Komentarze I Analizy

Pod koniec roku Ukraina przesądzi o swoim geostrategicznym wyborze

Dwa tygodnie temu przebywał w Moskwie eurokomisarz odpowiadający za energetykę Marosz Szevczowicz. Rozmawiał z nadzorującym rosyjski sektor węglowodorowy ministrem Aleksandrem Novakiem przede wszystkim o kluczowej obecnie kwestii, a mianowicie przedłużenia umowy o tranzycie rosyjskiego gazu przez Ukrainę. Stanowisko Rosji jest sztywne. Nie tylko nie chce wieloletniej umowy, czego domagają się w Kijowie, ale również sporne są ilości gazu, jakie miałyby płynąć za pośrednictwem ukraińskich sieci.

Kijów chciałby, aby było to minimum 60 mld m³, a Rosja jest zdania, że to zbyt dużo. Oczywiście przy założeniu, że uruchomione zostaną obydwa potoki – Nord i Turecki, a w to nikt w Europie dziś już nie wątpi. Ale dodatkowo Rosjanie usztywnili ostatnio swoje stanowisko domagając się aby Ukraina podpisała wraz z nowym kontraktem tranzytowym porozumienie, które przewidywałoby umorzenie kar nałożonych na Gazprom przez międzynarodowe sądy arbitrażowe w związku z jego monopolistyczna polityką na Ukrainie (idzie o miliardy dolarów).

Dziś jest niemal w 100 % pewne, że z powodu obstrukcji, jaką zastosowali Duńczycy planowany na koniec tego roku termin oddania do eksploatacji Nord Stream 2 nie zostanie przedłużony. O ewentualnych amerykańskich sankcjach póki co nie ma co wspominać, bo mamy do czynienia, przynajmniej na razie z pogróżkami, nie realnymi działaniami.

Wracając do toczonych rozmów jedynym ich efektem była informacje, że zostają one odłożone do końca września, czyli do zakończenia wyborów parlamentarnych na Ukrainie (lipiec) oraz powstania nowego rządu. Jest to istotna zmiana w planowanym kalendarzu. Pierwotnie zakładano, że druga, po styczniowych, runda rozmów w sprawie przedłużenia umowy tranzytowej odbędzie się w czerwcu. Teraz, jak argumentują rosyjscy obserwatorzy, termin wrześniowy też jest mocno niepewny, bo kadencja obecnych eurokomisarzy kończy się ostatniego dnia tego miesiąca, ale zazwyczaj wiadomo już na początku września wiadomo, kto będzie następcą ustępującego. I w takich realiach raczej nie prowadzi się trudnych rozmów i nie zawiera kompromisów w sprawach tak ważnych.

W praktyce oznacza to, że rozmowy będą prowadzone niemal w ostatnich chwili, czyli w drugiej połowie października, a może nawet w listopadzie. Jak niedawno powiedziała Bloombergowi, Jelena Zerkal, obecna wiceminister spraw zagranicznych Ukrainy, odpowiadająca za kwestie prawne, faktycznie zaś będąca pierwszym zastępcą ministra Klimkina, bo to ona zstępowała go w trakcie jego nieobecności, że prawdopodobieństwo „czarnego scenariusza” jest coraz większe. Zerkal ma dobre notowania również w ekipie Zełenskiego, bo to ona dostała zaraz po wyborczym sukcesie obecnego prezydenta propozycję objęcia funkcji jego doradcy, której jednak nie przyjęła (jak się uważa, bardziej zainteresowana jest pracą zgodną z jej wykształceniem, jest prawnikiem specjalizującym się w prawie międzynarodowym). Powiedziała również, że jej zdaniem wszystkie państwa europejskie, w tym i Ukraina, już przygotowują się do tego scenariusza, czego dowodem są zwiększone zakupy gazu.

I rzeczywiście. Gazprom opublikował informacje na temat poziomu swej sprzedaży do Europy. Mimo tego, że europejskie podziemne magazyny są zapełnione w 53 %, od początku maja do 15 czerwca rosyjski gigant sprzedał 23,4 mld m³ gazu, tyle samo co w roku poprzednim, kiedy ustanowił swój europejski rekord. Pierwszy kwartał był znacznie słabszy, to dlatego, że mniej wówczas kupowano. Sprzedaż Gazpromu do ich europejskich odbiorców jest w tym roku niższa od ubiegłorocznej o 6,3 %. Zdaniem przedstawicieli Gazpromu za wzrost zakupów odpowiadają też międzynarodowi traderzy, którzy dziś kiedy gaz jest tani zapełniają magazyny licząc na jesienną zwyżkę cen. Obecnie cena gazu w europejskim hubie TTF kształtuje się na poziomie 11,3 euro za MWh, czyli około 138 euro za 1000 m³. Różnica między obecnym poziomem cen a notowaniami z grudnia wynoszą 7,5 euro za MWh, czyli całkiem niemało.

