Komentarze I AnalizyPolska

Politycy polaryzują Polaków i zamiast tworzyć tożsamość, tworzą sekty [FELIETON]

Polska jest na rozstajach dróg. Wojna w Ukrainie. Rozterki egzystencjalne UE. Nowy paradygmat energetyczny świata. Deglobalizacja. Chiny rzucające rękawice USA. Rewolucja AI. Naprzeciw tym wyzwaniom XXI wieku prowadzą nas liderzy uformowani mentalnie w epoce Gomułki i Gierka. A w zasadzie nie prowadzą. Zbyt zajęci sobą, kolejną kampanią wyborczą i tymi samymi sposobami, jak podzielić Polaków dla interesu partyjnego.

  • Jednym z fundamentów dojrzałej podmiotowości państwa jest suwerenność.
  • Elity, które z wyrachowaniem polaryzują Polaków, redukują polskość do swej partii i jej wyborców, w praktyce budują sekty, nie tożsamość narodową.
  • Musimy przewartościować myślenie o tożsamości narodowej, mocno naznaczone formacją religijną i romantyczną

Manifest suwerenności. Stan gry

Minęło 20 lat Polski w UE, 25 w NATO, 35 lat od powstania III RP. Osoby nie pamiętające komunizmu i kombatanckich zasług Solidarności dobiegają czterdziestki. Do wyborów idą młodzi, nie znający polityki bez dominacji Tuska i Kaczyńskiego. Wielu z nas ma poczucie utkwienia kraju w impasie wojny polsko-polskiej, dawno wykraczającej poza cywilizowane spory polityczne. Destrukcyjnej, odwracającej uwagę od spraw istotnych. Badania pokazują zmęczenie społeczeństwa rytuałami polaryzacji, inercją układu politycznego III RP.

35 lat po drugiej wojnie światowej, zmęczenie układem komunistycznym zrodziło Solidarność. Na Zachodzie wywrócił się model gospodarki oparty na keynesizmie. Wiał cykliczny wiatr zmian, oparty na naturalnej presji nowych pokoleń i ‘milczącej większości’. System PRL kontratakował w 1981 roku i przetrwał prawie dekadę.

Patrząc na metrykę Tuska i Kaczyńskiego, czeka nas jeszcze jedna, dwie kadencje rządów ludzi zanurzonych w poprzedniej epoce. Spełni się przepowiednia Zbigniewa Brzezińskiego, że widmo PRL będzie straszyło w Polsce tak długo, jak długo trwał reżim komunistyczny. Lub, jak kto woli, powtórzymy historię Mojżesza. Po tym, jak wywiódł lud izraelski z Egiptu, nie poprowadził go wprost do nieodległej ziemi Kanaan. Krążył 40 lat po Synaju z wiecznie skłóconymi rodakami, czekając aż wymrą pokolenia wychowane w niewoli. Na koniec i Mojżeszowi odmówiono wejścia do urządzanego na nowo państwa.

Po wyprowadzeniu Polaków z niewoli komunistycznej w 1989 roku nie podjęto szerszej debaty publicznej o fundamentach. Kim jest i chce być kraj średniej wielkości w centrum Europy. Kim jest naród jako wspólnota, tu i teraz. Co go ma wewnętrznie łączyć i zewnętrznie wyodrębniać. Brak odpowiedzi na te egzystencjalne pytania jest do dziś źródłem słabości państwa, upośledzenia polityki wewnętrznej i niedojrzałości na arenie międzynarodowej. ‘Państwo teoretyczne’ to po prostu kraj, który nie zdefiniował się współcześnie, nie nazwał swoich potrzeb i interesów, nie zbudował nowoczesnej podmiotowości.

Jednym z fundamentów dojrzałej podmiotowości państwa jest suwerenność. W Polsce obserwujemy, w uproszczeniu, trzy postawy wobec tej idei.

