizm szwedzki” Wojciecha Lamentowicza oraz „Szwedzka polityka dobrobytu” Stanisława Rudolfa). Potem jest dziura. Tłumaczona zazwyczaj przekonaniem, że szwedzki model się kończy, a „wczorajszymi” pomysłami zajmować się nie warto (faktycznie w latach 1991-1993 tamtejsza gospodarka przechodziła poważne trudności). Otrzeźwienie przyszło dopiero po kryzysie 2008 roku. Okazało się wtedy, że to neoliberalizm zaczyna być „wczorajszy”. A myślenie o poważnej korekcie systemu kapitalistycznego znów jest w cenie. Efektem takiego zainteresowania są w Polsce przede wszystkim prace ekonomisty Sławomira Czecha. A wśród nich najnowsza (wydana w roku 2019) książka „Od konfliktu do kooperacji. Instytucjonalizacja konfliktu interesów zbiorowych w szwedzkim modelu gospodarczym”.

Dlaczego model szwedzki może i powinien być dla nas interesujący? Przede wszystkim dlatego, że dotyczy kraju, który nie należał do awangardy rewolucji przemysłowej. To nie jest przypadek Wielkiej Brytanii, Francji czy Niderlandów. Nawet nie Niemiec, Włoch, Austro-Węgier ani Rosji. Na dobrą sprawę rewolucja przemysłowa zawitała do Skandynawii dopiero w ostatniej dekadzie XIX wieku. Czyli pewnie nawet później niż na ziemie Królestwa Polskiego – gdzie industrializacja nakręcała się już mniej więcej od lat 1870tych. Podobnie jak w przypadku ziem polskich Szwedom sprzyjało wtedy korzystne otoczenie międzynarodowe i bliskość dużych oraz chłonnych rynków zbytu. W przypadku Kongresówki była to Rosja. Dla Szwecji zaś rynek brytyjski oraz niemiecki. To wówczas formuje się pierwsza arystokracja szwedzkiego kapitalizmu. To tzw. wielka piątka (Atlas Copco, LM Ericsson, Alfa-Laval, AGA i SKF). Kilka dekad potem dołączą koncerny takie jak Scania Vabis (zał. 1911), Electrolux (1919), Volvo (1927) czy Saab (1937). Mimo istnienia tych paru czempionów szwedzka gospodarka aż do czasów drugiej wojny światowej miała charakter przeważająco rolniczy. Znów podobnie jak II Rzeczpospolita sprzed zapoczątkowanego nieśmiało przez sanację, a kontynuowanego w czasach PRL uprzemysłowienia kraju.

Podobnie jak cała ówczesna Europa również Szwecja była miejscem ostrych klasowych konfliktów między kapitałem a pracą. Innymi słowy – wcale nie było tak, że skandynawscy „kapitanowie biznesu” (jak się wówczas zwykło mawiać) byli jacyś wyjątkowo skłonni, by dzielić się zyskami z resztą społeczeństwa. Klasy posiadające w pełni kontrolowały życie polityczne (wtedy jeszcze niedemokratyczne) i uchwalały prawo pod swoje ekonomiczne interesy. Przykład: wzorem wielu innych krajów w roku 1864 uchwalono w Szwecji prawo o wolności gospodarczej, które dawało pracodawcom pełne prawo do zatrudniania i zwalniania pracowników w dowolnym dla siebie momencie. Prawo nie działało oczywiście w drugą stronę, to znaczy pracownik miał obowiązek „odpracować” do końca terminu na jaki się umówiono. A jeśli tego nie zrobił, to musiał się liczyć z karami. Szwecja przełomu wieków nie była więc bynajmniej rajem dla pracownika. To wówczas z przyczyn zazwyczaj ekonomicznych kraj opuszcza ok. 1,3 mln ludzi, zasilając wielką falę migracji do Stanów Zjednoczonych. Podobnie jest wówczas w Kongresówce i Galicji.

