Komentarze I Analizy

„Nie możemy bronić się przed tym kryzysem, bo wywołaliśmy go celowo” [WYWIAD]

O obecnym kryzysie gospodarczym, jego skutkach oraz instytucjach naszego państwa z Wojciechem Paczosem rozmawia redaktor naczelny Filip Lamański.

W obecnej sytuacji najczęściej pojawiającym się pytaniem jest: kiedy my wrócimy do normalności?

Nie wrócimy, to jest coś co zdefiniuje następną dekadę, pewnie do jakiegoś kolejnego wielkiego załamania. Tak jak Wielka Recesja zdefiniowała to co się działo do dzisiaj, tak samo koronawirus zdefiniuje co się będzie działo potem. Zdefiniuje nie tylko okres lockdownu, ale także jak będziemy z niego wychodzić, jakie wnioski wyciągniemy, co zmienimy w nowej rzeczywistości żeby się uodpornić na tego typu zawirowania gospodarcze. Dopóki nic wielkiego się nie wydarzy. To jest nowa era, która zaczyna się od wielkiego trzęsienia.

Po Wielkim Kryzysie nastał keynesizm, czy po tej Wielkiej Blokadzie może do mainstreamu wejść jakaś nowa doktryna ekonomiczna?

Nauka ekonomii w latach 30. była kompletnie bezradna. Nie potrafiła wyjaśnić co się wydarzyło, była kompletnie pogubiona. Wówczas obowiązująca doktryna gospodarcza i sposób rozumienia gospodarki nie brały pod uwagę tego, że może pojawić się taki gigantyczny kryzys bez zewnętrznego uderzenia.  Nie było ani trzęsienia ziemi, ani wojny. Był to kryzys czysto popytowy. Kryzysy popytowe do tej pory nie istniały i nie były opisane przez ekonomię podażową. Pojawiła się zagadka, jakaś dziura naukowa, którą powinniśmy wyjaśnić. Stąd pojawiła się potrzeba i pojawił się keynesizm, który na pierwszy front wyprowadził problemy z popytem. Teraz sytuacja jest o tyle inna, że ekonomiści dobrze zdają sobie sprawę z tego co się dzieje. Nie ma zagadki. My jesteśmy w stanie symulować, czy też prognozować scenariusze w zależności od tego jak długo będzie trwał lockdown. Jesteśmy w stanie wyliczyć ile to będzie kosztowało gospodarkę i jak długo będziemy to potem odrabiać. Z punktu widzenia naukowego nie ma tej zagadki, która się pojawiła sto lat temu.

Co się zmieni na płaszczyźnie funkcjonowania społeczeństwa i polityki gospodarczej?

Mamy teraz wyzwania na każdym z etapów. Pierwszym etapem jest ten, w którym obecnie się znajdujemy, etap hibernacji. Ile to będzie trwało? Nie wiemy tego i prawdopodobnie nikt na świecie tego nie wie. Zwróćmy uwagę na to, że żaden rząd nie podał konkretnej daty. Nikt się nie odważył by zaryzykować i powiedzieć kiedy to może się skończyć. To znaczy, że nikt nie wie jak sobie z tym wirusem poradzić. To może oznaczać, że my będziemy musieli się nauczyć żyć z tym wirusem na co dzień.  I to jest pierwszym wielkim wyzwaniem dla polityki gospodarczej. Wspólnie z Pawłem Bukowskim opublikowaliśmy tekst w Gazecie Wyborczej, w którym etap wychodzenia podzieliliśmy na cztery fazy.

I co Wam wyszło?

Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień wydaje się, że byliśmy zbyt optymistyczni. Nam zarzucano pesymizm, bo zakładaliśmy, że epidemia minie dopiero po trzech miesiącach i ten szok zewnętrzny wygaśnie. Zastanawialiśmy się co zrobić kiedy on wygaśnie. W tej chwili ekonomiści powinni zacząć się zastanawiać co zrobić jeśli on nie wygaśnie.

Kryzys stał się faktem. Co powinniśmy zrobić by się przed jego skutkami bronić?

My się nie możemy bronić przed tym kryzysem, bo wywołaliśmy go celowo.

Celowo?

Wywołaliśmy go żeby chronić życie i ludzi i musimy się zastanowić co zrobić by był on jak najmniej dotkliwy. Chronienie się przed kryzysem jest jednym z dwóch fałszywych dylematów, ponieważ to my za niego odpowiadamy.

