Komentarze I Analizy

Przemysław Pająk, czyli w sieci półprawd i populizmów

Przemysław Pająk ze Spider’s Web napisał felieton, w którym komentuje Nowy/Polski Ład. Na ogół nie chce mi się komentować ludzkiej niewiedzy, gdyż niewiedza jest rzeczą ludzką. Jednak teraz muszę. W tekście, do którego się odniosę, 

Przemysław Pająk nie rozumie czym jest klasa średnia

Tekst, który skomentuję to artykuł z 21 maja pt. Nowy Ład to dorzynanie polskiej przedsiębiorczości, czyli naszej realnej klasy średniej. Ledwo zdążę przedrzeć się przez lead, a już widzę, że autor leci po całości.

Jeśli w 2022 r. Nowy Ład wejdzie w formie, w której planuje go PiS, to będzie to symboliczny koniec podatku liniowego w Polsce i tym samym koniec marzeń o realnej i silnej klasie średniej w naszym kraju. Bo umówmy się – bzdury opowiadane przez premiera o tym, że zarabiający 4 – 5 tys. zł netto to dziś w Polsce klasa średnia, kwitowane są uśmiechem politowania nawet przez zagorzałych fanów Zjednoczonej Prawicy.

Definicja klasy średniej jest dość szeroka i zakres przynależności jest bardzo nieostry. Stąd różne poglądy na tę grupę społeczną. Jak jednak wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego, średni dochód gospodarstw domowych przynależących do klasy średniej wynosi 4700 zł netto.

Warto w tym miejscu dodać, że autor mówi o pojedynczych zarabiających, a nie o gospodarstwach domowych. Spójrzmy więc na pojedyncze zarobki. 4000 zł netto, to na umowę o pracę ok. 5600 – 5700 zł brutto miesięcznie, czyli okolice średniej krajowej. Oznacza to, że mniej zarabia 65% pracujących Polaków. Tak przynajmniej wynika z danych GUS-u. Z kolei osoby zarabiające 5000 zł netto, na umowie o pracę muszą zarobić ok. 7000 zł brutto. Kolejny raz powołam się na dane PIE. Analitycy Instytutu oszacowali na podstawie danych Ministerstwa Finansów, że do osiągnięcia poziomu 10% najlepiej zarabiających Polaków wystarczą zarobki ok. 7300 zł brutto. Jest to wyliczone na podstawie danych z 2017 roku, jednak są to najnowsze informacje, więc na nich będę się opierał. Podsumowując, Przemysław Pająk uważa, że wchodząc w ostatni decyl zarobkowy, czyli Top 10%, nie jesteśmy nawet klasą średnią. Nie wiem jak inaczej na tego typu tezy zareagować poza politowaniem. Jednak kontynuujmy czytanie tekstu Pana Pająka, na pewno coś tam jeszcze znajdziemy.

Zobacz także: Nie bójmy się opodatkować najbogatszych

O, już mam, było w następnym zdaniu.

Kruchą klasę średnią stanowią mali i średni przedsiębiorcy, w głównej mierze właśnie na działalności gospodarczej, których średni dochód netto to kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie.

Pozwolę sobie zajrzeć kolejny raz do danych PIE. Kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie to zakładam między 11 a 19 tys. złotych netto. Powiedzmy sobie, że Pan Pająk myślał o 15 tys. złotych netto. Niestety tak się niefortunnie składa, że mamy tylko dane dla wynagrodzeń brutto. Spójrzmy więc na dane PIE.

centyle dane

Okazuje się, że zarobki na poziomie 15 612 zł brutto miesięcznie to 2% najbogatszych Polaków. Z kolei 1% najbogatszych Polaków zarabia co najmniej 22 166 zł brutto. Można więc śmiało powiedzieć, że jest to kilkanaście tysięcy złotych netto miesięcznie. W związku z tym Przemysław Pająk ze Spider’s Web uważa, że klasa średnia to 1% najbogatszych. Gdyby ktoś nie zrozumiał – zarobki z okolic ekstremum powodują, że jesteś w klasie średniej. Aż mam ochotę zapytać, kim dla autora tekstu jest klasa wyższa? Mam nadzieję, że dostanę odpowiedź, bo jestem pełen ciekawości.