Pracodawcy brutalnie reagowali na wszelkie próby samoorganizacji robotników. Panowało paternalistyczne przekonanie, że związki zawodowe mieszają pracownikom w głowach i odrywają od dobrej roboty pod okiem dobrego pana. Ulubionym sposobem reagowania szwedzkich przemysłowców na strajki były tzw. lokauty (czyli niedopuszczanie zbuntowanych pracowników do wejścia na teren fabryki i zastępowanie ich łamistrajkami). Jeśli spojrzeć na pierwsze cztery dekady XX wieku to szwedzka gospodarka nie była bynajmniej oazą spokoju społecznego. W latach 1907-1910 strajków i lokautów było rocznie koło 300. A w latach 1916-1923 między 400 a 700 rocznie. Niektóre – jak na przykład tzw. wielki strajk z 1909 roku – objęły ok. 260 tys. uczestników. To imponująca liczba, zważywszy, że w całym szwedzkim przemyśle pracowało wtedy ok. 330 tys. ludzi. Były to napięcia porównywalne z rewolucją proletariacką 1905 roku w fabrykach Łodzi, Warszawy i Zagłębia Dąbrowskiego. I wreszcie ostatnie podobieństwo. W 1909 roku konserwatywny rząd Arvida Lindmana rozszerzył prawa wyborcze o wszystkich mężczyzn powyżej 25 roku życia. Cztery  lata później nowy (osadzony na dużo szerszej społecznej podstawie) parlament uchwalił prawa o bezpieczeństwie w miejscu pracy i wprowadził system powszechnych rent starczych. W roku 1919 wprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy oraz zrównano prawa wyborcze kobiet i mężczyzn. Podobne przemiany polityczne dokonały się w odrodzonej po I wojnie światowej Rzeczypospolitej. Nie bez wpływu na te wydarzenia był strach polskich i szwedzkich kapitalistów przed rozlaniem się rewolucji październikowej z nieodległej Rosji oraz podobnego zamętu, który przelewał się wówczas przez Niemcy (tzw. rewolucja listopadowa 1919 roku). Systemowe ustępstwa na rzecz klasy robotniczej były wręcz konieczne – jeśli kapitaliści chcieli w ogóle przetrwać.

Na tym etapie podobieństwa zaczynają się jednak kończyć. W Polsce już w połowie lat 20. rozpoczyna się kontrofensywa kapitału obliczona na odzyskanie utraconej przewagi nad pracą. Symbolem tego kompromisu jest zbliżenie dawnego socjalisty Józefa Piłsudskiego z ugrupowaniami reprezentującymi interesy konserwatywnego społecznie ziemiaństwa. W tym samym czasie Szwecja zaczyna podążać zupełnie inną ścieżką. Pracodawcy szukają szans na pragmatyczne porozumienie z centralami związkowymi. Już w latach 1905-1906 dochodzi do zawarcia pierwszych porozumień o zasięgu branżowym. Pracodawcy zobowiązują się do uznania prawa do zrzeszania, płacy minimalnej, rozstrzygania sporów w drodze arbitrażu. Związki obiecują w zamian, że dopóki trwa układ zbiorowy dopóty powstrzymają się od strajku. Ten model stanie się wzorem do wykuwania kompromisów w przyszłości. Zinstytucjonalizowany model dialogu cementuje układ zawarty pomiędzy największymi organizacjami pracowników i pracodawców zawarty w Saltsjobaden w 1938 roku.

Nie bądźmy jednak naiwni. Bez odpowiedniego klimatu politycznego nie byłoby mowy ani o trwałych ustępstwach ze strony kapitału, ani o przełamaniu nieufności organizacji związkowych. Kluczowym elementem tego klimatu była zaś specyficzna koncepcja ekonomiczna wypracowana i zaakceptowana w tamtym czasie przez szwedzkie elity opiniotwórcze.