A drugi fałszywy dylemat?

To to, że albo chronimy życie i zdrowie, a zażynamy gospodarkę, albo chronimy gospodarkę i tracimy na życiu i zdrowiu. Otóż nie. Najlepsi ekonomiści mówią jasno: nie ma takiego dylematu. Jeśli zrezygnujemy ze zdrowia i życia, to jednocześnie rezygnujemy z rozwoju gospodarczego. To pokazują badania. Swobodny i niekontrolowany rozwój epidemii prowadzi do gigantycznych strat gospodarczych. Są to badania przeprowadzone w oparciu o epidemię grypy hiszpanki, z której wynikało, że miejsca, które szybko i stanowczo zamroziły gospodarkę, po latach radziły sobie lepiej niż te, które z tym zwlekały i pozwoliły epidemii się rozwijać. Trzeba jednak zaznaczyć, że to są nieporównywalne jednostki – wartość PKB i wartość zdrowia i życia. Przytoczę bardzo prostą kalkulację, którą przedstawił profesor Wojciech Kopczuk. Ekonomiści lubią wszystko liczyć i nawet policzyli ile wynosi prywatna wartość życia ludzkiego.

Ile?

Badania szacują to różnie, średnio w granicach 9 mln dolarów. Więc jeśli śmiertelność wirusa, który by się rozprzestrzeniał, wyniosłaby powiedzmy 1 proc. populacji tzn., że w Polsce straty wywołane prywatną stratą życia byłyby porównywalne ze stratą sześciu lat PKB. W związku z tym nie ma takiej kalkulacji, w której ratowanie 10 czy 15 proc. PKB jest bardziej wartościowe od ratowania 1 proc. populacji. To są zupełnie nie te rzędy wielkości.

Co w takim razie możemy zrobić żeby ratować gospodarkę?

Możemy ją zahibernować. Zamrozić ją w taki sposób, żeby w sytuacji kiedy ta epidemia minie ona mogła spokojnie wrócić do punktu wyjścia. To wymaga gigantycznych nakładów, zwłaszcza od państwa, które zamyka dane gałęzie gospodarki. Państwo powinno wziąć za to odpowiedzialność, to znaczy zapewnić, że w trakcie zamrożenia ludzie nie stracą pracy, a przedsiębiorstwa nie zaczną bankrutować.

A jeśli to się nie uda?

To straty będą głębsze i bardziej długotrwałe. Przez ten kryzys możemy się prześlizgnąć tylko wtedy jeśli będzie on bardzo krótki, a my poczynimy poważne inwestycje w zahibernowanie gospodarki tak by mogła szybko wrócić do punktu wyjścia. Obawiam się jednak, że na to jest już za późno i tego się nie udało zrobić.

Czego powinniśmy się w związku z tym spodziewać?

W takiej sytuacji te straty będą i musimy o tym mówić. W efekcie więcej czasu nam zajmie okres rozruchu, który jest kolejnym krokiem po okresie hibernacji. Powoli zaczyna się o tym mówić,  a niektóre kraje już to robią to. tzw. fazowany rozruch. Pewne gałęzie gospodarki będą odmrażane szybciej od innych.

Powiedziałeś, że przejdziemy do drugiej fazy, czyli rozruchu. A co należy zrobić, żeby jak najszybciej skończyć tę pierwszą fazę?

Najważniejsze jest masowe testowanie populacji. Po pierwsze żeby wiedzieć ile przypadków musimy wychwycić, czyli reprezentatywne testy. Po drugie masowe testy żeby wiedzieć gdzie są te przypadki. Ważny jest również umiejętny sposób izolowania tych przypadków. Nie mamy do tego jeszcze technologii i nie wiemy jak to zrobić. Niemniej jednak wspomniany sposób dzielenia gospodarki na gałęzie, które będą prędzej lub później uruchamiane sprawi, że pojawi się przepływ pomiędzy przedsiębiorstwami. To nie będzie mechanizm rynkowy, tylko zewnętrzny gdyż będzie wynikał z tego, że jedne firmy się otworzą, a inne nie. W przytoczonym artykule w Gazecie Wyborczej przedstawiliśmy ten problem jako pierwsi. Sęk w tym, że nie bardzo wiemy co z tymi przepływami zrobić. Zachęciliśmy do debaty na ten temat, ale okazuje się, że nikt nie ma pomysłów jak sobie z tym poradzić.

