„Kto igra z ogniem, ten spłonie. Mamy nadzieję, że Stany Zjednoczone widzą to wyraźnie”.

Poniższy tekst to 14. rozdział książki pod tytułem NOWE ZIMNE WOJNY autorstwa David E. Sanger , Mary K. Brooks, a wydanej na polskim rynku, przez wydawnitwo Prześwity. Książka dostępna pod linkiem.
Kto igra z ogniem, ten spłonie. Mamy nadzieję, że Stany Zjednoczone widzą to wyraźnie – Xi Jinping do prezydenta Joe Bidena, 28 lipca 2022 roku, krótko przed lądowaniem Nancy Pelosi na Tajwanie
PEWNEGO DNIA LATEM 2022 roku Boeing amerykańskich sił powietrznych o znaku wywoławczym SPAR19 obrał nietypową trasę z Kuala Lumpur, stolicy Malezji, do Tajpej na Tajwanie. Nawet w prostej linii byłoby to niemal trzy tysiące kilometrów na północny wschód – trasa nieznośnie wręcz długa.
A ten konkretny lot 2 sierpnia w żadnym wypadku nie był normalny. W drodze do Tajpej śledziło go na żywo CNN i obserwował Pekin. Azjatyckie agencje informacyjne donosiły o nim z zapartym tchem. Przez cały czas lotu – niemal dwa razy dłuższy, niż gdyby leciał prosto, bo obrał trasę w kształcie litery C, prowadzącą na wschód nad Indonezją i potem na północny zachód nad Morzem Filipińskim – wszędzie na świecie padało pytanie: jak na jego lądowanie zareagują Chińczycy?
Przyczyna, dla której przyciągnął tak wiele uwagi (i obrał tak okrężną drogę), była na pokładzie – Nancy Pelosi, 82-letnia spikerka Izby Reprezentantów, która za wszelką cenę chciała odbyć oficjalną wizytę na Tajwanie przed końcem swojej kariery na tym stanowisku. Podczas lotu na wyspę – będącą wprawdzie tylko jednym przystankiem w dłuższej trasie po krajach Azji Południowo-Wschodniej – wojskowi piloci postanowili nie kusić losu i ominąć przestrzeń powietrzną ChRL szerokim łukiem.
Podróż była bardzo długa – wspominał Andy Kim, demokrata reprezentujący wtedy New Jersey w Izbie i jeden z kilku kongresmenów, którzy byli tego dnia na pokładzie. – Pamiętam, jak w którymś momencie wyjrzałem przez okno i pomyślałem: „Chyba lecimy nad Borneo”.
Kim i pozostali czterej członkowie Kongresu towarzyszący Pelosi nie byli przyzwyczajeni do tak dramatycznych sytuacji. Urzędowe wizyty kongresmenów za granicą – w waszyngtońskim żargonie zwane CODELs – nie przyciągają uwagi mediów. Z reguły są czymś pomiędzy turystyką edukacyjną a wycieczką na zakupy i kolację. John McCain nigdy nie czuł się tak dobrze, jak wtedy, gdy w kamizelce kuloodpornej wędrował na ulicach Bagdadu. Czasem jednak taki wyjazd uderza w geopolitycznie newralgiczny punkt i trafia na czołówki mediów. Dwóch kongresmenów spotkało się z ostrą krytyką za podróż do Kabulu, gdzie trwała ewakuacja personelu ambasad z Afganistanu. Lot Pelosi nie kierował się jednak w strefę wojny – był wyjątkowy dlatego, że wszyscy obawiali się sprowokowania Chin.
Pelosi chodziło jednak właśnie o to, żeby nożyce się odezwały. Jako spikerka nigdy nie była na Tajwanie, a wiedziała, że jej czas na najwyższych szczeblach władzy dobiegał końca. We własnym przekonaniu od dawna stawiała czoła Pekinowi w kwestii obrony praw człowieka. Odwiedziła plac Niebiańskiego Spokoju zaledwie dwa lata po krwawym stłumieniu studenckich protestów w 1989 roku, osobiście wręczała listy protestacyjne ówczesnemu przewodniczącemu ChRL Hu Jintao, sprzeciwiała się też organizacji letnich igrzysk olimpijskich w Chinach w 2008 roku. Ten wyjazd miał być ukoronowaniem jej wieloletniego oporu przeciw Pekinowi.