W roku 1926 ideolog szwedzkiej socjaldemokracji Nils Karleby napisał książkę „Socjalizm w obliczu rzeczywistości”. Krytykował w niej będących wówczas na fali rosyjskich bolszewików za błędną politykę ekonomiczną wynikającą z niezrozumienia natury prawa własności. Według Karleby’ego w prawdziwym życiu nie ma ostrego podziału pomiędzy prywatną a społeczną własnością środków produkcji. Jego zdaniem prawo własności np. fabryki składa się z całego szeregu bardziej szczegółowych uprawnień. Prawa te można zaś zmieniać, regulować i uspołeczniać każde z osobna. Wniosek? Kapitał pozostający w prywatnych rękach jest wysoce produktywny i nie należy wylewać dziecka z kąpielą, odbierając go właścicielom w akcie dziejowej zemsty. Należy raczej ustanowić takie reguły jego eksploatacji, aby z tej produktywności korzystać mogło całe społeczeństwo. A nie tylko nieliczna elita. Mechanizmem zdolnym tego dokonać jest działające w interesie klas pracujących państwo.

Wnioski Karleby’ego ukształtowały nowe pokolenie przywódców szwedzkiej socjaldemokracji – którzy właśnie przejmowali władzę w partii. Byli wśród nich np. Ernst Wigforss (minister finansów w latach 1932-1949) oraz Gustav Moller (minister spraw społecznych 1932-1951). Ten pierwszy zasłynął jako współtwórca „szwedzkiego keynesizmu”. Drugi budował pierwsze instytucje skandynawskiego państwa dobrobytu. Ich ekonomiczne podejście można sprowadzić do zdania (przypisywanego Wigforssowi) „żeby mieć socjalizm wcale nie muszę upaństwawiać produkcji, wystarczy, że upaństwowię konsumpcję”. Co to oznacza w praktyce? Że państwo dysponuje całym szeregiem narzędzi ekonomicznych (polityka pełnego zatrudnienia, wspieranie wysokich płac, tworzenia godziwych mechanizmów polityki społecznej). Przy ich pomocy może więc dbać o to, by stale utrzymujący się wysoki popyt generowany przez szerokie masy społeczne nie pozwolił gospodarce wpaść w spiralę głębokiej recesji. Wszystkie pozostałe narzędzia polityki gospodarczej miały służyć osiągnięciu tych właśnie celów.

Wdrażane metodą prób i błędów rozwiązania ekonomiczne doczekały się systemowej kodyfikacji w raporcie „Ruch związkowy a pełne zatrudnienie” z roku 1951. Przygotowali go dwaj ekonomiści reprezentujący kolejne pokolenie. To, które miało zarządzać szwedzkim modelem już w okresie powojennym. Byli to Gosta Rehn i Rudolf Meidner (ten drugi urodzony w 1914 roku we Wrocławiu, musiał u progu dorosłości uciekać z Niemiec ze względu na swoje żydowskie pochodzenie). Obaj byli uczniami Gunnara Myrdala. Późniejszego (1974) laureata tzw. ekonomicznego nobla. Model Rehna-Meidnera (zwany RM) opierał się na trzech kluczowych narzędziach polityki gospodarczej.

Po pierwsze, zakładał, że rząd będzie kontrolował wzrost inflacji poprzez restrykcyjną politykę fiskalną. Jej restrykcyjność miała polegać na wysokiej progresji stawek PIT i CIT. Po drugie, zgromadzone dzięki polityce fiskalnej środki miały pozwalać państwu na inwestycje publiczne. Ale nie tylko (jak by chcieli liberałowie) w infrastrukturę, lecz przede wszystkim w usługi publiczne: zdrowie, edukację i mieszkalnictwo. Inwestycją były w modelu RM również wydatki socjalne. Dzięki nim ograniczano bowiem nierówności i zwiększano spójność społeczną. Po trzecie (i chyba najważniejsze), Rehn i Meidner stawiali na tzw. solidarną politykę płacową. Ten mechanizm wymaga wyjaśnienia, bo z neoklasyczno-liberalnego punktu widzenia (w którym zanurzone jest wciąż nasze myślenie o gospodarce) stanowi czystą herezję. Zgodnie z hasłem „solidarnych płac” osoby, które pracują na podobnych stanowiskach i charakteryzują się podobnym doświadczeniem albo piastują podobny zakres odpowiedzialności powinny zarabiać podobne pieniądze. I to nie w ramach jednego zakładu pracy. Lecz w całej gospodarce! Tak w sektorze publicznym, jak i prywatnym.