UNIJCZYCY

Po pierwsze mamy nieco memiczny typ kompradorski, nazwijmy go neutralniej, zgodnie z deklaracjami zainteresowanych, ‘unijczykiem’ lub ‘europejczykiem’. Pożyczając z psychologii mechanizm opisany przez Fromma, definiuję ten typ przez ucieczkę od suwerenności, zbiorowy lęk przed usamodzielnieniem się państwa polskiego. Rodzaj syndromu sierocego i tęsknoty do Innego, który zaopiekuje się naszym nieporadnym, po gombrowiczowsku nieuformowanym krajem. W tej postawie rezygnujemy z wysiłku samookreślenia i dorastania, w zamian czekamy, że ktoś z zewnątrz, zwłaszcza UE, powie nam czego chcemy i jakie mamy interesy. Zachód w tej perspektywie nie podlega krytyce, jest autorytetem, rodzicem do którego biegnie się ze skargą, obrońcą i przewodnikiem. To zawsze nasz sojusznik, nigdy konkurent, a już myśl, że może szkodzić polskim interesom to tabu. Interes Polski jest w tym ujęciu tożsamy z interesem państw zachodnich. Jeśli odnieśliśmy sukces gospodarczy, to jako nieporadni, musimy go zawdzięczać głównie wsparciu Brukseli, funduszom strukturalnym, inwestycjom zagranicznym, KPO. W sprawach bezpieczeństwa zawierzamy całkowicie NATO. Oficjalna wykładnia art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego wygodnie nas nie interesuje, tak jak art. 3, wymagający od członków sojuszu samodzielnego potencjału obronnego.

Pomysł unijczyków na Polskę to modernizacja przez westernizację. Odczarujmy od razu mit jakoby euroentuzjaści mieli gorliwie naśladować Unię. Owszem, społeczeństwo wpięło się sprawnie w zachodnie trendy kulturowe, jak laicyzacja, czy konsumpcja. Włączyło się w globalny obieg cyfrowy, a polscy przedsiębiorcy świetnie adaptowali do konkurencji w eksporcie. Diametralnie inaczej asymilacja zachodnich norm wygląda na poziomie ‘uśmiechniętej’ klasy politycznej. Zredukowała ona europejskość do retoryki, użytecznej osi polaryzacji i pałki na ‘ciemnogrodzian’ lub domniemanych agentów wpływu Rosji. Faktyczna adaptacja standardów europejskich przez unijczyków jest uderzająco powierzchowna i selektywna.

Zobacz także: Suwerenność technologiczna UE pozostawia wiele do życzenia, a o tej polskiej to już szkoda mówić

Dowodem zachodniości polityka mają być nie konkretne działania, tylko modny garnitur, podszlifowany język angielski i pokazywanie się w stworzonej wg amerykańskiego sznytu stacji TVN. W polityce zagranicznej unijczycy ekscytują się bywaniem na salonach, korzystnym wrażeniem na zdjęciach i wydmuszką Trójkąta Weimarskiego. To najbardziej martwy z kilkunastu podobnych formatów w Europie. Przez 31 lat istnienia przywódcy Francji, Polski i Niemiec odbyli zaledwie 13 spotkań. Przez 8 lat rządów PO i ponoć rozkwitu sojuszu – 2. Na myśleniu magicznym opierają się również zabiegi o dołączenie Polski do strefy euro, czy europejskiej tarczy antyrakietowej. Strach przed pominięciem, kompulsja uczestnictwa, mającego być wartością samą w sobie. Zamiast rzetelnej debaty merytorycznej, mgliste zaklęcia o solidarności, Europie pierwszej prędkości, ‘byciu w jądrze’.

W polityce krajowej dorobek unijczyków to nie tyle naskórkowa, pozorowana europejskość, tylko zwyczajnie standard wschodni. Falandyzacja prawa w miejsce praworządności. Media partyjne w miejsce pluralizmu i niezależności czwartej władzy. Rozmontowana służba cywilna. Rekordowa w Europie przewlekłość postępowań sądowych. Rekordowo niskie nakłady na służbę zdrowia. Zawstydzające na tle reszty kontynentu wskaźniki inwestycji publicznych, infrastruktury i innowacji. Ultra konserwatywna legislacja w sprawach światopoglądowych, przez lata umacniana przez liberałów. Trwające dekady pośmiewisko w sprawie budowy atomu i dekarbonizacji. Fatalny poziom komunikacji publicznej, na tle innych liderów UE, co udowadniano ostatnio premierowi w soszial mediach. Niespotykana w UE skala nienawistnej polaryzacji. Żenujące praktyki kampanii wyborczych i kłamliwe obietnice jako normalizowana patologia. Nigdy nie dajmy sobie wmówić, że tak jest wszędzie w Unii. Nie jest. Oczywiście za choroby ustrojowe Polski nie odpowiadają tylko unijczycy, ale to oni do dziś wymachują pałką standardów Zachodu i Wschodu.