Kiedy jednak zaczęły krążyć pogłoski, że podczas rutynowej podróży do Azji Pelosi zahaczy o Tajwan, ekipie Bidena – zwłaszcza Campbellowi i Sullivanowi – nie było to w smak. Xi Jinping, który za kilka tygodni miał otrzymać od XX Zjazdu Komunistycznej Partii Chin powołanie na trzecią kadencję na stanowisku przewodniczącego, natychmiast poczułby presję, by potwierdzić, że Tajwan – przez ChRL nazywany „zbuntowaną prowincją” – zostanie zjednoczony z macierzą. Wywiad USA uważał, że Xi najprawdopodobniej wykorzysta wizytę Pelosi jako wymówkę do podważenia status quo i wzmocnienia militarnej presji na wyspiarską republikę.
Było jednak oczywiste, że Biden – który spędził w Senacie prawie czterdzieści lat – nie rościł sobie prawa do mówienia spikerce Izby Reprezentantów, co jej wolno, a czego nie. Według Białego Domu Xi Jinping musiał po prostu zrozumieć, że w Stanach Zjednoczonych istnieją trzy odrębne władze, a odwiedziny Pelosi mają charakter rutynowej wizyty członków Kongresu w demokratycznym kraju współpracującym z Ameryką. Nie byłby to zresztą precedens – Newt Gingrich poleciał na Tajwan jako spiker Izby.
Biden postanowił zatem nie zabraniać Pelosi wyjazdu, a ona już wcześniej powiedziała wprost, że tylko to mogłoby ją powstrzymać. Publicznie prezydent udzielił tylko w lipcu niezbyt stanowczego ostrzeżenia: „Wojskowi uważają, że to nie jest teraz dobry pomysł”.
Jednak kiedy Pelosi i jej sztab zaczęli planować wyjazd, najważniejsi doradcy Bidena zadali sobie wiele trudu, by przekonać ich do usunięcia Tajwanu z harmonogramu – nie mówiąc jednak tego wprost. Podczas kolejnych spotkań, z których wiele odbywało się w specjalnie zabezpieczonych pomieszczeniach w budynku Kapitolu, Sullivan, Campbell i inni przedstawiali Pelosi najnowsze dane wywiadowcze oraz prognozowali, w jaki sposób Xi może wykorzystać okazję. Manewry wojskowe u wybrzeża Tajwanu były w zasadzie pewne. Testy rakiet balistycznych w Cieśninie Tajwańskiej i na innych wodach otaczających wyspę uznano za prawdopodobne. Niektórzy funkcjonariusze uważali, że Chiny mogą spróbować wprowadzić „kwarantannę” wokół wyspy w stylu kryzysu kubańskiego sprzed sześćdziesięciu lat. Byłaby to niezbyt subtelna demonstracja konsekwencji potencjalnych problemów w łańcuchu zaopatrzeniowym układów scalonych, potrzebnych na Zachodzie do wszystkiego – od iPhone’ów po myśliwce F-35.
Nikt nie przedstawił tego na zasadzie „Sugerujemy, żebyście tam nie jechali” albo czegoś podobnego – wspominał kongresmen Kim, który był na kilku z tych odpraw. – A najczęściej na samym końcu Jake [Sullivan] albo Kurt [Campbell] stawiali sprawę bardziej bezpośrednio, rozumie pan, „Może to nie jest najlepszy moment”, „Może to za duża odpowiedzialność”. Ale nikt nie powiedział wprost: „Prezydent nie chce, żebyście tam pojechali”.
Andy Kim należał do małej grupy byłych specjalistów od bezpieczeństwa narodowego, którzy przeszli do bezpośredniej polityki, ale zachował silne zainteresowanie obroną Ameryki i jej postawą wobec świata. Jako Amerykanin w drugim pokoleniu – jego rodzice imigrowali z Korei Południowej – spędził młodość na stanowisku cywilnego doradcy wojska, później był urzędnikiem średniego szczebla przy Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, gdzie zajmował się wyzwaniami, które, jak się zdawało, miały być głównym problemem dla jego pokolenia: zwalczaniem terroryzmu oraz demontażem wielkich amerykańskich ambicji w Afganistanie i Iraku.
Teraz zaś Kim – jak wielu członków tamtego establishmentu – musiał przygotować się na wkroczenie Stanów Zjednoczonych w nową erę konfliktu i rywalizacji. Obawiał się, że Tajwan stanie się punktem zapalnym – pionkiem nieszczęśliwie złapanym w krzyżowy ogień dwóch mocarstw, których retoryka może popchnąć je do wojny.
Przyznawał, że nie był do końca pewien, czy wyjazd Pelosi jest rozsądny. To jednak nie powstrzymało go przed dołączeniem do delegacji.