Czy kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie to dużo? Według Przemysława Pająka nie

Kontynuujmy. Przemysław Pająk odpowiada sobie na pytanie, czy kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie to dużo.

Czy to dużo? Nie, w porównaniu do podobnie definiowanej klasy średniej w państwach Europy Zachodniej, to wciąż zatrważająco mało. A to właśnie na barkach tych osób w głównej mierze opiera się utrzymanie dzisiaj funkcjonowania państwa.

To chyba moja ulubiona część. Czy to dużo? Na to pytanie odpowiedziałem już chyba wcześniej, tak 1% najbogatszych to dużo. Co do klasy średniej na Zachodzie, to też kiedyś to porównywałem. Z tą różnicą, że ja porównywałem to do siły nabywczej, a nie zarobków 1 do 1. A odnoszę wrażenie, że tak robi to Przemysław Pająk. A nie można tego robić po przeliczeniu waluty bez uwzględniania kosztów życia. A tak się składa, że pomimo inflacji koszty życia w Polsce są jednymi z najniższych w UE. W związku z tym siła nabywcza jest wyższa, niż może się wydawać, przeliczając zarobki na euro po kursie walutowym. Najlepsze jest jednak ostatnie zdanie z powyższego cytatu. Wrócę do niego jeszcze w dalszej części. Idźmy dalej z tą analizą i przeczytajmy, co autor pisze o podatku liniowym.

Zobacz także: OECD: Ameryka Łacińska i Karaiby przed pandemią prowadziły właściwą politykę podatkową

Populizm, liniówka i Przemysław Pająk

Łatwość podjęcia działalności gospodarczej i przejrzystość podatku liniowego były największymi zachętami do aktywności biznesowej i ryzyka. To w dużej mierze podatek liniowy wyrównywał szansę i – wbrew temu co dziś opowiada młoda lewica (głównie na Twitterze) – dawał szansę ludziom bez pieniędzy i pochodzenia na szybki przeskok do lepszego życia.

Piękne populizmy, ale jeśli ktoś zaczyna, czy zaczynał wcześniej działalność, to liniówka wcale mu się nie opłacała. Znam to w praktyce. Liniówka opłaca się dopiero wtedy, gdy wchodzimy w drugi próg podatkowych, czyli dziś zarabiamy nieco ponad 85 tys. zł rocznie, a w przyszłości 120 tys. zł rocznie. Do tego poziomu dochody niegdyś były oprocentowane na 18%, a dziś są na 17%. Do tego rozliczając się w ten sposób, można się rozliczać wspólnie z małżonkiem i uwzględniać ulgi na dzieci. Liniówka wynosi jednak 19% i wyklucza rozliczanie się z małżonkiem i ulgi na dzieci.

Jeśli w związku z tym stopa opodatkowania na liniówce jest wyższa niż w przypadku niższego progu podatkowego przy rozliczaniu się na zasadach ogólnych, to nie jest ona niczym innym jak podatkiem korzystnym dla osób wskakujących w drugi próg podatkowy. Oczywiście, obecnie jest to 85 tys. zł rocznie i to za mało. Ale Pan Pająk pisze o Nowym/Polskim Ładzie, który zakłada drugi próg powyżej 120 tys. złotych rocznie. Oznacza to 10 tys. złotych miesięcznie. W związku z tym, jeśli będziesz zarabiał 10 tys. złotych miesięcznie, to wówczas wskakujesz w drugi próg podatkowy i jeśli tylko możesz idziesz na liniówkę. Wówczas jak to pisze Przemysław Pająk, masz:

szybki przeskok do lepszego życia.

Wiadomo, zarabiając 10 tys. miesięcznie, życie jest beznadziejne. Ale odnieśmy się także do wyrównania szans. Nie wiem, o jakich Pan Pająk pisze szansach, ale rosnące rozwarstwienie nie jest zbyt dobrym prognostykiem dla wyrównywania szans. Oczywiście pewne nierówności są pożądane, ale jak są za duże, to raczej nie jest to najlepsze dla państwa i społeczeństwa. A tak się składa, że podatek liniowy do tych rosnących nierówności się przyczynia. O czym również pisałem.

Dziś przedsiębiorca na liniówce płaci 19 proc. Po zmianach zapłaci 28 proc. (19 proc. podatku + 9 proc. nowej składki zdrowotnej, która de facto jest podatkiem). Co więcej, nie odliczy od dochodu ani złotówki z całości 28-proc. podatku.