{loadmoduleid 155}

Była hibernacja, był rozruch, co jest trzecią fazą?

Trzecią fazą jest faza odbicia, czyli nadganianie. Będzie tym dłuższa i bardziej bolesna, im dłużej będzie trwał lockdown i nieumiejętnie będzie zahibernowana gospodarka.

Co ma nam pomóc w jak najszybszym wyjściu z fazy odbicia? Zadłużenie?

Zadłużenie i tak nas czeka, niezależnie od tego co zrobimy. Mamy dwie możliwości: (i) albo się potężnie zadłużymy w tej chwili po to żeby uratować gospodarkę, albo (ii) nie uratujemy gospodarki i nie zadłużymy się i wtedy gospodarka nam się zacznie zwijać, a zadłużenie i tak eksploduje. Ten sam dług jeśli nie zacznie rosnąc teraz w wielkościach absolutnych, to zacznie nam rosnąć w wielkościach relatywnych, ponieważ PKB będzie spadać, a zadłużenie mierzymy w stosunku do PKB.

Czyli nie mamy wyjścia?

De facto na końcu drogi i tak mamy gigantyczne zadłużenie państwa. Pytanie czy zrobimy tzw. front-load, czyli od razu się zadłużymy po to żeby zainwestować w gospodarkę, czy tego nie zrobimy i wtedy stracimy i nie będzie żadnych pozytywnych skutków tego długu. W tym przypadku wszyscy ekonomiści są zgodni jak jeden mąż, trzeba się zadłużyć. Nie ma żadnego poważnego ekonomisty, który by mówił, że trzeba oszczędzać. To jest podręcznikowy wręcz szok zewnętrzny, który należy w sposób podręcznikowy złagodzić. Czyli poprzez zadłużenie. Niestety ten szok jest bardzo duży, dlatego wymaga bardzo dużego zadłużenia.

A co z zapisami w Konstytucji? Jest w niej jasny zapis mówiący, że dług publiczny nie może przekroczyć 3/5 PKB. Obecnie mamy dług publiczny na poziomie ok. 47 proc. PKB, a trzeba się zadłużać na masową skalę. Do tego PKB prawdopodobnie się zmniejszy, co automatycznie podniesie wskaźnik długu. Czy mając na uwadze powyższe zapisy, nasze zadłużenie nie jest trochę za wysokie?

Musimy rozróżnić dwie perspektywy – ex ante i ex post. To jest stary problem w ekonomii. Coś co jest optymalne ex post nie musi być optymalne ex ante i na odwrót. W kontekście progu konstytucyjnego miałem mniej więcej rok temu rozmowę z dr Łukaszem Rachelem z LSE właśnie na ten temat i nieco się pokłóciliśmy o to. Uważałem, że ten próg to jest bardzo dobry pomysł, bo on nakłada ograniczenia na każdy kolejny rząd żeby nie mógł się bezsensownie zadłużać. Gdyby tych ograniczeń nie było to rządy by miały zachętę do tego żeby pompować niepotrzebne wydatki które byłby finansowane długiem i ten dług rósłby w dobrych czasach. Z kolei w momencie w którym pojawiłby się kryzys ten dług mógłby wystrzelić. Dlatego ograniczenie tego długu ex ante jest bardzo dobry pomysłem.

A jakie były argumenty dr. Rachela?

Powiedział, że gdyby przyszedł ogromny kryzys, który obniżyłby PKB i wymagał ogromnego zadłużenia się, to natychmiast uderzamy o tę granicę powyżej której wchodzą automatyczne stabilizatory, będące absolutnie zabójcze dla gospodarki. Natychmiastowo musi zostać zrównoważony budżet, zahibernowane płace w budżetówce, mogą mieć miejsce zwolnienia itd. To są środki, które pogłębiają recesję, a nie które łagodzą.

Słowa wydają się prorocze

Rok po tym gdy Łukasz to powiedział jesteśmy świadkami tej sytuacji. Ja się z tym argumentami nie do końca zgadzałem, bo nie wierzyłem, że taka sytuacja jest możliwa.

To co z tą konstytucyjną granicą długu publicznego?

