Prohibicja alkoholowa to droga donikąd. Potrzebujemy zupełnie innych rozwiązań

W Polsce nie milkną echa kolejnych ograniczeń sprzedaży alkoholu. Lokalni aktywiści walczą o coraz trudniejszy dostęp do napojów wyskokowych. Następnym miejscem objętym nocną prohibicją ma być Warszawa. Według sondażu opublikowanego na stronie rp.pl, 48,3 proc. badanych popiera wprowadzenie takiego zakazu, podczas gdy sprzeciwia mu się co trzecia osoba (33,9 proc.), a 17,8 proc. nie ma w tej sprawie zdania. Co więc może przynieść takie rozwiązanie? I czy w ogóle zmieni nasze podejście do picia? Przykłady z Polski i zagranicy pokazują, że kwestia ta mocno dzieli ekspertów i obywateli.
Pijany jak Polak
Film „Jak piją w Rosji” zna chyba każdy z nas – humorystyczny dokument Pavlova do dziś wyśmienicie obrazuje libacje w przaśnych latach po upadku ZSRR. Problem w tym, że taki obraz „zabaw” wciąż dominuje w naszej ojczyźnie, mimo że po ponad 30 latach nawyki rodaków bardzo się zmieniły. Według danych OECD z 2021 r. Polacy są lekko poniżej średniej unijnej spożycia z wynikiem 11 litrów czystego alkoholu per capita (średnia to 11,3 l). Więcej od nas piją m.in. Austriacy, Czesi czy Rumuni. Także, jeśli chodzi o uzależnienie alkoholowe wg OECD, plasujemy się na dole rankingu zdecydowanie poniżej średniej krajów G20. Rzeczywistym problemem jest drugie miejsce pod względem zgonów spowodowanych nadużywaniem alkoholu – wg danych Eurostatu za rok 2021 obejmują one 10,1 na 100 tysięcy mieszkańców, gdy europejska średnia to 3,6.
Gorączka sobotniej nocy
Nocna prohibicja, czyli zakaz sprzedaży alkoholu zazwyczaj między 22 a 6 rano z pominięciem barów i restauracji funkcjonuje już w kilku polskich miastach i przypisuje jej się sukcesy w zmniejszeniu liczby interwencji służb miejskich. Najsławniejszy jest przykład Krakowa, gdzie zakaz ten obowiązuje między północą a 5:30. Według danych krakowskich władz od lipca do grudnia 2023 roku liczba interwencji podejmowanych przez policję zmniejszyła się aż o 47%, a przez straż miejską o niemal 30% w porównaniu z tym samym okresem w 2022 roku.
Co ciekawe, wedle tych samych źródeł nastąpił także spadek interwencji za dnia (o 28,68 %), czyli gdy zakaz nie obowiązywał. Jak to możliwe, że zakaz zadziałał nawet wtedy, gdy nie obowiązywał? Jednym z możliwych wytłumaczeń jest to, że wystąpił jeszcze jakiś czynnik nieopisany przez władze Krakowa jak np. niewystarczająca liczba policjantów i strażników miejskich, co przełożyło się bezpośrednio na mniejszą liczbę interwencji. To tylko jedno z wyjaśnień, ale powodów może być wiele.
Tymczasem przez cały rok 2024 w Krakowie z różnych źródeł dochodzą wieści o tym, jak mieszkańcy narzekają na niestosowne zachowania (szczególnie w nocy)… zagranicznych turystów. Dlaczego w ich przypadku uchwała nie zadziałała? Niewykluczone, że o ile dostęp do trunków jest rzeczywiście utrudniony, o tyle ci, którzy chcą pić, znajdują sposoby obejścia zakazu.
Nieznośna lekkość butów
Również inne miasta skorzystały z możliwości wprowadzenia nocnej prohibicji, jednak skutki były wprost przeciwne do zamierzonych. W Poznaniu zakaz obowiązywał tylko na starym mieście, więc mieszkańcy jeździli do innych dzielnic, zwiększając nocny ruch drogowy. Z kolei, jak podaje portal Prawo.pl, w gminie Kartuzy władze zdecydowały się znieść zakaz nocnej sprzedaży alkoholu, gdyż problemy z porządkiem publicznym przeniosły się do… barów. Prasa donosiła także o rozwoju nielegalnych punktów sprzedaży, gdzie bez trudu można było nabyć przemycany alkohol lub produkty z bimbrowni. W efekcie zamiast poprawy sytuacji zanotowano wzrost zagrożeń dla zdrowia publicznego oraz niższe wpływy z akcyzy. Tymczasem w Białej Podlaskiej gmina odnotowała spadek wpływów z opłat za zezwolenia na sprzedaż alkoholu, co ograniczyło fundusze na działania przeciwdziałające alkoholizmowi. Jednocześnie mieszkańcy nadal kupowali alkohol w sąsiednich gminach, omijając zakazy.
