Amerykańska wojna handlowa, czyli sukces, który może zostać przekuty w porażkę

Prezydent Trump ogłaszając „Dzień Wyzwolenia”, przedstawił narrację, według której Unia Europejska – podobnie jak inne państwa – przez lata „okradała” Amerykę, budując swój dobrobyt jej kosztem. Tyle że liczby mówią coś zupełnie innego – przez ostatnie dwie dekady to właśnie Stany Zjednoczone radziły sobie wyjątkowo dobrze.
Jeszcze w 2008 roku gospodarki USA i strefy euro były porównywalne pod względem wielkości. Dziś ten parytet to już historia – gospodarka Stanów Zjednoczonych jest obecnie aż o 50% większa niż unijna. Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF) PKB USA w 2024 roku wyniósł około 29,2 biliona USD, podczas gdy PKB Unii Europejskiej – około 19,4 biliona. Co więcej, średni dochód na mieszkańca w Europie jest dziś o 27% niższy niż w USA, a przeciętne wynagrodzenie – aż o 37% niższe.
W czasach Brexitu wielu Brytyjczyków snuło wizje zacieśnienia więzi z USA – do tego stopnia, że pojawiały się żartobliwe (choć nie całkiem bezmyślne) sugestie o zostaniu „51. stanem Ameryki”. Tyle że, gdyby tak się rzeczywiście stało, Wielka Brytania trafiłaby do grupy najbiedniejszych stanów USA – z PKB per capita niższym niż w Mississippi. Trudno dziś znaleźć jakiekolwiek wiarygodne dane, które potwierdzałyby narrację, że USA zostały „ograbione” przez inne kraje. Stany Zjednoczone to obecnie jedno z najbogatszych państw świata – i to w sposób bezdyskusyjny.
Niemniej istotne jest to, że USA i Unia Europejska razem tworzą dwa największe ośrodki gospodarcze świata. W 2024 roku odpowiadały łącznie za 44,13% globalnego PKB w ujęciu nominalnym (lub 29,4% według metodologii PPP – do czego jeszcze wrócimy). Mówiąc inaczej: niespełna 10% światowej populacji – czyli około 330 milionów Amerykanów i 450 milionów obywateli UE – w 2024 roku wygenerowało i zarządzało aż 44,13% globalnego PKB liczonego w cenach rynkowych. Szacunki oparte na parytecie siły nabywczej (PPP), według których USA i UE odpowiadają „tylko” za 29,4% globalnego PKB, mogą się wydawać ciekawe – dopóki nie spróbujemy kupić iPhone’a, pojeździć BMW, założyć szwajcarski zegarek albo napić się francuskiego wina. Wtedy szybko przekonamy się, że realny świat działa według „prawa jednej ceny”, a metodologia PPP nie mówi nam już tyle, ile byśmy chcieli.
Choć Stany Zjednoczone mają za sobą pasmo sukcesów gospodarczych, w tym niezwykle skuteczną walkę z inflacją pod kierownictwem Jerome’a Powella – który może przejść do historii jako autor najbardziej udanego „miękkiego lądowania” w dziejach – nowa administracja USA rozpoczęła właśnie gwałtowną przebudowę relacji handlowych z kluczowymi partnerami. Na celowniku znalazła się również Unia Europejska. Impulsem do tych gwałtownych działań – w duchu zasady „move fast and break things” – stał się nieustannie wysoki deficyt handlowy USA z kluczowymi partnerami. Został on uznany za bezpośrednie zagrożenie dla interesów narodowych.
Deficyt handlowy USA stał się elementem zapalnym
Wiceprezydent Vance określił priorytet nowej administracji jako „wielki powrót amerykańskiej produkcji” – „the great American manufacturing comeback”. Takie podejście jednak znacząco upraszcza rzeczywisty obraz sytuacji – ignorując główne źródła amerykańskiego sukcesu z ostatnich 15 lat i wystawiając je na poważne ryzyko. W 2024 roku USA odnotowały deficyt handlowy na poziomie 918 miliardów dolarów – ale był on efektem ogromnych wolumenów: eksport wyniósł 3,19 biliona, a import 4,11 biliona USD. Co istotne – główne źródło deficytu handlowego USA to relacje z trzema krajami: Chinami, Wietnamem i Meksykiem. Paradoks polega na tym, że to właśnie amerykańskie firmy same przeniosły tam produkcję, by obniżyć koszty i zwiększyć swoje zyski. Dopiero dalej na liście partnerów handlowych z ujemnym saldem znajdują się Niemcy, Japonia, Kanada, Korea Południowa czy Włochy.