Jeśliby tranzyt nie został przedłużony, to premia jaką mogą zdobyć mający gaz w swych magazynach może okazać się jeszcze większa. Przy czym, oczywiście pytanie o to jak długo trwać będą przerwy w dostawach. Oblicza się, że dla realizacji twardych zobowiązań kontraktowych Gazpromowi może zabraknąć od 10 do 15 mld m³ gazu. Ale mówimy o całym roku. Osobną kwestią jest to jak odczują to finanse koncernu, który średnioroczną cenę na gaz (i przy takim założeniu budował swój budżet) szacował na 200 euro za 1000 m³. Ciekawa jest też w tym wypadku postawa Ukrainy. Wydaje się, że niedawna wizyta amerykańskiego sekretarza ds. energii Ricka Perry w Kijowie, gdzie uczestniczył w zaprzysiężeniu Zełenskiego oraz najprawdopodobniej rozmowy prezydenta Dudy w Stanach Zjednoczonych w trakcie kończącej się wizyty wpływają na to, że Kijów ma zamiar trzymać się twardo. Jak informował niedawno prezes Woźniak z PGNiG technicznie jest możliwy rewers amerykańskiego LNG na Ukrainę. A zatem możemy być świadkami ciekawej rozgrywki w trakcie której nasza część Europy nie tylko werbalnie, ale i faktycznie zrealizuje strategię odmienną niźli Niemcy.

Kwestią kluczową pozostaje w tym przypadku cena. O ile Amerykanie będą w stanie zaproponować dostawy w cenach konkurencyjnych, to kraje takie jak Słowacja, której premier prowadził ostatnio rozmowy na ten temat w Moskwie, mogą również dokonywać korzystnych dla siebie wyborów. Tego rodzaju presja konkurencyjna winna stanowić czynnik sprzyjający zmniejszeniu cen gazu w Europie i w dłuższej perspektywie działać zarówno na korzyść naszej gospodarki, jak i osłabiać rosyjską.

Warto też zwrócić uwagę na wizytę w Niemczech i Francji prezydenta Zełenskiego. Ma ona oczywisty związek z próba wznowienia tzw. formatu mińskiego. Ukraińskie media ujawniają przy okazji, że w spotkaniu, które w efekcie doprowadziło do tego, że były prezydent Kuczma wrócił do grupy kontaktowej (spotkaniu z Zełenskim uczestniczył zięć byłego prezydenta oligarcha Wiktor Pinczuk). I przypominają w tym kontekście artykuł, który ten ostatni opublikował w The Wall Street Journal ostatniego dnia 2016 roku. Proponował w nim wówczas, aby nie prowadzić z Rosją rokowań na temat wszystkich spraw, bo wówczas nie osiągnie się żadnego porozumienia. W sprawie Krymu Moskwa nie chce negocjować, więc domaganie się wprowadzenia tej kwestii na agendę jest kontrproduktywne. Ale dodatkowo proponował, aby Ukraina przyznała publicznie, że zamierza zrezygnować z aspiracji wstąpienia do Unii Europejskiej i na bliżej nieokreśloną przyszłość odłożyć swój akces do NATO.

Ukraińscy politolodzy zwracają uwagę za to, że od jakiegoś czasu Moskwa bardzo wyraźnie podkreśla, że nie jest stroną konfliktu w Donbasie i Kijów rozwiązania winien szukać prowadząc z „republikami ludowymi” bezpośrednie rozmowy. Niedawno rosyjska prasa ujawniła jakie są efekty zapowiedzianej już dwa miesiące temu i wcześniej przygotowywanej „paszportyzacji”, czyli operacji polegającej na wydawaniu rosyjskich paszportów obywatelom Ukrainy zamieszkałym w Donbasie, którzy chcą się o to ubiegać. Otóż efekty, póki co, są delikatnie sprawę ujmując mierne. 14 czerwca wydano pierwsze 64 paszportów, ale obserwatorzy zwracają uwagę, że złożono tylko 7,5 – 8 tys. dokumentów. Jeden z wypowiadających się ekspertów (Denis Denisow) powiedział, że w takim tempie przez 100 lat nie zdąży się całej sprawy załatwić i uzupełnił swą wypowiedź mówiąc, że gdyby lokalne władze rzeczywiście były do paszportyzacji przygotowane, to wówczas już dziś dysponowałyby elektroniczną bazą 300 – 400 tys. wniosków. Innymi słowy program rozkręca się wolno. Można oskarżać o to niewydolność lokalnej biurokracji, skomplikowanie procedur czy wręcz korupcję. I zapewne wszystkie z tych wyjaśnień są po części prawdziwe. Ale można też sądzić, że to Rosja, która jak powiedział Putin „ze względów humanitarnych” rozpoczęła proces, nie nalega na jego znaczące przyspieszenie.

