Stwierdzenie, że państwo jest bogate, oznacza, że zarejestrowane w nim podmioty gospodarcze wytwarzają w jednostce czasu dobra i usługi, których łączna wartość jest wysoka w stosunku do liczby mieszkańców. Jeśli gospodarka produkuje dużo w relacji do liczby mieszkańców, to ci mieszkańcy dużo zarabiają i są bogaci, mogą więc dużo wydać. Gospodarka produkująca w ogóle dużo jest źródłem znaczenia międzynarodowego – państwo może wydać więcej pieniędzy na narzędzia do wywierania różnego rodzaju presji na inne państwa. Może też wydać więcej na armię.

Bogactwo państwa jest rezultatem wcześniejszego wzrostu gospodarczego. Są trzy zasadnicze sposoby jego osiągania: przez konsumpcję, inwestycje i innowacje. Najprostszy do osiągnięcia jest wzrosty oparty na konsumpcji. Jeśli ludzie z jakiegoś powodu będą wydawać więcej, np. dlatego, że otrzymują zasiłki w programie takim jak 500+, to przedsiębiorstwa zatrudnią bezrobotnych i wyprodukują więcej – pojawi się wzrost. Ma on jednak krótkie nogi; wkrótce zacznie brakować bezrobotnych i dalszego wzrostu nie będzie.

Drugim sposobem na osiągnięcie wzrostu są inwestycje. Przedsiębiorstwa kupują maszyny, dzięki którym mogą coś produkować. Używają ich i łączny produkt w gospodarce jest większy. Także ten sposób ma swoje ograniczenia, choć objawiają się one dużo później. Ostatecznie dochodzi do sytuacji, że wszyscy ludzie obsługują już jakieś maszyny i kupowanie kolejnych nie ma sensu, bo i tak nie będzie miał kto na nich pracować.

Trzecim sposobem osiągania wzrostu są innowacje. Naukowcy lub konstruktorzy opracowują maszynę, która robi to samo szybciej czy taniej, niż było to dotychczas możliwe, co otwiera drogę do większej produkcji. Ewentualnie ludzie ci opracowują sposób wytwarzania produktu zupełnie nowego. Do tej pory nikt nie wiedział, jak go efektywnie (np. dostatecznie tanio) wytwarzać. Na takiej zasadzie pojawiły się ostatnio telefony komórkowe, monitory LCD, samochody elektryczne czy panele słoneczne.

Najbogatsze są te kraje, które mają innowacyjne gospodarki.
Dlaczego? Kiedy przedsiębiorstwo opracowuje coś nowego, chwilowo staje się jedynym, które potrafi to wytwarzać (jeśli to nowy produkt) lub wytwarzać w taki sposób (jeśli to nowa metoda produkcji).

Nie ma więc konkurencji, jest monopolistą i dyktuje wysokie ceny, jego marże i zyski są wysokie. Dużo też zarabiają zatrudnieni tam ludzie. Innowacyjne gospodarki mają przede wszystkim takie kraje jak USA, Niemcy, Szwajcaria, Wielka Brytania, ogólnie kraje północno-zachodniej Europy, a także Korea Południowa i Japonia. Branże są zróżnicowane ze względu na rolę, jaką odgrywają w nich innowacje. Branże, w których innowacje są typowym sposobem osiągania zysków, będziemy tu nazywać ofensywnymi. Takie branże to m.in. elektronika, farmacja, motoryzacja, lotnictwo, automatyka przemysłowa czy zbrojeniówka. Branże, w których innowacje nie odgrywają istotnej roli, nazwijmy defensywnymi. To petrochemia, energetyka, wydobycie surowców, handel detaliczny czy bankowość.