O ile UE postawiła nam przed akcesją warunek adaptacji acquis communaitare, z czym polscy europejczycy byli zresztą permanentnie opóźnieni, o tyle NATO poza interoperacyjnością logistyki armijnej, nie obwarowała członkostwa większymi wymogami formalnymi. Przyjęto Polskę z ulicy. W efekcie, tuż przed wybuchem wojny w Ukrainie, 60-70% sprzętu Wojska Polskiego miało w metryce ponad pół wieku. Owszem, Polska zadeklarowała w przeszłości wydawanie niespełna 2% PKB na armię, ale na modernizację przeznaczano nikłą część tych środków. Aspiracje zachodnie zakończyły się na formalnej akcesji i wykazaniu się gorliwością uczestnictwa w misjach interwencyjnych. Ministrowie obrony narodowej meldowali premierowi co roku zaoszczędzenie na strategicznym obszarze bezpieczeństwa, liczebność armii topniała, kompetencje przemysłu zbrojeniowego były tracone. Nie ma tu czasu na szczegółowe statystyki, ale są porażające.

Zobacz także: Zostaniemy regionalnym liderem? Rozwój Polski jest w naszych rękach…

Rozbrajanie Polski po 1989 roku to przykład bezmyślnego naśladownictwa. Imitowaliśmy życzeniową wiarę zachodnią w koniec historii i tzw. dywidendę pokoju, ignorując własną specyfikę, kraju frontowego. Unijczycy woleli synchronizować zawieszenie zasadniczej służby wojskowej z Niemcami, zamiast podążać w ślady zapobiegliwych Bałtów i państw skandynawskich. W sprawach obrony cywilnej i budowli ochronnych inspiracją muszą być kraje trzeciego świata, bo do dziś te kluczowe obszary są fikcją. Tak jak rozmontowana marynarka wojenna, wojska rakietowe, wczesne rozpoznanie, krytyczne i utracone kompetencje produkcji silników i prochu. W zamian postanowiliśmy skopiować (nieudolnie) krój amerykańskich kamizelek taktycznych. Co prawda w USA zrezygnowano z nich w latach 80-ych, ważne że były ‘takie hamerykanske’.

Podsumowując, westernizacja Polski w wersji unijczyków to atrapa. Polega na wniesieniu zachodnich rekwizytów ustrojowych, flagi UE, zmianie szyldów instytucji, konstytucji pełnej dobrych chęci i na nie przestrzeganych procedurach. Tego szkieletu nie wypełniła po 1989 roku substancja demokratyczna, zastąpiono ją partiokracją. Elity proeuropejskie nie podjęły budowy fundamentów suwerenności, ani nawet namysłu nad ideą państwową i wspólnotową, nad czymś co Anglosasi nazywają statecraft.

Dlaczego mamy w Polsce tak wielu polityków z ewidentnym brakiem instynktu suwerenności? Część wyrosła w czasach półniewoli i była socjalizowana w kulturze podległości. Niektórzy, jak Tusk w tekście dla Znaku z roku 1980, przeżywali rozterki, czym jest i ma być polskość i nie znaleźli do dziś odpowiedzi. Zwróćmy też uwagę na cechę systemową. Polityka przyciąga specyficzne osobowości. Rzadziej indywidualistów, częściej konformistów, którzy kariery w polityce opierają na układzie patronackim i serwilizmie wobec liderów. Po osiągnięciu pozycji, klient sam staje się patronem i buduje własną pajęczynę hierarchii i powiązań. Znany na całym świecie model, w polskiej partiokracji przenoszony jest z polityki na funkcjonowanie całej, zawłaszczanej sfery publicznej. Z partii i kraju, mindset klientelizmu projektowany jest następnie na relacje międzynarodowe. Szukanie patronów w Berlinie, Brukseli, Waszyngtonie jawi się naturalnym odruchem.

