Komentarze I Analizy

To nie Nawrocki wygrał wybory prezydenckie. To Trzaskowski je przegrał [FELIETON]

Wybory prezydenckie za nami. Popełniono w nich szereg błędów, które zadecydowały o prezydenturze

W styczniu 2025 roku przeprowadziłem rozmowę z osobą, która nie ukrywała swojej sympatii do Prawa i Sprawiedliwości. Wówczas powiedziała mi, że Nawrocki wygra wybory i zostanie prezydentem. Oczywiście nie była to analiza poparta żadnymi argumentami – raczej życzeniowe myślenie. Doskonale pamiętam, co wtedy odpowiedziałem: „nie ma na to szans”. Nawrocki był niesamowicie „drewniany”, pozbawiony jakiejkolwiek charyzmy. Nawet jeśli udałoby mu się „wyrobić”, to przecież był jeszcze Trzaskowski, który – jak wtedy sądziłem – od kilku lat przygotowywał się do tej kampanii. Musiałby powtórzyć manewr Komorowskiego, a w to nie wierzyłem, bo przecież tam siedzą profesjonaliści i wiedzą, co wtedy nie zagrało i jak należy wygrać wybory prezydenckie.

Jak się okazało kilkadziesiąt godzin temu – myliłem się. Trzaskowski przegrał, wydawałoby się, pewną prezydenturę. Pokuszę się więc o analizę, która spróbuje odpowiedzieć: dlaczego? Powodów na pewno jest mnóstwo. Można powiedzieć: ilu wyborców, tyle przyczyn. Każdy z nas jest inny, dla każdego różne kwestie są istotne, różne problemy ważą inaczej. Niemniej – spróbujmy.

Pierwsza spełniona obietnica? Figa z makiem

Przede wszystkim: to nie Nawrocki wygrał wybory, tylko Trzaskowski je przegrał. Tak samo jak w 2023 roku to nie opozycja wygrała wybory, tylko PiS je przegrało. Społeczeństwo jest zmęczone nieudolnością rządzących. W przypadku obecnej Koalicji to zmęczenie przyszło znacznie szybciej – i trudno się temu dziwić. Przez półtora roku z poważnych obietnic udało się spełnić jedynie tę dotyczącą uruchomienia KPO. Pominę już analizę, w jaki sposób Unia Europejska używała środków z KPO do szantażowania naszego społeczeństwa, bo to wątek poboczny.

Z mniejszych obietnic – uruchomiono program in vitro. I to wszystko. Poza tym dostaliśmy obniżkę VAT dla branży beauty, która była efektem lobbingu, nie polityki społecznej. Próbowano też forsować dopłaty do kredytów hipotecznych mimo silnego oporu społecznego, a także obniżyć składkę zdrowotną dla przedsiębiorców, co uszczupliłoby budżet NFZ. A wszystko to przy rekordowym deficycie budżetowym – odbiór społeczny tego stanu jest wyraźnie negatywny.

„100 konkretów na 100 dni” – flagowy pomysł Koalicji – nie został zrealizowany nawet w 10%, i to nie w ciągu 100 dni, lecz półtora roku. Osoby takie jak Maciej Lasek, który przed wyborami mówił, że CPK nigdy nie powstanie, po wyborach znalazły się… w CPK.

Pozostałe obietnice? Niezrealizowane. To duża zmiana w porównaniu z poprzednimi rządami, które – niezależnie od opinii o ich pomysłach – realizowały większość tego, co obiecywały.

Cóż szkodzi obiecać? Trzaskowskiemu na pewno zaszkodziło

Obecna Koalicja przyjęła inną taktykę – co spontanicznie przyznał poseł Przemysław Witek. Zapytany przez red. Agnieszkę Gozdyrę, czy jest pewien, że nie będzie potrzeby podwyżki podatków, odpowiedział: „Cóż szkodzi obiecać”. Nie trzeba szukać daleko. 22 maja na Twitterze premier Donald Tusk obiecał, że do końca maja gotowe będzie 100 ustaw deregulacyjnych. Tak się zakręcił w obiecywaniu, że zapomniał, iż wybory są 1 czerwca – a więc jeszcze przed głosowaniem obietnica może zostać zweryfikowana. Jak się domyślacie – żadnych ustaw nie było. Kolejna niespełniona obietnica, która mogła tylko zaszkodzić Trzaskowskiemu.

Koalicja rządząca złożyła suwerenowi w 2023 roku mnóstwo obietnic. Polacy, zmęczeni rządami PiS, zaufali Donaldowi Tuskowi i jego przyszłym koalicjantom, licząc na konkretne zmiany – m.in. w prawie aborcyjnym, związkach partnerskich czy KPO. W większości jednak wszystko skończyło się na słowach. Co więcej – rząd nie potrafił skutecznie komunikować tego, co faktycznie udało się osiągnąć, co potęgowało w społeczeństwie poczucie braku sprawczości.

Łaska młodych na pstrym koniu jeździ

Suweren szybko wyciągnął konsekwencje – i to jest nie żółta, ale czerwona kartka dla obecnego rządu. Najlepszym przykładem: wynik Karola Nawrockiego wśród młodych. Coś, co było największą bolączką PiS przez lata – niskie poparcie w tej grupie – dziś może odejść w niepamięć (przynajmniej na razie), właśnie za sprawą 1,5 roku rządów KO, Trzeciej Drogi, PSL i Lewicy. Młodzi, którzy pomogli odsunąć od władzy PiS w 2023 roku, teraz odsunęli Trzaskowskiego od prezydentury.