Gospodarka, w której dominują branże ofensywne zawsze jest bogata. Utrzymywanie się na powierzchni w branży ofensywnej polega na ciągłym aktualizowaniu swojej oferty, byciu w tym monopolistą (lub częścią niewielkiej grupy firm, które oferują rzeczy podobne) i narzucaniu wysokich marż. Gospodarka, w której dominują branże defensywne, może być bogata, ale notuje ona najwyżej taki wzrost, jak zewnętrzne otoczenie. Na przykład Norwegia i Kuwejt to kraje bogate dzięki ropie. Im bardziej zewnętrzny świat potrzebuje ropy (im jest bogatszy), tym jest ona droższa i tym bogatsze są same te kraje. Jeśli jednak kraj nie jest tak szczodrze obdarzony surowcami mineralnymi, a ma gospodarkę skoncentrowaną na branżach defensywnych, to jest najwyżej tak bogaty jak Hiszpania. Kraj ten ma swoje banki, swoje sieci handlowe, produkuje to i owo, ale głównie narzędziami automatyki przemysłowej opracowanymi wcześniej i gdzie indziej.

Jeżeli jakieś czynniki doprowadzą do tego, że kapitał w gospodarce zostanie skoncentrowany na branżach defensywnych, staje ona w obliczu poważnego ryzyka.

Przeanalizujmy trzy takie przykłady. W latach 60. ubiegłego stulecia w Holandii odkryto bogate złoża gazu ziemnego. Kapitał zaangażował się w jego wydobycie i kraj stał się eksporterem tego surowca. W rezultacie dolary płynęły do Holandii wartką strugą, a jej własna waluta drożała. Produkty przemysłowe produkowane za granicą stawały się w Holandii tańsze, zatem nie opłacało się ich produkować na miejscu. Holandia przestała się rozwijać. Zjawisko to, polegające w ogólności na zastoju gospodarczym spowodowanym odkryciem surowców mineralnych, jest przez ekonomistów nazywane chorobą holenderską.

Rozważmy upadek I Rzeczypospolitej. Jego wyjaśnienia pochłonęły morze atramentu. Zapewne sprawa jest złożona, natomiast czynnikiem ekonomicznym, który dołożył się do tego w istotnym stopniu, były żyzne gleby. Rzeczpospolita miała naturalną przewagę nad zachodem Europy w produkcji żywności. To w tej branży koncentrował się kapitał. W ślad za tym to producenci żywności skupili w swoich rękach wpływy i znaczenie polityczne. W rezultacie Rzeczpospolita przespała rewolucję przemysłową. Na zachodzie Europy znaczenie ekonomiczne i, co za tym idzie, polityczne zyskiwali przedsiębiorcy tworzący manufaktury i wdrażający nowe środki produkcji. Pociągało to za sobą innowacje i wzrost gospodarczy. Rzeczpospolita podporządkowywała się interesom magnaterii produkującej żywność. A w tej działalności nie było miejsca na rozwój i wzrost.

Trzecim przykładem, który warto tu rozważyć, jest współczesna Rosja. Kraj ten jest względnie zasobny w surowce mineralne. Rosyjski kapitał jest w znacznej części skoncentrowany na ich wydobyciu. Gospodarka jest temu podporządkowana. W tej sytuacji nie może dziwić, że rosyjski wzrost gospodarczy jest rachityczny. W latach 2009–2018 wyniósł średnio 0,85 procent. W tym czasie cały świat osiągnął średnią stopę wzrostu 2,53 procent.

W interesie bogatego państwa jest sprzedawanie partnerom
handlowym zaawansowanych technologicznie, wysokoprzetworzonych produktów z wysokimi marżami, drogo i kupowanie od tych partnerów surowców i niskoprzetworzonych produktów z niskimi marżami, tanio.

Na tym polega amerykański interes w relacjach z Chinami i na tym też polega np. niemiecki interes w relacjach z Europą Wschodnią, w tym z Polską.

Chiny są państwem niespełna czterokrotnie ludniejszym niż USA. Jeśli Chińczyk będzie wytwarzał dobra i usługi o takiej wartości jak Amerykanin, to będzie oznaczało, że Chiny będą czterokrotnie potężniejsze i w relacjach chińsko-amerykańskich USA będzie junior partnerem, tak jak obecnie Japonia w relacjach amerykańsko-japońskich. Tymczasem przeciętny Chińczyk wytwarza dobra i usługi warte czterokrotnie mniej (wg parytetu siły nabywczej waluty). Ponieważ amerykańska produkcja, w tym produkcja zbrojeniowa, jest po prostu lepsza, wciąż hegemonem jest USA. Chińska produktywność rośnie jednak znacznie szybciej niż amerykańska, zatem sytuacja jest dynamiczna. Na czym polega w tym zakresie amerykański interes i jak może być egzekwowany?