Suwerenniści negatywni

Narracje prawicowe dzielą nas na patriotów i zdrajców, Polaków i osoby polskojęzyczne. Unijczycy rewanżują się złośliwościami w stylu: wolacy, polityka godnościowa lub etykietą: suwerenniści. Tymczasem w akcentowaniu roli suwerenności istnieją istotne różnice.

Jest w Polsce rozumienie suwerenności negatywnej, wolności od kogoś: Niemiec, Rosji, Brukseli, Waszyngtonu. Zwrócone mocno ku przeszłości. Naturalny, nieuchronny etap w kraju zaborów, okupacji i protektoratów. Naturalny, ale niebezpieczny, jeśli się na nim zatrzymać i wpędzać kraj w izolację. O ile unijczycy uciekają przed suwerennością, to negatywni suwerenniści uciekają przed przyszłością, zanurzając w przeszłości.

Zacznijmy od obrazoburczej tezy: Polska nigdy nie zbuduje nowoczesnej tożsamości na swojej historii. To miliony okruchów rozbitego wielokrotnie lustra pamięci, nie do sklejenia. Prawie 300 lat bez suwerenności, wliczając protektorat Rosji od początku XVIII i Sowietów nad PRL. Wykluczenie z kluczowego okresu powstawania nowoczesnych państw narodowych w XIXw.. Zniszczona ciągłość kultury materialnej, mordowane lub korumpowane elity, wynarodawiane i przesiedlane kolejne pokolenia. Płynność terytorialna i etniczna. Nikła tradycja idei państwowej, deficyt instynktu suwerenności, nieistniejąca pamięć instytucjonalna. To jest polska scheda po przeszłości Bożego igrzyska, z której zwłaszcza prawica próbuje lepić polską tożsamość. Z tak negatywnego materiału może być tylko toksyczna.

Musimy przewartościować myślenie o tożsamości narodowej, mocno naznaczonej formacją religijną i romantyczną. Tożsamość to nie zakodowana w nas tajemnica, którą odkrywamy w długiej wyprawie formacyjnej. To nie kamień filozoficzny, święty Graal, czy Włócznia Przeznaczenia, obiecujące samopoznanie esencji prawdziwego Polaka. Tożsamość budujemy tu i teraz, ku przyszłości, a nie odszukujemy w książkach, śladem Jana Pawła II z ‘Pamięci i tożsamości’, czy Wojciecha Roszkowskiego i podręcznika HiTu.

Zobacz także: Polska liderem wzrostu produktywności w regionie! Wyprzedzamy nawet Niemcy

Najważniejsza jest pamięć naszych czasów, nas żyjących. Nie było nas z Żółkiewskim w Moskwie w 1610, ani z Piłsudskim pod Warszawą w sierpniu 1920 roku. Liczy się dzisiejsza wojna oraz jakie szable i lance mamy, by pogonić współczesnego bolszewika. To nie nasze pokolenia odkodowały Enigmę, istotniejsze czy stworzymy warunki, tu i teraz, by następcy Rejewskiego, jak Jakub Pachocki z OpenAI, zostawali w kraju i służyli talentami ojczyznie, a nie obczyźnie.

Odległa historia dla większości nas jest miazmatem, jak celebrowana Konstytucja 3 maja, której prawie nikt nie czyta. Łączność z minionymi wiekami, jeśli istnieje, ma charakter metafizyczny, nie deterministyczny. Nie ma naukowych podstaw dla twierdzenia, że Polacy XXI wieku są zbiorowym produktem wydarzeń sprzed 400, 200, czy 100 lat. Nie mamy, wbrew głośnym tekstom, genu niewolniczego po czasach feudalnych, genu pańskiego po szlachcie, ani wypartego poczucia winy po przodkach, będących świadkami holocaustu Żydów. Powojenne badania kliniczne nie dowiodły nawet bezpośredniego dziedziczenia traum między ocalałymi więźniami Auschwitz, a ich dziećmi. Cóż dopiero między nie tak licznymi, polskimi świadkami Shoah, a całym narodem 3-4 pokolenia później. Nasza podmiotowość jest produktem współczesnej socjalizacji i kodów kulturowych krążących w mediosferze, zbiorem puzzli zbieranych w czasie życia, ale to już temat na inną opowieść.