Za chwilę będziemy mieli z nią problem. Nie chcę być pierwszym ekonomistą, który powie, że ona jest do zmiany, ale kiedyś ten głos usłyszymy. Na razie trzymajmy kciuki by udało nam się zmieścić pod tą granicą i by wirus minął do czasu, w którym zaczniemy uderzać o próg 60 proc. 

Mając na uwadze stan polskiej sceny i klasy politycznej, czy naprawdę może dojść do porozumienia, które pozwoli na zniesienie tego progu? Do tego potrzeba znacznie więcej niż 50 proc. głosów. A stan polskiej polityki chyba nie jest najlepszy mając na uwadze choćby sytuację z wyborami.

Jesteśmy w ogóle w złym momencie politycznym dla gospodarki. System instytucjonalny w Polsce się załamuje, mamy kryzys, a władza polityczna próbuje wykorzystać ten kryzys żeby jeszcze bardziej umocnić swoją pozycję. System niezależnych instytucji jest absolutnie kluczowym i koniecznym elementem jeśli chcemy budować dobrobyt w przyszłości. Jeśli on się załamie to będziemy mieli gospodarkę opartą o układy, znajomości, relacje z władzą, a nie na innowacyjności, pomysłowości, przedsiębiorczości, zaradności i konkurencji. To co się w tej chwili dzieje, czyli to że my w ogóle rozmawiamy, czy wybory powinny być czy nie, jest karygodne. Przełożenie wyborów to powinna być pierwsza decyzja, która powinna zostać podjęta jak tylko pojawiło się zagrożenie tak poważnym kryzysem zdrowotnym. To, że jeszcze się tak nie stało jak najgorzej świadczy o naszym systemie instytucjonalnym, który po prostu się załamuje.

Większość ekonomistów, o których mi wiadomo przewiduje dezinflację. Z tego co wiem masz odmienne zdanie i uważasz, że inflacja wzrośnie. To chyba dość awangardowa opinia zwłaszcza mając na uwadze duże załamanie koniunktury.

Mnie zaskakuje konsensus polskich ekonomistów, że inflacja ma spaść. Na świecie konsensus jest odwrotny i ekonomiści uważają, że ona się podniesie. W tym przypadku akurat nie ja jestem w awangardzie, lecz polscy ekonomiści.

Skąd w takim razie tak wyraźna różnica?

Ekonomiści robią kalkę z tego co się wydarzyło w trakcie poprzednich kryzysów, czyli zakładają spadek inflacji. Zapominają jednak o tym, że tamte kryzysy były wyłącznie kryzysami popytowymi, natomiast nic się złego nie działo po stronie podaży. Fenomenem Wielkiej Recesji z 2008 roku było to, że my nie zapomnieliśmy jak się produkuje. W kolejnym roku gospodarka mogła wytworzyć bez problemu tę samą ilość dóbr. Nie robiła tego ponieważ był problem koordynacji, upadłości, czy też przepływów pieniężnych, które zostały pokierowane w inną stronę i popyt przestał obsługiwać podaż.

Czyli teraz mamy do czynienia z kryzysem podażowym?

To co się dzieje w tej chwili to w rzeczy samej jest też w dużej części kryzys podażowy. Firmy nie produkują, bo nie mogą. Kryzysy podażowe są przede wszystkim inflacyjne i to jest pierwsza rzecz, o której zapominamy.

A druga rzecz?

Druga rzecz o której zapominamy, to czym jest właściwie inflacja. Zgadzam się z konsensusem, że spadają wydatki konsumpcyjne i to sprawi, że ceny spadną tylko, że spadnie jakiś inny wskaźnik. Uważam, że tym wskaźnikiem nie będzie wskaźnik inflacji. Inflacja to jest wzrost cen koszyka przy założeniu, że ten koszyk jest w miarę niezmienny. W przypadku tak dużego kryzysu, który mamy w tej chwili i tak dużych blokad popytu i podaży są gigantyczne przesunięcia pomiędzy branżami i pomiędzy towarami. Np. obecnie są bardzo tanie połączenia do Włoch, ale nikt ich nie kupuje, bo nie wie czy będzie mógł wsiąść do samolotu. Podróże, wakacje rozrywka, czyli wszystko co staniało wypadło z naszego koszyka. Zaczynamy natomiast kupować więcej towarów pierwszej potrzeby. Ogólnie wydajemy mniej, jednak są przesunięcia na inne gałęzie. I te gałęzie będą drożeć, bo tam popyt się zwiększył. Dzieje się coś odwrotnego niż dzieje się w normalnych czasach. W normalnych czasach gdy coś tanieje to kupujemy tego więcej, a gdy coś drożeje to kupujemy tego mniej. W tej chwili jest odwrotnie, kupujemy mniej rzeczy, które tanieją, a więcej, których drożeją.