Ograniczenia sprzedaży alkoholu nie zadziałały nie tylko w naszej ojczyźnie, lecz także w Szwecji, gdzie istnieje państwowy monopol sklepów Systembolaget na trunki mające powyżej 3,5%. Jest ich zaledwie 450 na cały kraj, są krótko otwarte w tygodniu oraz zamknięte w niedzielę. Jak zauważa ekonomista David Sundén w badaniu dla think tanku Timbro, to właśnie dlatego 92% pijących Szwedów ma w domu zapasy alkoholu na… dwa miesiące albo, jeśli liczyć inaczej, na imprezę liczącą 35 osób. Co więcej, powszechnie znana zarówno w Szwecji, jak i w innych krajach ograniczających sprzedaż alkoholu jest turystyka alkoholowa, czyli weekendowe wypady na zakupy do bardziej liberalnych krajów. Jakby tego było mało, to, jak podaje Gazeta Prawna, konsumpcja alkoholu wzrasta od 2000 r. i z tego powodu szwedzki rząd skłania się ku liberalizacji przepisów.
Tesco disco
W Polsce – obok dyskusji o zakazach – trwa dyskusja o szkodliwości picia. Zwraca się uwagę na koszty społeczne nadużywania alkoholu, obciążenie systemu ochrony zdrowia i zbyt łatwy dostęp do trunków czy też nadmierną ich promocję.
Równocześnie w kontrze wypowiadają się producenci piwa. Przywołują oni nieoczywiste dane:
Od 2019 r. rynek piwa w Polsce znacząco się zmniejsza. Silny wpływ wywarła tu pandemia, ograniczając przez długi czas możliwość spotkań towarzyskich, ale i po jej zakończeniu rynek wciąż nie wrócił do poziomu z okresu sprzed marca 2020 roku”, powiedział Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny ZPPP Browary Polskie w rozmowie z PAP.
Także według danych GUS w 2022 r. produkcja piwa w Polsce była niższa o 3,1 mln hektolitrów w porównaniu do 2018 r. W 2023 roku rynek zmniejszył się o kolejne 7%, co stanowi największy spadek od trzech dekad. W samym 2023 roku produkcja zmniejszyła się o 2 mln hl, co oznacza, że od 2018 roku skumulowany spadek wynosi już ponad 5 mln hl. Dla porównania jest to więcej niż roczna produkcja piwa w takich krajach jak Szwecja (4,1 mln hl), Bułgaria (4,5 mln hl) czy Grecja (4,2 mln hl).
Inaczej sprawę widzi Sławomir Grzegorek, specjalista ds. profilaktyki uzależnień i promocji zdrowia:
Samo ograniczenie punktów sprzedaży niewiele daje. To może być element całości oddziaływań naszego państwa, żeby mieć wpływ na obniżenie kosztów. Trzeba iść bardziej w kierunku rozsądnego oddziaływania jak kampanie informacyjne, edukacja społeczeństwa, a także szkolenia dla sprzedających alkohol jak w wielu krajach za granicą. Alkohol jest dla ludzi dorosłych, zdrowych, rozsądnych. Natomiast dla niektórych ludzi, a szczególnie dla młodych, którzy mają problemy zdrowotne i są podatni na uzależnienia, jest śmiertelnie groźną trucizną. Nie jestem zwolennikiem całkowitej prohibicji tylko zdroworozsądkowego podejścia obejmującego szkolenia, egzekwowanie prawa, punktowe zmniejszanie sklepów monopolowych z kompleksowym działaniem.
Kino moralnego niepokoju
Choć spora część społeczeństwa twierdzi, że reklamy alkoholu promują picie, to w rzeczywistości Polska ma jedno z bardziej restrykcyjnych praw w UE, jeśli chodzi o zasady promocji trunków. Z danych Kantar Media Polska wynika, że wydatki na reklamę piwa utrzymują się na poziomie 210–250 mln zł rocznie (ok. 2% udziału w rynku reklamy), a w tym czasie – według Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych – spożycie piwa na mieszkańca spadło z 100,5 do 87,4 litrów rocznie (2018–2023).