Zobacz także: „Możemy podnieść podatki od najwyższych dochodów” [WYWIAD]

To dziewiąty akapit tekstu i dopiero teraz mogę napisać, że tak, to prawda. Tak, to oznacza wyższą stawkę podatkową. Dalej jednak jest istny popis ekonomicznej elokwencji:

Powiecie: to wyrównanie skali podatkowej z zarabiającymi na etacie! To bzdura na resorach. Już tłumaczę dlaczego. W odróżnieniu od osób zatrudnionych na etat (czy w innych formach zatrudnienia), przedsiębiorcy generują podatek VAT, w znacznej większości w wysokości 23 proc. Oczywiście nie jest to pieniądz przedsiębiorcy, jest to swoisty narzut państwa na operacje biznesowe. Jest to jednak wartość dodana, którą ci przedsiębiorcy generują – bez nich tego podatku VAT by nie było.

Przedsiębiorcy generują VAT, bez nich by go nie było. Czekałem tylko na tezę, że są nimi obciążeni. Sam jestem vatowcem i mogę bez cienia wątpliwości stwierdzić, że podatek VAT jest dla przedsiębiorstwa neutralny. Przedsiębiorca jest tylko jego płatnikiem, natomiast realnie jest on obciążeniem dla konsumenta. Więc piszemy o dojeżdżaniu przedsiębiorców, podając przykład podatku, który nic im nie robi. Kontynuujmy, bo dalej jest tylko ciekawiej.

Można więc przyjąć, że realnie z każdego 1000 zł zarobionego netto przez przedsiębiorcę na podatku liniowym państwo dostawało 420 zł (190 zł podatku dochodowego oraz 230 zł wygenerowanego podatku VAT), czyli de facto aż 42 proc.! Owszem część tego „podatku” można było obniżyć poprzez koszty, ale każdy przedsiębiorca wie, że im więcej przychodu, tym trudniej jest zrobić koszty realnie obniżające wartość podatku. I chyba każdy przedsiębiorca chce mieć sporą nadwyżkę przychodów nad kosztami. Po wejściu Nowego Ładu z każdego 1000 zł zarobionego przez przedsiębiorcę państwo zbierze 51 proc.! (19 proc. podatku dochodowego, 9 proc. składki zdrowotnej od dochodu, 23 proc. VAT-u).

Kto w Polsce płaci podatki? Według Pana Pająka głównie przedsiębiorcy

Przypomnijmy, podatek VAT jest podatkiem obciążającym konsumenta, przedsiębiorca go tylko płaci. To jednak nie przeszkadza Panu Pająkowi wliczyć go sobie w obciążenie podatkowe. W związku z tym powyższe wyliczenia to jakaś aberracja podatkowa. A do jakich wniosków doszedł autor?

Zobacz także: OECD: Polska ma drugie najwyższe podatki z państw postkomunistycznych [WYKRES]

Nie dość, że przedsiębiorcy realnie kwotowo (i upieram się, że procentowo też) wpłacają najwięcej do Skarbu Państwa, to jeszcze ponoszą największe ryzyko, nieporównywalne z tym, które ponoszą zatrudnieni na etat.

Może się Pan Panie Przemysławie upierać przy procentach. Innego zdania są jednak naukowcy i badacze. Boje się, że w starciu z ich argumentami nie ma Pan szans.

Na koniec padają jeszcze inne ciekawe tezy.

Nie chodzi nawet o to, że Nowy ład postuluje zabranie dużych pieniędzy aktywnym i przedsiębiorczym, i rozdanie ich tym, którzy w znaczniej mierze aktywni i przedsiębiorczy nie są. Gorsze jest to, że Nowy Ład zabije ducha przedsiębiorczości w narodzie. Mając z tyłu głowy potężne potencjalne obciążenia fiskalne, znacznie mniej osób będzie w ogóle chciało podejmować ryzyko działalności gospodarczej, nie mówiąc już o tym, że szalejące rozdawnictwo pieniędzy po prostu rozleniwia społeczeństwo.