GUS zmienia koszyk raz do roku, czyli rozumiem, że wskaźniki pokażą spadek inflacji, ale realnie ona będzie miała miejsce?

Tak, to jest to co zakładam. Wskaźniki pokażą niską inflację, ale de facto nasz koszyk konsumpcyjny będzie drożał, jednak wskaźniki tego nie uchwycą. Wielu ekonomistów w Wielkiej Brytanii mówi wprost: zapomnijmy o liczeniu inflacji, bo i tak nikt nie będzie w stanie jej policzyć ani w tym, ani w następnym roku. W przyszłym roku o ile uda nam się zwalczyć pandemię i wydatki wrócą do normy, to znów zmieni się ten koszyk. Czyli obecnie zmienia się z normalnego na kryzysowy, a potem z kryzysowego na normalny i po raz kolejny będziemy mieli problemy by to policzyć. Przez najbliższe dwa lata nie będziemy mieli wiarygodnego miernika inflacji i dlatego powinniśmy przestać się nią zajmować.

A jakie są przewidywania wobec bezrobocia? Każda następna prognoza jest gorsza i mówi się o dodatkowych 1,5 mln bezrobotnych na koniec roku. Według niektórych prognoz stopa bezrobocia ma wskoczyć z 5 do 13 proc.

To jest realne. Pisałem o tym z dr. Bukowskim w Gazecie Wyborczej, gdzie zakładaliśmy, że jeśli państwo polskie będzie działało sprawnie, szybko i hojnie, to jest w stanie zahibernować gospodarkę na około 3 miesiące. Na dłużej nie wystarczy środków i musimy o tym mówić jasno. Powyżej trzech miesięcy trwania epidemii zaczęłyby się gigantyczne bankructwa i gigantyczne bezrobocie. Wówczas przechodzimy do innej fazy, innego sposobu ratowania. Ratowania ludzi. Trzeba pomyśleć o wsparciu bezrobotnych, których liczba będzie rosła. Na razie takich pomysłów w ogóle nie ma i o bezrobotnych się nie wspomina, a powinno. Były szanse by ogłosić sukces gdyby państwo polskie zadziałało dawno temu, a nie teraz.

Dawno temu, czyli kiedy dokładnie?

Na samym początku, gdy były zamykane szkoły. To też jednak nie gwarantowało sukcesu, bo wirus musiałby minąć po około trzech miesiącach. W tej chwili wiemy, że nie nastąpiło szybkie działanie ze strony państwa, ani że ten wirus szybko nie zniknie i nie mamy pomysłów jak go pokonać. W związku z tym należy liczyć się z tym, że pojawią się długoterminowe konsekwencje kryzysu w postaci m.in. wzrostu bezrobocia. Prognozy MFW są dramatyczne i może nie mówią o 13 proc., ale mówią o 9,9 proc. bezrobocia. Jednakże „prognozą”, którą wszyscy przegapili jest to jak wyglądają przewidywania na rok 2021. Po pierwsze MFW zakłada, że do czerwca tego roku znika problem, co jest bardzo odważnym założeniem, więc nie należy tego traktować jako prognozę, a jako scenariusz i na dodatek scenariusz bardzo optymistyczny. W tym optymistycznym scenariuszu bezrobocie wynosi 10 proc. w tym roku, a w przyszłym 8 proc. To znaczy, że 1,3 mln osób przez dwa lata będzie bez pracy i to jest społeczna katastrofa.

Czy koronawirus jest game-changerem, który może zmienić układ sił na świecie? Jedne państwa na tym zyskają inne stracą?