Przez długi okres braku suwerenności jesteśmy nieuformowani jako państwo. Wyśpiewał tę intuicję Jacek Kaczmarski w ‘Polak to embrion narodziarski’. Nie potrzebujemy odkrywania macierzy polskiej, tylko budowy nowego oprogramowania mentalnego, regularnie aktualizowanego do XXI wieku. Oprogramowania dla całej wspólnoty. Czym innym są indywidualne identyfikacje z tą lub inną tradycją, na użytek prywatnej tożsamości. Nie jest takim oprogramowaniem również polityka historyczna, robiona dla doraźnych rozgrywek. Partie i ideologie sięgają do przeszłości, by dowodzić, że to im bliska epoka lub bohaterowie są źródłem ‘prawdziwej’ polskości. Naczelny Klubu Jagiellońskiego pisze o konstytutywnej tradycji konfederacji szlacheckich. Kultura Liberalna odpiera przewidywalnie, że naszym DNA jest wczesny okres I Rzeczpospolitej, otwartej na Zachód i tolerancyjnej wobec imigrantów. Instrumentalne traktowanie minionych dziejów, służące współczesnemu dzieleniu i wywyższaniu.

Tożsamość państwa i narodu może mieć tylko charakter wspólnotowy, nie wykluczający. Obejmować unijczyków, suwerennistów, Polskę A i B, dzieci resortowe i czwarte pokolenie AK, kościół toruński, łagiewnicki i zbawiksowy. Rzecz nie w kiczowatej utopii pojednań, mickiewiczowskim ‘kochajmy się’, tylko w zdroworozsądkowej kooperacji ludzi, zamieszkująch ten sam dom, ale nie potrafiących zadomowić przez permanentne burdy i wzajemne próby wyrzucenia ze wspólnoty. Tożsamość ma integrować różne identyfikacje grupowe i mikrotożsamości. Wymaga zabiegów propaństwowych elit. Tak, by przyszłe pokolenia, widząc racjonalne państwo i silny naród, miały szansę polubić Polskę bardziej, niż np. unijczycy.

Nie będzie silnego, nowoczesnego państwa, bez nici jednoczących naród. Naturalna wspólnota bezpieczeństwa państw wschodniej flanki NATO zawsze będzie podkopywana historycznymi urazami, rozgrywanymi przez Moskwę. Nie powstanie sensowna polityka wschodnia, ani polski soft power w regionie tak długo, jak będziemy priorytetyzować widma przeszłości. 35 lat III RP jest tego dobitną lekcją. Elity, które z wyrachowaniem polaryzują Polaków, redukują polskość do swej partii i jej wyborców, w praktyce budują sekty, nie tożsamość narodową. Praktycznie każde święto narodowe w ich wykonaniu to nie celebra historii, tylko nienawiści i podziałów.

No dobrze, ktoś powie, czyli odcinamy się od przeszłości i ‘wybieramy przyszłość’ jak postkomuna po 1989 roku lub uśmiechnięta Polska, która polskiej przeszłości się wstydzi? Nie! Nie tracimy energii. Z historii interesują nas przede wszystkim lekcje z popełnionych błędów. Nie międlenie martyrologii, kult porażek, demonizowanie potomków naszych krzywdzicieli, tylko robienie wszystkiego, by klęski się nie powtórzyły. Nasze klęski, nasze błędy – na nie mamy wpływ.

Podsumowując, suwerenność negatywna nie może być celem samym w sobie. W jej ujęciu wspiera się rozwój infrastruktury w Polsce, a jednocześnie broni anty-rozwojowego górnictwa. Bo motywacją nie jest ostatecznie rozwój, tylko zagranie na nosie Niemcom lub Brukseli. Skoro unijczycy są bezkrytyczni wobec Zachodu, to my odrzucamy światowe trendy rozwojowe. Przemysł górniczy to symboliczne zderzenie rozwoju z tradycją, której nie warto bronić. Nie warto dosłownie, ponieważ cała gospodarka traci z tytułu horrendalnych subsydiów budżetowych, rosnących cen energii i postępującej niekonkurencyjności. To przykład uprzywilejowania od dekad jednej grupy społecznej, kosztem wspólnoty. I fałszywej suwerenności, blokującej autentyczną, nowoczesną suwerenność polskiego atomu.