Mało tego. Solidarność płac miała być realizowana niezależnie od kondycji finansowej pracodawcy! Mechanizm świadomie łamał podstawowe prawidła leseferystycznej gospodarki; czynił to, aby wymusić dwa zjawiska. Po pierwsze, uniknąć typowego dla kapitalistycznej gospodarki równania płac w dół. Po drugie, stale wymuszać wzrost produktywności zakładów pracy o niskiej efektywności, które nie mogły się już ratować niskimi płacami, co służyło koniec końców całej szwedzkiej gospodarce. Z negatywnymi skutkami tego zjawiska (głównie z powstawaniem tzw. „wysp bezrobocia”) Rehn i Meidner radzili walczyć przy pomocy dość wówczas nowatorskich narzędzi aktywnej polityka rynku pracy (promowanie mobilności, przekwalifikowanie, pośrednictwo pracy, subsydiowanie zatrudnienia). Dziś już w wielu miejscach świata doskonale znanych (choć osadzonych w odmiennym – dużo mniej propracowniczym systemie gospodarczym niż proponowali to Rehn i Meidner). „Model RM można uznać za złagodzoną wersję planowania gospodarczego przeprowadzonego przy pomocy instytucji kooperacji włączającej najważniejsze grupy nacisku w procesy decyzyjne” – ocenia wspomniany już ekonomista Sławomir Czech. Rehn i Meidner byli symbolami szwedzkiego modelu gospodarczego przez następne trzy dekady. Aż do kryzysu lat 1991-1993.

Triumfalny pochód neoliberalnego myślenia przez wszystkie rozwinięte gospodarki nie ominął również Szwecji. W latach 80. także tutaj zawitał specyficzny typ krytyki powojennego keynesowskiego status quo. Podnosił m.in. dominację dużych firm i karteli w gospodarce, duży rozmiar sektora publicznego, brak korelacji płac z produktywnością indywidualną czy ograniczenie roli mechanizmu rynkowego w gospodarce. Neoliberałowie wskazywali, że Szwecja odstaje od innych krajów pod względem tempa wzrostu gospodarczego. Ubierali to w zestaw publicystycznych oskarżeń o ociężałość, brak elastyczności i innowacyjności oraz niezdolność do dotrzymania kroku globalnym wyzwaniom. Winnym tego stanu rzeczy miał być oczywiście „model szwedzki”. Kiedy więc z początkiem lat 90. nadszedł kryzys na rynku nieruchomości (spowodowany pęknięciem bańki spekulacyjnej) rządząca wówczas centroprawica pod wodzą premiera Carla Bildta przyspieszyła z zestawem neoliberalnych rozwiązań. Zaczęło się cięcie wydatków budżetowych oraz przestawianie źródeł finansowania państwa z progresywnego PiTu na regresywny VAT.