Z amerykańskiego punktu widzenia najlepiej byłoby, gdyby Chiny pogrążyły się w kryzysie politycznym i gospodarczym i rozpadły na szereg państw takich jak Laos. W takich warunkach hegemonia amerykańska mogłaby trwać jeszcze przez setki lat. Sytuacja w Chinach nie zmierza jednak w tę stronę i jedyny sposób, aby doprowadzić do tego z zewnątrz, to pełnoskalowa wojna, którą Amerykanie musieliby stoczyć w Chinach i w niej zwyciężyć. W USA brak jednak poparcia politycznego dla takiej akcji. Pojawi się ono być może, kiedy Chiny wyprą Amerykanów z części ich rynków zbytu, wpędzając w ten sposób USA w kryzys gospodarczy. Wówczas nastroje konfrontacyjne wśród amerykańskich wyborców staną się zapewne bardziej popularne niż obecnie.

Mniej optymistycznym wariantem, ale wciąż do przyjęcia przez USA, są Chiny będące czymś w rodzaju azjatyckiej Hiszpanii: żyje się tam przyjemnie, kraj jest nasycony kapitałowo i zorientowany na branże defensywne; produktywność na głowę mieszkańca jest około dwukrotnie mniejsza niż amerykańska; Chiny pozostają światową fabryką nieskoprzetworzonych produktów, ale ponieważ ludność zarabia tam już godziwie, to ta produkcja nie jest aż tak konkurencyjna. W tym wariancie USA produkuje wprawdzie dwukrotnie mniej dóbr i usługi niż Chiny (Chińczycy są dwukrotnie mniej produktywni, ale jest ich czterokrotnie więcej), ale dominuje technologicznie i militarnie. Marzenia tego rodzaju zdradzają amerykańscy politycy i publicyści, podpowiadając Chinom przestawienie gospodarki na taką, której rozwój jest stymulowany konsumpcją. Mówią w ten sposób: po co macie ciułać i oszczędzać, mieszkając w małych mieszkankach i jeżdżąc marnymi samochodami? Kupcie sobie lepiej po luksusowym apartamencie i samochodzie. Długofalowo służyłoby to wyłącznie amerykańskiej potędze.

Chińskie ambicje wykraczają poza powyższy scenariusz,
co bezpośrednio prowadzi do konfliktu, którego przejawem jest sprawa Huawei.

Firma ta została oskarżona o instalowanie w produkowanych przez siebie urządzeniach modułów wspierających działalność szpiegowską. W związku z tym Huawei został wyrzucony z amerykańskiego rynku jako dostawca elementów budulcowych sieci telekomunikacyjnych. Co więcej USA wywiera bezprecedensową presję na swoich sojuszników, aby nie robili interesów z Huawei.

Oczywiście trudno wykluczyć, że faktycznie firma ta montowała w swoich urządzeniach moduły umożliwiające działalność szpiegowską. Być może był to jednak tylko pretekst. Huawei działa w wysoce ofensywnej branży urządzeń elektronicznych i telekomunikacyjnych. Rozwój tej firmy oznaczałby wypieranie z rynku amerykańskiego Apple’a. Przede wszystkim jednak rozwój Huawei tworzy nową sytuację polegającą na tym, że wyrasta chińska firma stanowiąca motor wzrostu chińskiej gospodarki przez innowacyjność. To otwiera przed chińską gospodarką drogę do produktywności (na mieszkańca) porównywalnej z amerykańską oraz do wypierania z rynków amerykańskich produktów zaawansowanych technologicznie przez produkty chińskie.

Gdyby działo się to na dużą skalę, faktycznie zakończyłoby amerykańską hegemonię na świecie. Dlatego w interesie amerykańskim jest odcięcie Huawei od rynków zbytu i powstrzymanie organicznego – finansowanego bieżącymi przychodami – wzrostu tej firmy. Z punktu widzenia Amerykanów Chińczycy powinni skupić się na produkcji tekstyliów czy plastikowej zastawy stołowej, a nie rozwijanej przez siebie elektroniki.