Myślę, że wszystkie państwa na tym stracą. Trudno pomyśleć o tym kto i dlaczego mógłby na tym wygrać. Natomiast bardzo łatwo przychodzi do głowy to dlaczego wszyscy stracą. Myślę, że ten kryzys może nie odwrócić, ale wyhamować pewne procesy globalizacyjne jak chociażby długie, ale tanie łańcuchy dostaw. Te łańcuchy będą się musiały skrócić, zdywersyfikować co oznacza, że wszystko będzie trochę droższe. Nie będziemy mieli dostępu do tanich towarów ze względu na to, że bardziej będziemy cenić bezpieczeństwo dostaw tych towarów niż cenę. Na ile zrobi to rynek sam z siebie, a na ile państwa i rządy, trudno mi powiedzieć. Myślę, że będzie to działanie z obydwu stron. Na pewno jedną z pierwszych kwestii do załatwienia będzie produkcja zabezpieczeń medycznych. Wiemy, że nie możemy polegać na dostawach zagranicznych. Musimy sami zabrać się za produkowanie respiratorów, masek, strojów ochronnych – tego wszystkiego czego po prostu zabrakło.

Czy koronawirus zmieni nasz stosunek do instytucji państwa? Państwo dawno nie było tak potrzebne jak dziś? Czy jest szansa na to, że ludzie zaczną zauważać znaczenie tej instytucji?

Pierwszym zwiastunem takich zmian jest to co się dzieje w Wielkiej Brytanie. Rząd konserwatywny wprowadził jeden z najambitniejszych na świecie programów pomocowych dla gospodarki warty kilkanaście proc. PKB i wziął na siebie odpowiedzialność za pensje pracowników. To jest coś co się nigdy nie wydarzyło w historii Wielkiej Brytanii i co by się nie śniło w normalnych czasach nawet najbardziej zatwardziałym zwolennikom Partii Pracy. To zrobił rząd konserwatywny i to jest pierwszy zwiastun zmian.

Drugim takim zwiastunem może być to co się będzie działo z rolnictwem i przemysłem. W Wielkiej Brytanii rolnictwo i przemysł w związku z brexitem były de facto spisane na straty. Rolnictwo utrzymywało się bowiem tylko dzięki unijnej polityce rolnej a przemysł korzystał z w pełni wolnego dostępu do jednolitego rynku europejskiego. Wielka Brytania po brexicie miała importować co zechce po zerowych taryfach, a skupić na tym w czym jest najlepsza, czyli na usługach finansowych, konsultingowych itp. Podejrzewam, że myślenie Brytyjczyków szybko się zmieni, zwłaszcza w Partii Konserwatywnej i wśród jej zwolenników. Nie będzie takiego parcia żeby rezygnować z przemysłu i rolnictwa. Gdy dotacje unijne znikną, to będzie oznaczało koniec rolnictwa na Wyspach. Zobaczymy jak na to odpowie rząd czy to konserwatywny, czy inny. Myślę, że nastąpi zmiana myślenia, tak by nie być uzależnionym od dostaw wszystkich towarów z zagranicy. To się będzie zmieniało nie tylko w podejściu ludzi, ale i rządu.

Z drugiej jednak strony silne państwo, to duże ryzyko inwigilacji.

Jest oczywiście duże zagrożenie, że rządy państw wykorzystają obecną sytuację żeby zwiększyć swoją władzę nad obywatelami. I dlatego kluczowe będzie jak się zachowa społeczeństwo obywatelskie. Obecnie już wiemy, że jednym z elementów wychodzenia z kryzysu będzie rezygnacja z części prywatności i oddanie rządom informacji na temat tego gdzie byliśmy i z kim się spotykaliśmy. Kluczowe jest to by społeczeństwo obywatelskie wymusiło na rządach by te nie wprowadziły tego narzędzia do funkcjonowania na co dzień. To musi być narzędzie tylko na wyjątkowe sytuacje takie jak ta. Będzie dużo kluczowych i ważnych interakcji między społeczeństwem obywatelskim a rządami. Mocno kibicuję by społeczeństwo nie pozwoliło na zagarnianie władzy, co niestety obserwujemy w wielu miejscach.

Dziękuję za rozmowę.  

Dr Wojciech Paczos jest makroekonomistą, wykładowcą w Cardiff University oraz badaczem w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. Ukończył doktorat w European University Institute we Florencji, absolwent warszawskiej SGH. Jest współzałożycielam Grupy Eksperckiej „Dobrobyt na Pokolenia” oraz członkiem Concillium Civitas.

patronite og

Polecane artykuły

Back to top button