Deficyt handlowy USA dotyczy przede wszystkim dóbr trwałego użytku. To, czego często się nie zauważa, to fakt, że Stany Zjednoczone mają ogromną nadwyżkę eksportu usług – szczególnie tych o bardzo wysokiej marży: usług chmurowych, oprogramowania, usług finansowych czy sektora rozrywki (filmów, muzyki itd.). Ta nadwyżka wynosi około 300 miliardów dolarów rocznie – przy całkowitym eksporcie usług sięgającym blisko biliona dolarów. Dlaczego to istotne? Bo to właśnie rozwój sektora usług – a nie przemysłu – stoi za przewagą wzrostu USA nad UE i generuje rosnące, wysokie dochody.
Stany Zjednoczone całkowicie zdominowały globalny rynek szeroko pojętej technologii informatycznej – a rozwój sztucznej inteligencji tylko tę przewagę pogłębia. Analogiczna sytuacja ma miejsce w sektorach usług finansowych i rozrywkowych. W tym kontekście idea, że produkowanie większej liczby „rzeczy” i eksportowanie ich na cały świat miałoby być źródłem trwałego bogactwa, przestaje wyglądać tak atrakcyjnie, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut emocjonalnego oka. Model dobrobytu oparty na „twardej produkcji” to w dużej mierze relikt przeszłości. Obraz gospodarki przyszłości wygląda zupełnie inaczej – nowoczesna gospodarka XXI wieku, bez względu na nasze emocjonalne przywiązania, opiera się na usługach. Powód jest prosty: im społeczeństwo bogatsze i lepiej wykształcone, tym większą część dochodu przeznacza na usługi, a nie na „produkty”.
W latach 60. aż połowa wydatków konsumpcyjnych Amerykanów przypadała na dobra trwałego użytku. Do 2010 roku ten udział spadł do zaledwie 33%. Usługi dominują również na rynku pracy – prawie 80% miejsc pracy w USA (poza rolnictwem) przypada na sektor usług. Produkcja? Mniej niż 10%. Ten sam trend występował w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Japonii – Stany Zjednoczone absolutnie nie są tu wyjątkiem.
Dobrym przykładem jest Japonia – próbowała niemal wszystkiego: ochrony celnej, agresywnego wsparcia dla sektorów przemysłowych, różnych regulacyjnych interwencji. Efekt? Znikomy. Udział zatrudnienia w sektorze produkcyjnym w Japonii spadł z około 21% w 2000 roku do zaledwie 15% obecnie – mimo wszystkich prób jego ratowania.
Zobacz także: Trump ogłasza cła! Na rynkach czerwono, a dolar traci na wartości!
Dlaczego tak się dzieje? Bo źródłem przewag konkurencyjnych i ponadprzeciętnych zysków – również dla firm amerykańskich – nie jest już produkcja, lecz sfera usługowo-intelektualna. To właśnie kompetencje intelektualne są dziś główną siłą napędową bogactwa Stanów Zjednoczonych. Przykład? Para sportowych butów wyprodukowanych w Wietnamie lub Kambodży kosztuje firmę NIKE – największego producenta odzieży sportowej na świecie – około 30 dolarów, łącznie z transportem. Ale siłą NIKE nie jest fabryka – tylko to, że potrafi sprzedać te buty za 100 dolarów. Aby to osiągnąć, NIKE musi najpierw zaprojektować buty w sposób atrakcyjny dla klientów, a następnie – dzięki świetnym kompetencjom zarządczym na wszystkich poziomach – uruchomić złożoną machinę marketingu i sprzedaży, wykorzystując wiedzę o konsumentach i potęgę swojej marki. W tym układzie sama produkcja – nawet w wysokiej jakości – to najprostszy i najmniej rentowny element całego łańcucha wartości. Dla NIKE „powrót produkcji do USA” oznacza jedno: wyższe koszty i niższe marże. Ekonomiczna logika jest tu bezlitosna.
To nie przypadek, że Chiny stały się „fabryką świata” – umożliwiły to decyzje wielkich korporacji międzynarodowych, głównie amerykańskich, które zleciły tam produkcję na masową skalę. Choć w ostatnich pięciu latach ruszył proces „reshoringu” i „friendshoringu”, to koncentruje się on głównie na branżach istotnych z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego. Wystarczy spojrzeć na Apple – jednego z największych gigantów technologicznych świata – który wciąż produkuje niemal wszystkie swoje iPhone’y w Chinach. Chęć odwrócenia tego naturalnego procesu obniżania kosztów produkcji oznacza co najmniej ograniczenie wzrostu zysków, które napędzają dobrobyt USA. W tym przypadku prawa ekonomii działają równie nieubłaganie jak prawa fizyki. Przenoszenie produkcji do krajów o niższych kosztach – globalizacja – to po prostu sposób na maksymalizację zysków i osiąganie jak najwyższej stopy zwrotu z zainwestowanego kapitału.