USA nie będzie w stanie reagować tego rodzaju środkami na każdą chińską firmę działającą w branży ofensywnej, dlatego rozpętuje wojnę handlową z Chinami. Jest to kwestia amerykańskiej racji stanu.

Podobnie jak w interesie USA jest ograniczenie innowacyjności gospodarki chińskiej, tak w interesie Niemiec jest ograniczenie innowacyjności gospodarki polskiej. Na razie relacje gospodarcze między naszymi państwami kształtują się na według modelu bogaty–biedny. Niemcy dostarczają nam samochody i urządzenia produkcyjne, a my Niemcom produkty niskoprzetworzone, np. meble. Polska wyrosła na potentata w produkcji mebli. Z Polski np. pochodzi 20 procent produktów globalnie dystrybuowanych przez Ikeę. Jedynym państwem, które nas pod tym względem wyprzedza, są właśnie Chiny, przy czym Chiny dostarczają raczej akcesoria meblowe, natomiast Polska – drewniane i drewnopodobne główne komponenty mebli. Produkcja mebli jest jednak branżą defensywną. Rozwój w niej jest pochodną innowacji w innej dziedzinie – automatyce przemysłowej, obszarze dominacji niemieckiej.

Na indeksie WIG20, notującym dwadzieścia największych spółek giełdowych w Polsce, dominują banki i firmy energetyczne i inne biznesy par excellence defensywne. Mamy tam dwa telekomy, oba z dominującym kapitałem zagranicznym, i producenta gier komputerowych – jedynego w tym zestawieniu przedstawiciela branży stricte ofensywnej. Jeśli Polska ma być bogata, w WIG20 powinny dominować spółki ofensywne. Pamiętajmy, że nikt nam w tym nie pomoże, bo nasze bogactwo i znaczenie będzie stanowiło konkurencję i zagrożenie dla innych. Skąd zatem wziąć w Polsce prężne przedsiębiorstwa w branżach ofensywnych?

Punktem wyjścia do tego jest to, co Polska już robi, czyli udział w handlu międzynarodowym. Dla uczestników handlu międzynarodowego rynkiem zbytu jest cały świat, więc łatwo o szybką akumulację kapitału. Co więcej przedsiębiorstwa w kraju otwartym na handel międzynarodowy muszą być efektywne i szybko dopasowywać się do zmieniających się realiów, ponieważ konkurują z całym światem. To wymusza na nich prężność i innowacyjność. Państwa morskie biorą udział w handlu w większym stopniu niż państwa w głębi lądu, stąd bierze się jedno z podstawowych praw geopolityki: państwa morskie są bogatsze niż lądowe. Niektóre państwa lądowe są jednak równie bogate na mocy tego samego mechanizmu. Szwajcaria jest bogata, ponieważ tamtejsi przedsiębiorcy musieli być dostatecznie prężni, aby sprostać konkurencji z Niemiec i Włoch, a jednocześnie akumulowali kapitał, produkując na rynki obu tych sąsiadów.

Niestety firm w branżach ofensywnych nie jest w stanie założyć państwo.  Jak świat długi i szeroki politycy wtykają do kadry menedżerskiej przedsiębiorstw państwowych (czy z dominującym udziałem właścicielskim państwa) swoich kolegów i krewnych.

Nie są to na ogół koledzy i krewni najbardziej rozgarnięci, bo tacy mają już pracę stosowną do swoich kompetencji. Dlatego przedsiębiorstwa państwowe są zwykle źle zarządzane i trzeba je dotować; nasze kopalnie są tu dobrym przykładem. Tymczasem przedsiębiorstwo w branży ofensywnej musi być dobrze zarządzane, ponieważ podlega ciągłej restrukturyzacji – dopasowywaniu się do zmieniającej się technologii.