SUWERENNOŚĆ ROZWOJOWA

Jest zatem suwerenność właściwa, rozwojowa, ku czemuś, ku przyszłości. Synteza ponad antagonizmami unijczyka i jego rewersem, suwerennością negatywną. Już nie tylko odróżniamy się od zagranicy, ale budujemy bez kompleksów własną tożsamość, własną siłę w konkurencji międzynarodowej, definiujemy własne cele i interesy. Przestajemy wiecznie przeglądać się w oczach Innego. Niemcy i Bruksela interesują nas tylko, kiedy wejdą nam w szkodę, ale nie zakładamy, że zawsze mamy z nimi sprzeczne interesy, tylko dlatego, że unijczycy uważają, że zawsze mamy z nimi zgodne interesy.

Dzieje Polski to nie tylko tracona suwerenność, ale i przyczyna słabości – permanentne zapóźnienie rozwojowe. Traciliśmy suwerenność, bo byliśmy jako państwo słabi. Byliśmy słabi, ponieważ byliśmy zapóźnieni. A zapóźnienie fundowały nam rodzime elity. Im bardziej blokowały cywilizacyjny rozwój Polski, tym chętniej odsuwały uwagę od siebie, grając na negatywnej suwerenności od ciemnych mocy zewnętrznych. Szlachta sabotująca dla swoich interesów rewolucję techniczną, urbanizację, uwolnienie chłopów (zgniła idea Zachodu!). Blokująca administrację podatkową, legislację, silne wojsko i powstanie wspólnoty narodowej. Efekt znamy. Opóźnione o wieki wolne rolnictwo walczące z industrializacją i urbanizacją. Po 1945 roku rozwojowa kula u nogi. Następnie kopiowana industrializacja, dwie dekady po Sowietach. Kiedy Zachód zaczyna się deinduztrializować w latach ‘70, Gierek właśnie dociska pedał gazu w przemyśle, skazany na jeden model rozwojowy socjalizmu.

W III RP mamy szansę budować dom na skale i na znanej Zachodowi od starożytności formule rozwoju – surowce, technologia, infrastruktura, demografia. Inspirować nią, ale nie bezrefleksyjnie kopiować we wszystkim. Jak dotąd wolimy skupiać się na cyferkach PKB nie mówiących, jak trwałe jest paliwo wzrostu, na ile wystarczy efekt konwergencji od niskiej bazy i dywidenda zapóźnienia. Tymczasem nie każde bogacenie się jest rozwojem kraju. Nie każdy wybrukowany rynek miasteczka, transfer wyborczy, nie każdy obcy kapitał, montownia, szóste mieszkanie rentiera – służą wspólnocie. Rozwój gospodarczy jest warunkiem, ale nie synonimem rozwoju państwa. PKB nie chroni przed anarchią ustrojową, nie gwarantuje siły militarnej, soft power, innowacyjności, przyszłościowych inwestycji, czy cywilizowanej sceny politycznej.

Mimo permanentnego wzrostu gospodarczego, wspólnymi siłami wszystkich rządów po 1989 roku, europejczyków i negatywnych suwerennistów, wpędziliśmy się do oślej ławki w transformacji energetycznej. Transformacji, która jest paradygmatem całego świata rozwiniętego, od Ameryki po Azję, a nie dyktatem UE. Negatywni suwerenniści i europejczycy również zgodnie uczynili z III RP pośmiewisko we wskaźnikach inwestycji, infrastruktury i innowacji. Przykładów kontynuowania straceńczego luddyzmu sarmatów jest wiele. Od protestów przeciwko oczyszczalniom ścieków w latach 90, przez jedyną w cywilizowanym świecie minister zdrowia, walczącą z zakazem trucia przez bierne palenie, do obecnego blokowania CPK, czy elektromobilności. Zwróćmy uwagę na nieoczywistego sojusznika w niektórych obszarach polskiej suwerenności. To Bruksela protestowała przeciw powstaniu gazociągów Nord Stream, popycha nas od dekad w sprawie budowy elektrowni atomowych, oferuje granty na własną elektromobilność, czy wpina kolej dużych prędkości w sieć TENT.

