Decyzja Berlina dotycząca zamknięcia wszystkich elektrowni jądrowych w 2022 roku to jeden z najbardziej kontrowersyjnych, cynicznych i sprzecznych z nauką kierunków rozwoju niemieckiej transformacji energetycznej. Ale jednocześnie jest to sposób na budowę pozycji gospodarczej i politycznej Niemiec na kontynencie europejskim.

Według zapowiedzi niemieckiego rządu, wszystkie działające w Republice Federalnej Niemiec elektrownie jądrowe zostaną zamknięte już w roku 2022. Decyzja ta wywołała potężne dyskusje na całym świecie – wygaszenie tych jednostek stoi bowiem w sprzeczności z ustaleniami Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC), który w swych raportach ustalił, że atom jest niezbędny do wyhamowania globalnego ocieplenia. Do Berlina napłynęły protesty ekologów z całego świata, także z Polski. W maju br. grupa polskich naukowców i aktywistów środowiskowych wystosowała nawet petycję do rządu RFN w tej sprawie. Wysiłki te pozostały bezowocne. Jak tłumaczą komentatorzy polityczni niemiecki upór w sprawie energetyki jądrowej, wynika w dużej mierze ze względu na sytuację wewnętrzną w tym kraju – tworzący rząd chadecy muszą bowiem zatamować ubytek poparcia na rzecz antyatomowych Zielonych, którzy bazują na strachu społeczeństwa wywołanym przez katastrofy w Czarnobylu i Fukushimie.

Ale niemiecka walka z atomem ma też inny, znacznie istotniejszy wymiar. Pozwoli ona Niemcom przemodelować krajobraz energetyczny Europy tak, by zwiększyć ich obroty w handlu gazem i energią elektryczną, co przełoży się bezpośrednio na wzmocnienie pozycji gospodarczej i politycznej.

Pierwsze plany dotyczące wygaszenia niemieckich elektrowni jądrowych pojawiły się jeszcze za czasów Gerharda Schrödera, kiedy to w Berlinie rządził sojusz socjaldemokratów z Zielonymi. Już wtedy uznano rok 2022 za możliwy koniec atomu w RFN. Po decyzji czerwono-zielonego rządu zamknięto elektrownie w Stade i Obrigheim (odpowiednio w 2003 i 2005 roku). Te założenia uległy jednak zmianie, gdy do władzy doszli chadecy z Angelą Merkel na czele. W 2010 roku plany porzucenia energetyki jądrowej uległy wydłużeniu – miało to nastąpić dopiero w latach 30-tych XXI wieku. Taka decyzja wywołała szereg protestów w całych Niemczech, polegający m.in. na utworzeniu żywych łańcuchów ciągnących się do terenów elektrowni jądrowych. Wystąpienia te nie zmieniły jednak polityki rządu Angeli Merkel. Skorygowała ona swój antyatomowy kurs dopiero po katastrofie w Fukushimie w 2011 roku. już po katastrofie w Fukushimie, niemiecki rząd zadecydował o czasowym wyłączeniu 8 z 17 działających w RFN reaktorów. Kilka miesięcy później Niemcy zdecydowali o odejściu od energetyki jądrowej w 2022 roku, a tamtejsze spółki (np. Siemens) rozpoczęły proces odchodzenia od działalności w sektorze atomowym.

Decyzja ta – swedług wersji oficjalnej, spowodowana wyłącznie protestami społeczeństwa – może być określona tylko jednym przymiotnikiem: irracjonalna.

Przede wszystkim, warto jeszcze raz podkreślić, że katastrofa w Fukushimie Dai-Ichi nie pociągnęła za sobą tragicznych skutków, m.in. w postaci ofiar śmiertelnych wywołanych zdarzeniami radiacyjnymi. W porównaniu z tragicznym żniwem, jakie zebrały trzęsienie ziemi i tsunami, wydarzenia w japońskiej elektrowni są praktycznie bez znaczenia. Warto też zauważyć, że nawet skażenie, do którego doszło wskutek wycieku wody z elektrowni, nie ma zauważalnych skutków dla zdrowia i życia ludzi.

Po drugie, trudno w jakikolwiek sposób wytłumaczyć wygaszanie elektrowni jądrowych w Niemczech po wypadku w Fukushimie. Wystarczy przecież rzut oka na mapę, by przekonać się, że zagrożenia, które doprowadziły do wypadku w Japonii nie mają absolutnie żadnej szansy na spowodowanie takiej samej sytuacji w RFN. Przecież Niemcom nie zagrażają ani trzęsienia ziemi, ani tsunami!

Co więcej, wyłączenie niemieckich „jądrówek” ze strachu przed atomem jest tym bardziej irracjonalne, że przecież Niemcy graniczą z „nuklearną” Francją, która ok. 75% swojego zapotrzebowania na energię elektryczną pokrywa właśnie dzięki energetyce jądrowej. Gdyby wziąć tę niemiecką paranoję za dobrą monetę i uwierzyć, że katastrofa w Fukushimie może spowodować podobny wypadek w elektrowni w Europie, to Niemcy powinni bardziej obawiać się jednostek francuskich niż swoich. Paryż dysponuje bowiem 58 reaktorami jądrowymi.

Co więcej, według wyliczeń analityków magazynu Forbes, energetyka jądrowa jest też najmniej „śmiercionośnym” źródłem energii na świecie. Według przygotowanego przez Forbes zestawienia, wyprodukowanie tej samej ilości energii pochłania najmniej ofiar śmiertelnych właśnie w przypadku wytworzenia jej przez energetykę jądrową.