Cła nie tylko ograniczą zyski spółek – to niemal oczywiste. Dodatkowo osłabią innowacyjność, chroniąc mniej efektywnych graczy przed konkurencją. A to właśnie konkurencja, nie zaś ochrona państwowa czy programy wsparcia, tworzy globalnych liderów. Google, Amazon, Apple, Facebook, Netflix czy Uber powstały nie dzięki protekcjonizmowi, lecz dzięki brutalnej walce rynkowej. I właśnie dlatego USA wygrały ostatnie dwie dekady. To otwartość, innowacyjność i konkurencyjność uczyniły Amerykę globalnym liderem w najważniejszych dziś obszarach gospodarki: usługach finansowych, IT oraz rozrywce. Eksport USA w tych sektorach przekracza bilion dolarów rocznie. Co ważne – aż 59% przychodów spółek z NASDAQ pochodzi spoza USA. To „reszta świata”, a nie rynek wewnętrzny, generuje zyski amerykańskich gigantów technologii. Ewentualne cyfrowe cła odwetowe mogłyby mocno uderzyć w ich wyceny.
Zobacz także: Wojna handlowa USA i Chin: Google i Tesla na celowniku
Co więcej, w lutym 2025 roku średnie wynagrodzenie w sektorach usług biznesowych i profesjonalnych wynosiło 43,60 USD za godzinę, podczas gdy w produkcji – 34,83 USD. Przeniesienie akcentu z eksportu usług na produkcję przemysłową może oznaczać zamianę dobrze płatnych miejsc pracy na gorzej płatne. To scenariusz kosztowny i społecznie bolesny. Dodatkowo cła rozrywają precyzyjnie zaprojektowane i zoptymalizowane łańcuchy dostaw. Przykład? Cła na samochody i komponenty właśnie zaburzyły misternie skonstruowany układ współpracy między USA, Kanadą i Meksykiem, stworzony przez Forda, General Motors i Stellantis. Celem było obniżenie kosztów i poprawa globalnej konkurencyjności – a teraz ten model właśnie się rozpada. W krótkim okresie może to oznaczać utratę miejsc pracy nie tylko za granicą, ale też w samych Stanach.
Wojna handlowa przynosi też skutki uboczne. Wysokie wyceny spółek amerykańskich i niespotykana wcześniej skala napływu kapitału do USA to efekt najwyższej na świecie produktywności i innowacyjności. Ale też – ogromnych oczekiwań. Przykład? Prof. Aswath Damodaran z NYU wycenił w I kwartale 2025 akcje Tesli na 125 USD, zakładając pełny sukces technologii autonomicznej i robotaxi. Skąd więc pozostałe 100 USD w rynkowej cenie? To nadzieja, optymizm i wiara oderwana od fundamentów. Pytanie, czy ten optymizm się utrzyma, gdy cła zaczną zamykać amerykański rynek, a wzrost zysków wyhamuje? Nawet Tesla importuje 20–25% komponentów.
Dochodzi do tego jeszcze jeden element – dług publiczny USA. Koszty jego obsługi już dziś sięgają 4,7% PKB – więcej niż we Włoszech (4,1%). Cła mogą wywołać nowy impuls inflacyjny, ograniczając przestrzeń do obniżania stóp procentowych. A niepewność – która dziś nie jest skutkiem polityki, lecz jej rdzeniem – również podbija koszt pieniądza. Sekretarz Skarbu Scott Bessent musi w tym roku zrefinansować 700–800 mld USD długu. Każdy punkt procentowy ma tu kolosalne znaczenie – dziś i w przyszłości.
Oczywiście, nie można wykluczyć, że ta gwałtowna operacja zakończy się sukcesem i USA wyjdą z niej silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Ale na razie – jak mawiają sami Amerykanie, luźno nawiązując do „Wizard of Oz” – „Buckle up, Dorothy, because Kansas is going bye-bye”.
Globalizacja, mimo swoich niedoskonałości, była jednym z największych projektów cywilizacyjnych ostatnich dekad – przyniosła historyczny wzrost dobrobytu, obniżyła ceny i uczyniła wiele dóbr dostępnymi na skalę masową. Skorzystali na niej niemal wszyscy – przede wszystkim konsumenci, dla których świat stał się większy, szybszy i tańszy. Przegrali tylko niektórzy – ci, którzy nie zdołali się dostosować do nowego porządku, bo byli zbyt kosztowni, zbyt sztywni, zbyt zamknięci.
Odwrócenie tego procesu – poprzez bariery, cła i próby „siłowego” przesuwania łańcuchów wartości – niesie ryzyko dokładnie odwrotne: że zapłacą wszyscy, a zyskają tylko wybrani. Strategicznie to ryzykowna gra: zamiast budować przewagi przyszłości, próbujemy konserwować przeszłość. A przeszłości nie da się zatrzymać – można ją tylko przekształcić. Pytanie nie brzmi już czy świat będzie otwarty, tylko jak się w nim odnaleźć z korzyścią dla własnej gospodarki i społeczeństwa. Próba cofnięcia tego zegara może się okazać kosztowna – nie tylko ekonomicznie, ale i politycznie.