Absolutnym koszmarem są państwowe przedsiębiorstwa działające w branży zbrojeniowej, która jest ofensywna par excellence. Mamy tam wszystko, co jest sprzeczne z interesem państwa. Po pierwsze, złe zarządzanie w wykonaniu kolegów polityków. Po drugie, związki zawodowe pilnujące, żeby nikt się tam nie przepracowywał i żeby firma nie dostosowywała się kadrowo do zmieniających się wyzwań technologicznych. Po trzecie, fakt posiadania przez państwo producenta sprzętu wojskowego podsuwa politykom myśl, że trzeba zaopatrywać armię u tego właśnie producenta. W rezultacie armia dostaje marny, anachroniczny sprzęt oraz amunicję, która wybucha sama, powodując obrażenia żołnierzy. Ponurych ilustracji powyższych prawidłowości dostarcza nasz rodzimy państwowy przemysł zbrojeniowy.

Co zatem robić? Powstanie przedsiębiorstw w branży, która w kraju (prawie) nie istnieje, jest niezmiernie trudne. Nie ma na rynku specjalistów, bo uczelnie ich nie kształcą. A uczelnie ich nie kształcą, bo absolwenci nie mogliby liczyć na zatrudnienie, skoro nie ma w branży przedsiębiorstw. Wyjście z tego błędnego koła wymaga roztropnej polityki państwowej, której filarami są rządowe inwestycje w naukę i rządowe inwestycje w innowacje w przedsiębiorstwach. Na szczęście są dobre wzorce. Trzeba po prostu robić to, co w tym zakresie robią USA, Niemcy, Japonia czy Korea Południowa. Natomiast niekoniecznie należy słuchać, co nam na ten temat suflują Amerykanie czy Niemcy, bo w ich interesie wcale nie jest, żebyśmy byli równie bogaci co oni.

Innowacje w biznesie stanowią często biznesowe przedłużenie nowych koncepcji naukowych. Nic więc dziwnego, że bogate kraje to na ogół takie, których nauka stoi na wysokim poziomie. Liczba noblistów pochodzących z kraju z pewnością lepiej pozwala przewidzieć jego bogactwo niż ilość znajdujących się na jego terenie surowców mineralnych. Szczęśliwie ostatnie reformy wydobywają polską naukę z letargu i być może niebawem zacznie ona być zauważalna na świecie. Z pewnością dalsze przekształcenia są potrzebne. W szczególności z polskiej uczelni wciąż praktycznie nie da się zwolnić nieudolnego pracownika i uczelnie wciąż są przytuliskiem dla ludzi, którzy do pracy tam zupełnie się nie nadają. To się musi zmienić.

Po drugie, w stosunku do cywilizowanego świata dochody naukowców w zbyt dużej części pochodzą z wynagrodzeń zasadniczych, a w zbyt małej części z grantów. Powinniśmy w tej sprawie naśladować Czechów, tzn. wynagrodzenia zasadnicze powinny być niższe, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze powinny być pompowane w system grantów. W USA działa to tak: amerykański profesor elektroniki do normalnego funkcjonowania na uczelni potrzebuje budżetu na poziomie 600 tysięcy USD rocznie, które wydaje na wynagrodzenia ludzi (postdoców i doktorantów) i inne koszty prowadzenia badań naukowych. Pieniądze te pochodzą głównie z grantów fundowanych w taki czy inny sposób przez rząd. Amerykański rząd finansuje te projekty badawcze, które wpisują się w określone przez niego priorytety rozwojowe oraz są prowadzone przez naukowców, którzy wykazują się efektywnością. Tymczasem polski rząd po prostu daje uczelniom pieniądze, a uczelnie wypłacają je pracownikom prowadzącym zajęcia ze studentami – bez względu na to, czy ci pracownicy prowadzą sensowne badania naukowe czy nie. Szczęśliwie Ustawa 2.0 o nauce i szkolnictwie wyższym ten mechanizm poprawia, natomiast wciąż znikoma część pieniędzy na naukę i uczelnie wyższe trafia tam w drodze konkursów o granty.