Częściowo dlatego, że chciałem pojechać kiedyś na Tajwan – powiedział mi. – Jeśli Stany Zjednoczone są w sytuacji, gdzie musimy w ogóle myśleć, co czeka Tajwan w przyszłości, to chciałem go najpierw zobaczyć na własne oczy. Zależało mi, by tam pojechać, nawiązać kontakty, zobaczyć, jaka jest gotowość bojowa tajwańskiego wojska.
Ponieważ Kim był cywilnym doradcą amerykańskich sił w Afganistanie i Iraku, upadek Kabulu rok wcześniej napełnił go zgrozą. Musiał się dowiedzieć, czy w przypadku chińskiej inwazji na Tajwan USA nie czekała powtórka z historii.
Lot SPAR19 2 sierpnia stał się małą internetową sensacją. Prawie trzy miliony ludzi śledziło jego trasę na stronie FlightRadar24, co na jakiś czas przeciążyło serwery. Wszyscy chcieli wiedzieć, czy Pelosi w ostatniej chwili wycofa się i nie poleci na Tajwan – albo nawet, jak sama spekulowała ze sporą dawką dramatyzmu, czy samolot nie „zostanie zestrzelony przez Chińczyków albo coś w tym rodzaju”.
Kim pamiętał, że na pokładzie panowała raczej cisza. Kiedy jednak samolot wkroczył w przestrzeń powietrzną Tajwanu, w trzech stolicach włączył się tryb kryzysowy.
DLA WASZYNGTONU lot Pelosi wydarzył się w najgorszym możliwym momencie. Od niemal sześciu miesięcy specjaliści od bezpieczeństwa narodowego prezydenta Bidena koncentrowali się na utrzymaniu Ukrainy w jednym kawałku. Teraz musieli się mierzyć z całkowicie realnym ryzykiem, że po drugiej stronie globu niemal bez ostrzeżenia wybuchnie konflikt wymagający obecności znacznych amerykańskich sił.
Toria Nuland wspominała później, że sierpień 2022 r. był „otrzeźwiającym doświadczeniem”. Ta sama grupka urzędników do spraw bezpieczeństwa narodowego kończyła spotkanie dotyczące wojny w Ukrainie i natychmiast udawała się na odprawę w sprawie zapobieganiu konfliktowi w Cieśninie Tajwańskiej.
Nie mogliśmy wiedzieć, jak ekstremalnie zareaguje ChRL na Pelosi – mówiła. – Musieliśmy zatem planować odpowiedzi na cały wachlarz możliwości, od publicznego narzekania i kilku przelotów wojskowych po prawdziwą próbę wywarcia fizycznej presji na Tajwan.
Niepokój budziła myśl, że Xi, dobrze rozumiejąc zaangażowanie Bidena w sprawę Ukrainy, może uznać ten moment za właściwy do wszczęcia operacji przeciwko Tajwanowi. Planiści Pentagonu nieustannie analizowali, czy Stany Zjednoczone są gotowe do prowadzenia dwóch wojen naraz, ale teraz pytanie było inne: czy będą w stanie poradzić sobie z dwoma kryzysami, w które zaangażowane będą dwa bardzo od siebie różne atomowe mocarstwa?
A w najgorszym razie czy damy sobie radę z oboma naraz – zastanawiała się wówczas Nuland.
W PEKINIE lot Pelosi postrzegano jako szansę na zmianę status quo panującego w przestrzeni powietrznej i na wodach wokół Tajwanu przez zamanifestowanie oburzenia i starannie zaplanowany odwet.
Pekin od miesięcy nieustannie publikował ostrzeżenia, że wizyta każdego ważnego amerykańskiego polityka, a zwłaszcza spikerki Izby Reprezentantów, spotka się z odpowiedzią. Było oczywiste, że sporo z tych wiadomości było przeznaczonych dla opinii publicznej, a w miarę jak zbliżał się termin wizyty, stawały się coraz bardziej stanowcze. Na ponury żart zakrawało, że jeden z najważniejszych chińskich dyplomatów, Liu Xiaoming, przedstawiał swoje stanowisko na Twitterze – platformie zablokowanej w Chinach.
Uważnie śledzimy trasę #Pelosi” – napisał. „Odwiedzając #Tajwan dokonałaby niedopuszczalnej ingerencji w wewnętrzne sprawy #ChRL, poważnie podważyłaby suwerenność oraz nienaruszalność terytorialną Chin, bezrefleksyjnie pogwałciłaby zasadę, że istnieją tylko #jedne-Chiny”.