Całkowita suwerenność to dziś utopia, tak jak autarkia. Nawet Amerykę ograniczają globalne łańcuchy dostaw i wartości, nie bez kozery nazywane łańcuchami. Gra Polski toczy się o maksymalnie możliwe poszerzanie suwerenności drogą rozwoju i budowy fundamentów własnej, a nie zapożyczanej siły. Zakres tej suwerenności, poza obiektywnymi ograniczeniami, zależy przede wszystkim od decyzji polskich polityków. Nie będzie trwałego rozwoju bez woli suwerenności u decydentów. W najbliższych latach czekają nas zatem wybory strategiczne. Czy zgadzamy się, że poziom suwerenności 40-milionowego kraju, z 21. PKB w świecie, powinien być adekwatny do potencjału państwa średniego? Czy może akceptujemy, że silniejsze fundamenty przyszłości budują nawet wielokrotnie mniejsze państwa środkowoeuropejskiego regionu?

Czy kontynuujemy zawstydzającą w skali kontynentu indolencję w sprawie atomu? Czy uznajemy regionalny prymat Budapesztu w cargo lotniczym? Czy nie uwiera nas, że niewielki Luksemburg i Austria czerpią zyski z większych od naszych lotnisk? Czy musimy być w ogonie naszego regionu w infrastrukturze EV? Czy budujemy własną elektromobilność, jak choćby Wietnam i Turcja, czy dofinansowujemy obcy przemysł motoryzacyjny dopłatami do zakupów zamożniejszej części społeczeństwa? Czy nie stać nas na ambicję wskaźników robotyzacji, inwestycji publicznych i innowacji, jak choćby u Czechów, Słowaków i w Państwach Bałtyckich? Czy przekracza nasze możliwości jeden uniwersytet w światowym Top 500? Czy długo będziemy tolerować kontrolne wizyty w resortach ambasadora USA, który dopisuje ironiczny epilog do przepowiedni swego ojca, wspomnianej na początku tego tekstu?

Czy w strategii obronnej koncentrujemy się na art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego, czy także na wypieranym przez dekady ze świadomości art. 3? Czy jak przed rozbiorami będziemy mądrzejsi od wszystkich wokół w sprawach służby wojskowej i rozwinięcia mobilizacyjnego? Czy musimy być pośmiewiskiem na flance w kwestii schronów? Czy zadowala nas obecne 25% udziału rodzimego przemysłu zbrojeniowego w zakupach Wojska Polskiego, czy może będziemy dążyć do 60-70% państw o podobnym potencjale? Czy od mniejszych sąsiadów zamierzamy być dalej uzależnieni w tak elementarnym obszarze, jak produkcja prochu? Czy długo pozostaniemy światowym liderem, bijącym nawet Chiny, w udziale węgla w miksie energetycznym i emisjach CO2 na osobę?  Czy polscy politycy słyszeli o suwerenności obliczeniowej i jak się ma do niej zatrzymany projekt komputera kwantowego? Czy zamierzamy wspierać krajową produkcję substancji krytycznych dla bezpieczeństwa lekowego, czy lekką ręką rezygnujemy ze środków KPO, przeznaczonych na ten cel? Czy dwunasty port lotniczy w Europie pozostanie synonimem megalomanii, a miarą naszych możliwości będzie kult dobudówek? Lista zaniechań strategicznych jest długa. Lista mężów stanu pusta. Jeśli się w przyszłości pojawią w Polsce, to tylko z agendy ponadpartyjnej.

Czas na Wizję dla Polski

Po 20 latach siedzenia na skraju europejskiego stołu wypada w końcu wyrosnąć z krótkich spodenek, podjąć odpowiedzialność za państwo i wybijać na suwerenność. Na świecie szanuje się tylko państwa dojrzałe i samoświadome. Suwerenność to nasz dowód tożsamości w relacjach międzynarodowych, przepustka do klubu dorosłych.