Zobacz także: „Liniówka” to patologia polskiego systemu podatkowego stworzona dla najbogatszych

Dobrze. Zacznijmy od tego, że liniówka, o której pisze Pan redaktor Pająk, to w głównej mierze narzędzie do rozliczania się 3% najbogatszych Polaków, a tak naprawdę głównie rozlicza się tą metodą 1% najbogatszych Polaków. Co przedstawia poniższy wykres.

liniowka 1

źródło: MF

W związku z tym 1% najbogatszych, zamiast zapłacić 19% podatku, będzie musiał zapłacić 28% podatku. W krajach Europy Zachodniej, na którą Pan Pająk się tak chętnie powoływał osoby zarabiające takie kwoty jak 1% zarabiających Polaków płaciłyby podatki na poziomie o wiele wyższym niż 19%. A nawet wyższe niż „potężne obciążenia fiskalne” na poziomie 28%. W przytaczanym wcześniej badaniu Ministerstwa Finansów możemy przeczytać, że 1% najbogatszych Polaków w 2017 roku zarabiało co najmniej 252 tys. złotych brutto rocznie. Co najmniej, bo jest to dolny poziom, który pozwala się załapać do tej grupy podatników. Co ciekawe aż 60% z tych osób chętnie korzystało z liniówki. Gdyby wziąć pod uwagę tylko rozliczających się liniówką, to top 10% z tego zestawienia rocznie zarabiało ponad 500 tys. złotych rocznie. Czyli ponad 40 tys. złotych miesięcznie.

Inną kwestią jest to, że autor zaznacza, iż jeśli ktoś nie jest przedsiębiorcą, to nie jest przedsiębiorczy. Oczywiście, specjalista pracujący w korporacji, która nie pozwala przechodzić na B2B (a są takie) jest mało przedsiębiorczy. Z kolei ten sam specjalista, który ucieka na B2B, jest jednostką wybitną i przedsiębiorczą. Ostatnie zdanie też jest niezłe. Rozdawnictwo rozleniwia społeczeństwo. To są tak abstrakcyjne tezy, że ja nawet nie wiem jak to skomentować, by Pan redaktor zrozumiał. Panu Pająkowi nie przychodzi do głowy, że te środki mogą być przeznaczone na lepsze usługi publiczne jak nauczanie, czy też ochrona zdrowia. Jedyne co mu przychodzi do głowy to rozdawnictwo. To jest gimnazjalny poziom rozumienia ekonomii. Choć i tego nie jestem pewien, bo już wtedy interesowałem się trochę ekonomią i takich bzdur nie głosiłem.

Zobacz także: MFW: Progresywne opodatkowanie jest kluczowym elementem skutecznej polityki fiskalnej

Przemysław Pająk kocha Europę, ale nienawidzi europejskich podatków

Podsumowując, autor użala się, że nakładają na niego podatki, które w krajach Europy Zachodniej, na którą się powołuje, byłyby o wiele wyższe. Warto dodać, że system podatkowy w Polsce był regresywny, co jest istną patologią. Z kolei ta liniówka, o której mówi nam autor, to nic innego jak optymalizacja podatkowa dla najbogatszych, by uciec od podatków na poziomie 32%. Przytoczę też zdanie, do którego obiecałem, że wrócę:

to właśnie na barkach tych osób w głównej mierze opiera się utrzymanie dzisiaj funkcjonowania państwa.

Otóż nie. Osoby płacące liniówkę, nie utrzymują państwa. Powiem więcej, mityczna polska przedsiębiorczość, to efekt patologicznego systemu podatkowego, który sprawia, że wolimy zakładać pseudo firmy wykonujące wyłącznie zlecenia dla swojego pracodawcy. W Polsce jest ok. 1,6 mln jednoosobowych działalności gospodarczych. Warto dodać, że są to mikrofirmy, które mało inwestują, są mało innowacyjne i mają mniejszy, niż może się wydawać wpływ na PKB i rynek pracy. A więc nie, utrzymanie państwa, każdego państwa, to przede wszystkim duże podmioty, a nie mali przedsiębiorcy. I jeśli Pan Pająk chciał krytykować Polski Ład, to zdecydowanie powinien uderzać do kwestii opodatkowania korporacji. Bo brak słowa o podatku CIT, to dopiero absurd. Zamiast tego woli się jednak użalać, że podejmowane są próby ucywilizowania systemu podatkowego, które są konieczne.

Przedsiębiorczość Polaków to mit wynikający z patologicznego systemu

Polecane artykuły

Back to top button