Jednakże Niemcy chcą nie tylko pozbyć się własnych elektrowni jądrowych, ale też zablokować powstawanie podobnych jednostek w całej Europie. W marcu 2018 roku serwis Energetyka24 opublikował fragmenty umowy koalicyjnej zawartej pomiędzy CDU/CSU i SPD, będącej przypieczętowaniem powstania kolejnego chadecko-socjaldemokratcznego rządu pod kierownictwem Angeli Merkel. Porozumienie między tymi partiami zakładało walkę o zakaz wykorzystywania unijnego i państwowego wsparcia finansowego w projektach jądrowych na terenie Unii Europejskiej. Jest to zapis, który rzuca zupełnie nowe światło na działania Berlina w sektorze energetyki jądrowej. Jak się bowiem okazuje, Niemcom udało się wykorzystać sprzeciw części swego społeczeństwa do realizacji... planów biznesowo-politycznych o zasięgu europejskim, które mają na celu wesprzeć gospodarkę RFN i wzmocnić wpływy polityczne tego państwa w krajach ościennych.

Kontrowersyjny dla energetyki jądrowej fragment brzmi tak: „W UE będziemy domagać się, aby cele Traktatu Euratomu dotyczące wykorzystania energii jądrowej były dostosowane do wyzwań przyszłości. Nie chcemy żadnego wsparcia z funduszy unijnych na nowe elektrownie jądrowe. Chcemy konsekwentnie wdrożyć zakończenie udziału funduszy państwowych w elektrowniach jądrowych za granicą (...) osadzenie Energiewende w kontekście europejskim otwiera szansę na zmniejszenie kosztów i wykorzystanie efektu synergii. Chcemy dodatkowych możliwości rozwoju i wzrostu zatrudnienia w Niemczech oraz możliwości eksportowych dla niemieckich firm na rynkach międzynarodowych”.

Niemcy otwarcie wskazują zatem, że ich antyatomowa polityka ma na celu budowę gospodarczej potęgi RFN (poprzez stymulowanie rozrostu rynku pracy oraz zwiększenie możliwości eksportowych), a co za tym idzie – wzrost pozycji politycznej Niemiec.

Jak ma to wyglądać? Państwa UE odchodzące od węgla i atomu (pod naciskiem Niemiec), budujące duże moce w OZE, będą potrzebowały jeszcze jednej rzeczy do prawidłowego funkcjonowania ich systemów energetycznych: gazu, który stabilizuje odnawialne źródła energii (czego dowodem może być np. litewski miks energetyczny po wyłączeniu tamtejszej elektrowni jądrowej). A błękitnego paliwa Niemcy będą miały przecież pod dostatkiem, dzięki swym dwóm podbałtyckim gazociągom biegnącym ku rosyjskim złożom. Mowa oczywiście o działającym Nord Stream i budowanym właśnie Nord Stream 2.

Innymi słowy mówiąc: Niemcy chcą wykorzystać czas, przez jaki gaz służyć będzie Europie za paliwo dla transformacji energetycznej à la Berlin, do osiągania zysków ze sprzedaży błękitnego paliwa na unijnym rynku. Służyć temu ma budowa potężnego hubu gazowego, którego kluczowym elementem są dwa gazociągi Nord Stream oraz (opcjonalne) terminale LNG, których budowę zapowiedziano na początku 2019 roku, a które również mogą odbierać skroplony gaz z Rosji. Oznacza to, że RFN chce użyć siły rosyjskich surowców energetycznych do budowy własnej pozycji gospodarczej i politycznej w Europie, co jest doskonale wpasowane w konstrukt Energiewende.

Co więcej, jeśli chodzi o eksport, to w kontekście niemieckiej walki z atomem warto zauważyć, iż ewentualne zablokowanie inwestycji w tego typu źródła energii w krajach ościennych (np. w Polsce) przez Berlin może w pewnej perspektywie sprawić, że państwa te w szczytach zapotrzebowania będą musiały skupować prąd z rynku niemieckiego – po prostu nie będą one posiadać dużych, stabilnych i niskoemisyjnych mocy (zakładając, że Europa dalej podążać będzie wytyczoną przez Berlin polityką dekarbonizacji). Podkreślić należy, że prąd kupowany w momentach szczytowego zapotrzebowania, czyli wtedy, gdy może go braknąć, jest najdroższy.

Podsumowując: Niemcy forsują swoją antyatomową politykę pomimo jej sprzeczności z ustaleniami naukowców co do wagi roli, jaką energetyka jądrowa może odegrać w walce ze zmianami klimatu. Berlin, postępując kompletnie irracjonalnie, kanalizuje społeczny sprzeciw, zasadzający się na nieuzasadnionych lękach, by realizować własną strategię gospodarczo-polityczną (ukrywaną pod płaszczykiem transformacji energetycznej), której celem jest budowa silnych Niemiec w Europie. RFN wykorzystuje płaszczyznę energetyczną do budowania wpływów gospodarczych i politycznych, cementujących dominację tego kraju wobec państw sąsiednich i reszty kontynentu.

Artykuł jest fragmentem rozdziału książki Jakuba Wiecha pt. „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”.

Jakub Wiech (ur. 1992) - prawnik, dziennikarz i publicysta, zastępca redaktora naczelnego serwisu Energetyka24. W swojej pracy zajmuje się zagadnieniami z zakresu bezpieczeństwa energetycznego i informacyjnego. Był laureatem nagrody Studencki Nobel w kategorii Dziennikarstwo i Literatura, otrzymał także nominację w konkursie MediaTory oraz nominację do nagrody Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Specjalistyczne. Stypendysta James S. Denton Transatlantic Fellowship. Autor książek "Niezależni w czasach niewoli. Rozmowy z działaczami wczesnego NZS-u" oraz "Energiewende. Nowe niemieckie imperium".



Bądź na bieżąco

Najczęściej Czytane