Neoliberalny trend mogli przerwać wracający do władzy w połowie lat 90. socjaldemokraci. Ale tego nie zrobili. Ich ówczesny przywódca Goran Persson (premier Szwecji w latach 1996-2006) zdecydował się popłynąć w jednym nurcie z innymi ówczesnymi przywódcami eurolewicy (Tony Blair, Gerhard Schroeder, Leszek Miller). Przekonanymi, iż to liberalizacja najlepiej posłuży ideałom pełnego zatrudnienia i „nowoczesnego państwa dobrobytu”. Zgodnie z zaleceniami tzw. raportu Lindbecka szwedzką gospodarkę zaczęto więc przebudowywać w kierunku dobrze znanym z innych miejsc w Europie. Państwo miało się posunąć. Dopuścić prywatne podmioty oraz ich efektywnościową logikę do tworzenia usług publicznych (w formie tzw. nowego zarządzania publicznego w administracji). Zaczęto deregulację szeregu dziedzin gospodarki (m.in. sektora pocztowego, kolejowego czy rynku taksówkarskiego). Państwo miało odtąd dużo mocniej pilnować, by nie rosła inflacja. Nawet gdyby miało się to odbyć kosztem troski o pełne zatrudnienie. Kluczowym zadaniem rządu miała być od teraz stabilność wydatków publicznych – nawet gdyby trzeba ją osiągnąć poprzez ostre krojenie zdobyczy państwa dobrobytu.

 Triumfalny pochód neoliberalnego myślenia przez wszystkie rozwinięte gospodarki nie ominął również Szwecji.

Pomyli się jednak ten, kto powie, że przemiany z lat 90. oznaczały definitywny koniec szwedzkiej drogi. Dobrze widać to na przykładzie rynku pracy. Z jednej strony również w Szwecji praca uległa od lat 80. znaczącej decentralizacji. Głównie dlatego, że wraz z postępami globalizacji pojawiły się nowe typy zatrudnienia oparte o schematy outsourcingu. Co sprawiło z kolei, że rola związków zawodowych zaczęła się zmniejszać. Z drugiej jednak strony nawet neoliberalne rządy Carla Bildta i Gorana Perssona wiedziały, że nadmierne pogorszenie pozycji pracownika i niestabilność rynku pracy nie leżą w długofalowym interesie szwedzkiej gospodarki. To różniło ich od płynących na neoliberalnej fali polityków z innych krajów. W tym również z Polski.

Słowem – w Szwecji zadbano, by rynek pracy nie został do reszty zderegulowany. W efekcie dziś umowy płacowe obejmują nawet 90 proc. zatrudnionych w szwedzkiej gospodarce. A uzwiązkowienie sięga ok. 70 proc. Jasne, że jest to mniej niż w latach 80. gdy dochodziło do 90 proc. To jednak wciąż najwyższy tego typu wskaźnik w Europie. Co ciekawe uzwiązkowienie w Szwecji jest dziś wyższe w sektorze pracowników umysłowych (tzw. białych kołnierzyków) niż wśród robotników. Zdaniem wielu obserwatorów dziś szwedzki model jest więc hybrydą. Dość zliberalizowana gospodarka – gdzieniegdzie będąca wręcz w awangardzie neoliberalnych rozwiązań. Z jednym wszakże wyjątkiem – rynkiem pracy, gdzie model szwedzki pozostał w dużej mierze niezmieniony. Wszelkie próby jego ostatecznego rozszczelnienia koniec końców nie przyniosły efektu – jak choćby pod rządami centrysty Frederika Reinfeldta (2006-2014). Dziś model szwedzki stanowi ciekawy punkt odniesienia. Z jednej strony rządzący znowu socjaldemokraci (i to pod wodzą byłego związkowca Stefana Lofvena) deklarują się jako jego kustosze. Z drugiej wyrasta im poważny konkurent. Opozycyjni Szwedzcy Demokraci (trzecia siła szwedzkiej polityki) łączą tęsknotę za klasycznym państwem dobrobytu z niezgodą na liberalną politykę imigracyjną oraz z eurosceptycyzmem.

Nigdy się nie dowiemy, jak wyglądałaby polska transformacja, gdyby jej autorzy mocniej sięgnęli po szwedzkie rozwiązania. Ci, którzy okopali się na pozycjach „nie mogło być inaczej” raczej zdania już nie zmienią. Odnoszę jednak wrażenie, że tych, co w kierunku Sztokholmu zerkają z żalem i zaciekawieniem z roku na rok jednak przybywa.

Rafał Woś

Otwarta licencja



Bądź na bieżąco

Najczęściej Czytane