Z drugiej strony, w 2021 r. powstała „mapa drogowa” przewidująca coroczny wzrost akcyzy na alkohol o 5% do 2027 r. Dziś, gdy rząd boryka się z niedoborem w kasie państwa, rośnie pokusa, by zwiększać daniny jeszcze szybciej. To rodzi pytanie, czy faktycznie chodzi o zdrowie Polaków, czy może raczej o łatanie dziury budżetowej.
Paranoja jest goła
Celem tego tekstu nie jest podważanie szkodliwości alkoholu. Alkoholizm to poważna choroba, pociągająca za sobą bardzo konkretne i tragiczne skutki. Jednak w Polsce to raczej nie dostępność napojów wyskokowych jest problemem, ale dysfunkcyjność opieki zdrowotnej, placówek, które leczą uzależnionych czy też niedostępność instytucji pomocy psychologiczno-psychiatrycznych. Tymczasem często eksperci wskazują, że popadanie w alkoholizm wynika z nieradzenia sobie ze stresem oraz problemami psychicznymi.
W statystykach bezpieczeństwa Warszawa wypada dość korzystnie na tle wielu innych europejskich stolic. Być może warto spojrzeć na to, czy ograniczenia i związany z tym rynek „zakazanego owocu” paradoksalnie nie przyniosą odwrotnych skutków.
Krajobraz po bitwie
Zwolennicy restrykcji wskazują przykłady krajów, w których wprowadzono częściową prohibicję. Podobne rozwiązania testowała chociażby Rosja za czasów Gorbaczowa (przyniosła spadek dochodów i rozwój bimbrownictwa), Norwegia (między 1919–1926, z której szybko się wycofano) czy Polska w latach 80. (sprzedaż dopiero od 13:00, co skutkowało z kolei poszukiwaniem zamienników w rodzaju wody brzozowej). Debatując nad sensownością takiego rozwiązania trzeba wziąć pod uwagę, czy rzeczywiście wpłynie ono pozytywnie na stan zdrowia Polaków, a także na wyniki ekonomiczne.
Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych ostrzega, że ograniczenia w dostępie do alkoholu mogą wzmagać rozwój podziemia i nielegalnej produkcji. Straty budżetowe z tego tytułu w 2023 r. sięgały 1,3 mld zł, a w 2024 r. mogą wynieść około 1 mld zł. To kwoty, które mogłyby zasilić m.in. NFZ i wesprzeć profilaktykę czy leczenie uzależnień.
Tymczasem Sławomir Grzegorek widzi straty gdzie indziej:
Oprócz dochodów z akcyzy trzeba też liczyć koszty pracy sądów, policji, ochrony zdrowia, leczenia osób uzależnionych i współuzależnionych, likwidacji szkód, pogotowia ratunkowego itd. Pod koniec 2015-2016 r. ukazały się dane, że roczne koszty mogą wynosić nawet od 1 do 2,5% PKB, czyli około 16-40 miliardów złotych rocznie. Dlatego państwo chce zmniejszyć te wydatki. Najprostszym sposobem jest ograniczenie fizyczne sprzedaży alkoholu, czyli zmniejszenie liczby sklepów i godzin pracy. Jednak zgodnie z prawami ekonomii, jeśli ceny alkoholu przekroczą pewien pułap, to ludzie sprowadzą go nielegalnie z innych miejsc, jak to było już w historii – z Rosji, Białorusi czy Ukrainy. Wtedy także przekupywano służby na granicach, pojawiła się szara strefa i produkcja własna. Gdy obniżono je, zniknął nielegalny handel, bo powrócił zdrowy rozsądek. Zarówno za wysokie, jak i za niskie ceny alkoholu przynoszą skutki odwrotne do zamierzonych.
W ostatecznym rozrachunku pytanie brzmi, czy kolejne ograniczenia realnie zmienią to, w jaki sposób Polacy i turyści odwiedzający nasz kraj konsumują alkohol? Pozostaje nadzieja, że władze i eksperci wypracują rozwiązania opierające się na rzetelnej analizie i długofalowej strategii leczenia uzależnień, a nie jedynie na doraźnych zakazach, które łatwo obejść i które mogą przynieść więcej szkód niż pożytku.



![Breaking Bad to nie fikcja. Diagnoza raka prowadzi do wzrostu przestępczości [BADANIE]](https://obserwatorgospodarczy.pl/wp-content/uploads/2026/02/darkostojanovic-medic-563425_1280-390x220.jpg)