Rozwój zależny wyczerpuje swoją formułę jak keynesizm, monetaryzm, dywidenda zapóźnienia i każdy inny model w cykliczności koniunktur kapitalizmu. Chyba że godzimy się na dalsze byciem peryferium. PKB 21. państwa świata urealnia większe ambicje Polaków, otwiera nam szansę na upodmiotowienie wobec większych graczy i soft power wobec mniejszych, zwłaszcza w regionie.

Rozwój państwa jest możliwy tylko w synchronizacji z trendami cywilizacji. Zmiana jest jej istotą. Nie korzenie cywilizacji wiążące nas z przeszłością. Nie źródła, o które kłócimy, gdzie się znajdują. Permanentna zmiana. Nie da się rozwijać pod prąd światowego nurtu. Kto stoi w miejscu, ten się cofa. Kto nie płynie, ten tonie.

W ostatnich latach zaproponowano kilka wizji Polski XXI wieku, m.in. ‘Konsensus Warszawski’ Marcina Piątkowskiego, liczne inicjatywy pod hasłem ‘Regeneracja’ Jana Oleszczuka-Zygmuntowskiego z zespołem, praca zbiorowa ‘Umówmy się na Polskę’, czy cykl tekstów publikowanych przez Obserwatora Gospodarczego. Ruch społeczny TakDlaRozwoju którego mam zaszczyt być uczestnikiem, jak autor ‘Apelu o kontynuację budowy CPK’, wpisuje się w ten nurt.

Niniejszy tekst starał się porządkować i niuansować pojęcia suwerenności, wspólnoty i rozwoju oraz relacje między nimi. To triada wartości nowoczesnego państwowca. Suwerenność. Wspólnota. Rozwój. Nie ma w niej miejsca na partiokrację, utożsamianie interesu państwa z interesem jakiejkolwiek partii. Przypominałem tu również o wadze fundamentów przy kreśleniu Wizji dla Polski. Warunkiem dojrzałości państwa w przyszłości, będą politycy traktujący już dziś obywateli jak dorosłych. Zanim doczekamy się reformy umowy społecznej, w postaci nowej Konstytucji, zacznijmy od dotrzymywania małych umów społecznych, jakimi są obietnice wyborcze.

To manifest przeczuwanej przez wielu, pożądanej  zmiany w Polsce, zwłaszcza pokoleniowej. Zmiany niepewnej, jak wyłaniające się dopiero na horyzoncie żagle nowoczesnego okrętu. W uczciwości intelektualnej wciąż nie możemy być pewni, że okręt zawinie do naszego portu.

Starałem się wyrazić nowy typ myślenia obozu suwerennnego rozwoju. Obóz ten autentycznie realizuje rys wspólnotowy jednocząc, bezprecedensowo w III RP, Krzysztofa Bosaka i Paulinę Matysiak, młodzieżówkę Razem i ONR, liderów silnych razem i internetowej armii Szefernakera, działaczy PiS i Ruch Ośmiu Gwiazd, pokłóconych na co dzień geopolityków, zwolenników armii starego i nowego wzoru. Dlatego nieuchronne próby zawłaszczania przez partie hasła TakDlaRozwoju nie mają znaczenia, skoro widnieje na tak wielu sztandarach.

Nieco inaczej, niż inne zrywy Polaków, jak protesty przeciw ACTA, czy Czarne Marsze, TakDlaRozwoju nie jest protestem przeciw, tylko działaniem konstruktywnym, za czymś. Nie jest obrządkiem, jak żałoby po katastrofie w Smoleńsku, czy śmierci JP2, które szybko przepołowiły Polskę. Zdecydowana większość Polaków wspiera w kolejnych badaniach inwestycje infrastrukturalne jak CPK. U źródeł ruchu TakDlaRozwoju nie był doraźny aktywizm, choć ten jest i będzie ważny, ale idea zmiany, podszyta nadzieją. Owoce idei, wrośniętej już na stałę w debatę publiczną, wykiełkują być może za parę lat.

 

Wszelkie prawa do treści zastrzeżone.

Polecane artykuły

Back to top button

Adblock Detected

Please consider supporting us by disabling your ad blocker