Kolejne narzędzie wspierania innowacji w biznesie to rządowe wsparcie dla projektów innowacyjnych w przedsiębiorstwach. Innowacyjność jest działalnością ryzykowną, pomysły sprawdzają się albo nie; inwestycja w te pomysły przynosi zysk albo stratę. Przez wsparcie finansowe rząd może zwiększyć skłonność przedsiębiorstw, szczególnie małych i średnich, do podejmowania działalności tego rodzaju. Bogate kraje mają zwykle całe ministerstwa, które zajmują się głównie tym. Modelowym przykładem takiej administracji jest japońskie Ministerstwo Gospodarki, Handlu i Przemysłu. Uważa się, że spektakularny sukces gospodarczy osiągany przez Japonię od II wojny światowej do końca lat 80. XX wieku był konsekwencją działalności tego ministerstwa. Na nim wzorowane jest koreańskie Ministerstwo Handlu, Przemysłu i Energii. Przyniosło ono raczej dobry skutek, skoro w latach 50. kraj ten przypominał państwa Afryki Subsaharyjskiej, a obecnie jest bogatszy niż Włochy.

Tymczasem w Polsce staramy się budować agendy rządowe tego rodzaju i mamy je od stycznia 2018 roku aż trzy: Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii oraz Ministerstwo Cyfryzacji. Efekt jest oczywiście taki, że siła oddziaływania każdego z tych podmiotów jest trzykrotnie mniejsza, niż gdyby to było jedno ministerstwo. W dodatku konkurują one o te same zasoby. Na razie trudno mówić o spektakularnych wynikach pracy tych resortów, ale może czas takie przyniesie. Tworzenie ministerstw w połowie kadencji parlamentu uniemożliwia obiektywną ocenę ich pracy na koniec tej kadencji, zatem nie jest to dobra praktyka.

Wszyscy byli kiedyś w sklepie czy w banku. Tymczasem mało kto był w biurze firmy produkującej oprogramowanie. Takie zapewne są źródła rozpowszechnionego w polskiej debacie publicznej przekonania, że handel detaliczny i bankowość to kury znoszące złote jajka. Jest to nieporozumienie. Obecnie najwięcej na świecie warte przedsiębiorstwa to kolejno: Microsoft, Apple, Amazon, Alphabet (właściciel Google’a) i Facebook. Tak wyglądają kury znoszące złote jajka. Tymczasem 7 czerwca 2017 roku PZU oraz Polski Fundusz Rozwoju przejęły za 10,2 miliarda złotych pakiet kontrolny Banku Pekao SA, który był wcześniej w rękach zagranicznych. W tym czasie całoroczny budżet Narodowego Centrum Nauki finansującego w naszym kraju badania podstawowe wyniósł 1,1 mld. zł. Jeśli to symbolizuje priorytety polskiej polityki gospodarczej, to sami skazujemy się na bycie biednym krajem bez znaczenia.

Bogactwo i bieda są w pewnym sensie kwestią wyboru. Jeśli w kraju powstają branże, które będą czynić ten kraj bogatym, w branżach tych będą pracować wyborcy, którzy będą wspierać taką politykę rządową, która z kolei wspiera te branże. Bogactwo i potęga będą umacniane. Jeśli państwo powoła wielkie państwowe banki, to będą one dysponowały siłą polityczną. Wtedy konieczność ich dotowania będzie tylko kwestią czasu, tak jak Polska dotuje kopalnie z powodu nagromadzonej tam siły politycznej. To nie jest droga do bogactwa i potęgi. Ale może być jeszcze gorzej. Państwo może „wyhodować” grupę ludzi żyjących z polityki socjalnej. Oni będą głosować zawsze w jednym kierunku: za ekspansją tej polityki kosztem innych dziedzin. Jest to scenariusz popularny na świecie. Wybór bogactwa nie jest łatwy i dlatego państw bogatych i znaczących jest mało, a biednych i mało znaczących – dużo.

Paweł Wawrzyński - Doktor habilitowany inżynier, zastępca dyrektora Instytutu Informatyki Politechniki Warszawskiej.

Materiał pochodzi z portalu Strategy&Future

Gdyby każda osoba wchodząca na portal przelewała nam miesięcznie 30 gr, to bylibyśmy w stanie publikować każdego miesiąca kilkadziesiąt jakościowych analiz, które poprawiłyby jakość debaty publicznej w naszym kraju.

Możesz się do tego przyczynić udzielając nam wsparcia i przelewając na nr konta 49 1020 4027 0000 1302 1542 2304 dowolną kwotę



Bądź na bieżąco

Najczęściej Czytane