Dlaczego młodzi zmienili zdanie? Wielu głosowało z powodów światopoglądowych. Po 1,5 roku – nic się w tej sferze nie zmieniło. W kwestii rynku mieszkaniowego: zamiast realnych zmian – kolejne dopłaty do kredytów, które tylko napędzają wzrost cen. Forsowanie obniżki składki zdrowotnej, która tylko pogłębiłaby problemy systemu ochrony zdrowia. Za PiS usługi publiczne się pogarszały, a obecna Koalicja kontynuuje ten trend, który szczególnie uwidacznia się poza dużymi miastami.

Wielkomiejski, liberalno-lewicowy Trzaskowski udawała konserwatywnego Sikorskiego

To, że na prowincji w przeciwieństwie do miast skala problemów jest zupełnie różna to nic odkrywczego. Nie wiedzieć jednak dlaczego obecna władza znacznie bardziej skupiała się na dużych ośrodkach miejskich. PiS wiedział, że wieś ma olbrzymie znaczenie. Obecna Koalicja – zapomniała. Efekt? Na wsi Nawrocki znokautował Trzaskowskiego. Nawet wygrana w każdej z czterech kategorii miast nie wystarczyła Trzaskowskiemu, by odrobić te straty.

Trzaskowski wiedział, że swoim prawdziwym „ja” nie przekona wsi. Wielkomiejski, liberalno-lewicowy kandydat jest nie do zaakceptowania dla konserwatywnego elektoratu wiejskiego. Dlatego postanowił – co drugi dzień – udawać konserwatywnego Radosława Sikorskiego, którego wcześniej pokonał w tzw. prawyborach. Nie twierdzę, że Sikorski byłby lepszym kandydatem. Ale jeśli Platforma wiedziała, że wahadło polityczne znów przesuwa się na prawo – to po co wystawiać kandydata, który jest nie do przyjęcia dla wielu wyborców? Nawet jeśli ubrałby gumowce, złapał widły i zaczął przy twórczości Zenka Martyniuka oprzątać oborę, to nikt by mu nie uwierzył, bo był po prostu niewiarygodny i ludzie ten brak wiarygodności dostrzegają.

„Dziennikarze” zapisali się do partii politycznych

Do przegranych tej kampanii należą również media. Te, które wraz z Trzaskowskim i Tuskiem przegrały najbardziej. Media i tzw. dziennikarze, którzy jeszcze niedawno chełpili się obiektywizmem, im bliżej finiszu kampanii zaczęli całkowicie tracić hamulce. Tzw. dziennikarze z recenzentów stali się uczestnikami kampanii, którzy równie dobrze mogliby zostać członkami partii politycznych. Niemniej nie przeszkadzało im to w mówieniu o swojej bezstronności i obiektywizmie. Po TV Republice niczego się nie spodziewałem – i nie zawiodłem się. Ale do jej poziomu dołączyły też TVP i Onet, które pod koniec kampanii przestały nawet udawać. Z większych mediów tylko WP trzymała poziom, nie zapisując się do żadnego ze sztabów wyborczych.

I wreszcie crème de la crème – osoby, które te media kreowały. Tzw. elity i autorytety: profesorowie, doktorzy, byli politycy. Ludzie, którzy w mediach z lubością deprecjonowali innych wyborców, sugerując, że są głupsi, biedniejsi – nie tylko finansowo, ale i intelektualnie. Zaznaczali, dlaczego ci głosujący na Trzaskowskiego są „lepsi”. Ten zabieg miał, w ich mniemaniu, sprawić, że „ciemny lud” ich posłucha, bo przecież są elitą (tzw. elitą – przyp red.). Stało się odwrotnie. Wiele osób, które wahały się, prawdopodobnie poszło zagłosować na złość tzw. elicie. Nie przeciw Trzaskowskiemu – przeciwko pogardzie jaka kierowana jest w ich stronę.

Dziś widać, że nie było pomysłu na drugą turę. Nie było planu, jak przekonać niezdecydowanych, jak odciąć się od rządu, który ma fatalne notowania. Zgodnie z badaniem CBOS z maja, jedynie 32% Polaków popierało rząd Tuska. 44% miało do niego stosunek negatywny. Historia pokazuje, że przy takim sentymencie nikt nie wygrał wyborów – i historia się powtórzyła. Choć nie musiała. Ta kampania była do wygrania. Tak się jednak nie stało przez błędy, lenistwo, brak polityki odpowiadającej aspiracjom społecznym i skupienie się na rozliczeniach, które również utknęły w martwym punkcie. Widoczny był również brak jakiekolwiek polityki komunikacyjnej. PR-owo była to kompletna katastrofa, zwłaszcza w social mediach. Wszystkie te błędy (których w większości można było uniknąć) sprawiły, że w Pałacu Prezydenckim zadomowi się Karol Nawrocki. A to oznacza, że w 2027 roku zmiana władzy jest bardzo prawdopodobna.

 

Wszelkie prawa do treści zastrzeżone.

Filip Lamański

Dziennikarz, założyciel i redaktor naczelny portalu Obserwator Gospodarczy z wykształcenia ekonomista specjalizujący się w demografii i systemie emerytalnym. W 2020 roku nagrodzony w konkursie NBP na dziennikarza ekonomicznego w kategorii felieton lub analiza.

Polecane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button

Adblock Detected

Please consider supporting us by disabling your ad blocker