Co ciekawe w trakcie konferencji prasowej jaką w Paryżu miał prezydent Macron i Zełenski miał miejsce interesujący lapsus. Nawiasem mówiąc rozmowę z mediami trudno określić mianem konferencji, bo zadano raptem dwa pytania. Jedno z nich dotyczyło właśnie wznowieniu rozmów w tzw. formacie mińskim. Otóż Macron powiedział, że z uznaniem i zadowoleniem przyjmuje gotowość Zełenskiego aby „wykonać gest wobec separatystycznych republik”. Mogło to być zrozumiane, zwłaszcza, że w mediach od jakiegoś czasu ten właśnie temat się pojawia, że Kijów ustępuje i może zgodzić się na format bezpośrednich negocjacji z Donieckiem i Ługańskiem.

Po wypowiedzi Macrona wtrącił się Zełenski, choć odpowiadał na to pytanie wcześniej i zaznaczył, że być może nastąpił błąd w tłumaczeniu, bo on nie powiedział, że gotów jest rozmawiać, jedynie podkreślał potrzebę rozmów w formacie mińskim, który, co trzeba przypomnieć nie zakłada uczestnictwa separatystów. Ale ta drobna różnica zdań jest, jak się wydaje, świadectwem presji jakiej podlega Kijów. Presji wywieranej przez Paryż i Berlin. Warto też zwrócić uwagę na drugie pytanie, jakie padło na konferencji prasowej i było skierowane wprost do Macrona. Chodziło o jego wywiad dla jednej ze szwajcarskich telewizji w którym opowiedział się za powrotem Rosji do grupy państw G7 i na powrót przekształcenia jej w G8. Trzeba pamiętać, że Francja obejmuje właśnie rotacyjne przewodnictwo w tym gronie. Powiedział wówczas, że jeśli nastąpi postęp w rozmowach mińskich to trzeba będzie rozważyć powrót Rosji. Tym razem Macron sprytnie uchylił się od odpowiedzi na pytanie dziennikarza na ten temat i zakończył konferencję.

Innymi słowy, gołym okiem widać, że Kijów znajduje się pod presją, aby w kwestii Donbasu zająć „bardziej elastyczne” stanowisko. Podobnie może być jeśli zacznie się kryzys gazowy. I tu wyraźnie widać jak istotne znaczenie mogą mieć polsko – amerykańskie porozumienia w sprawach gazowych, bo nie chodzi o to aby ze sobą nie rozmawiać. W niedzielę zaczynają się w Jerozolimie negocjacje szefów Rad Bezpieczeństwa Izraela, Rosji i Stanów Zjednoczonych, poświęcone kwestii Syrii i obecności sił wojskowych Iranu i proirańskich formacji na ich terenie. Trudno zakładać przełom na tym polu. Zastępca szefa rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Aleksandr Wienediktow powiedział w wywiadzie prasowym, iż przeliczy się ten kto sądzi, że Rosja może porzucić współpracę z Iranem w imię jakiegoś innego „formatu”. I tak się nie stanie. Zarówno Izrael, jak i Stany Zjednoczone chcą aby Rosja doprowadziło do tego, że Iran zostanie tylko trochę „odsunięty”. I o to w tej całej rozgrywce chodzi. Małymi krokami, dysponując odpowiednimi narzędziami, konsekwentnie dążyć do celu. Jeśli idzie o Ukrainę, to po pierwszym kwartale Polska jest jej największym partnerem handlowym. Przegoniliśmy w tym zakresie Rosję. Teraz chodzi o to aby tej pozycji nie stracić.

Marek Budzisz

Autor jest byłym dziennikarzem (TVP – Puls Dnia, Życie, Radio Plus), doradcą dwóch ministrów w rządzie Jerzego Buzka oraz analitykiem. Obecnie aktywny w biznesie. Z wykształcenia historyk. Prowadzi także blog pt. Wieści z Rosji

Przeczytaj również >>>> Pierwsze jaskółki normalizacji Rosja – Zachód

Polecane artykuły

Back to top button