Były redaktor „Global Times” – propagandowej tuby chińskich komunistów – wypowiedział się krócej:
Jeśli [Pelosi] odważy się zatrzymać na Tajwanie, to będzie to właściwa chwila na podpalenie lontu beczki prochu, jaką jest sytuacja w Cieśninie Tajwańskiej.
Była to podróż wystarczająco istotna, żeby omawiano ją na najwyższym szczeblu rządów obu krajów. Xi Jinping i Joe Biden na tydzień przed wyjazdem Pelosi rozmawiali przez telefon ponad dwie godziny, poruszając przy tym rozmaite tematy oraz prowadząc „obszerną dyskusję” o Tajwanie. Stany Zjednoczone nie zdradziły zbyt wiele z treści rozmowy, jednak Chińczycy nie zawahali się przed postawieniem sprawy jasno:
Chiny stanowczo przeciwstawiają się separatystycznym ruchom na rzecz »niepodległości Tajwanu« oraz ingerencji z zewnątrz i nigdy nie pozostawiają miejsca dla sił dążących do »niepodległości Tajwanu« w jakiejkolwiek formie (…). Kto igra z ogniem, ten spłonie. Mamy nadzieję, że Stany Zjednoczone widzą to wyraźnie.
Xi nie po raz pierwszy używał podobnej retoryki. W tamtym momencie wydawała się ona nad wyraz ostra.
Biały Dom stanowczo powtarzał, że rozmowa była planowana od jakiegoś czasu, Chińczycy zaś podkreślali, że chciał jej Biden. Jasne było jedynie, że prezydent starał się nawiązać osobiste kontakty dyplomatyczne z przewodniczącym ChRL oraz zapewnić współpracę w sprawach takich jak klimat czy zapobieganie ogniskom epidemicznym nawet w przypadku międzynarodowego incydentu.
Z danych zbieranych przez amerykańskie agencje wywiadowcze jasno wynikało, że chińscy wojskowi szykowali się na pokaz siły. Dostali pretekst, na który czekali od bardzo dawna, oraz szansę przykręcenia śruby Tajwanowi, tak by nie sprawiać przy tym wrażenia, że są agresorami.
W PAŁACU PREZYDENCKIM W TAJPEJ nikt nie przyglądał się reakcji Chin równie bacznie, co Alex Huang, jeden z najważniejszych sztabowców prezydent Tsai Ing-wen. Huang, kościsty, z charakterystyczną kozią bródką, cieszy się opinią człowieka, który praktycznie nie wychodzi z pracy.
Byłem w kancelarii prezydenckiej cały dzień – powiedział Huang. Mieści się ona w stylowym budynku w sercu Tajpej, niegdyś zajmowanym przez japońskie siły okupacyjne, dziś zaś przez sztab prezydent Tsai. – Przyglądaliśmy się lotowi Pelosi bez przerwy od startu aż po lądowanie.
Na ścianie biura Huanga wisi oprawiona w ramkę kopia deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych – milczący, ale wymowny znak jego postawy wobec niepodległości Tajwanu.
Wiele miesięcy później mówił mi, że tak naprawdę martwiło go, jak Chiny przykręcały śrubę Tajwanowi jeszcze przed wizytą Pelosi. W czerwcu Pekin ogłosił, że ma „suwerenność, prawa państwowe i jurysdykcję” w Cieśninie Tajwańskiej – innymi słowy, że nie tylko nie należy ona do Tajwanu, ale że bez zgody Chin inne kraje nie mogą tamtędy nawet przepływać. Później Huang przyglądał się dramatycznie rozszerzonym ćwiczeniom chińskich wojsk w regionie – podczas niektórych manewrów siły ChRL przemieszczały się nawet na obszarze zewnętrznego łańcucha mniejszych wysp zarządzanych przez Tajwan, biegnącego od terenów na północ od głównej wyspy aż po Malezję i Wietnam na południu.
Huang i jego współpracownicy znaleźli się w trudnym położeniu. Nie było wątpliwości, że Pekin dokona eskalacji w odpowiedzi na wizytę Pelosi, ale Tajwan nie mógł po prostu skapitulować. Chodziło o zasadę, że Pekin nie może decydować, z kim wolno się spotykać prezydent Tajwanu. Gdyby Tajpej ugięło się w tej sprawie pod naciskami z kontynentu, kto wie, jakie żądania nadeszłyby później.
Huang stwierdził dość rzeczowo, że dla Chin również był to „moment pełen napięcia”. Zaledwie kilka tygodni później odbywał się XX Zjazd Partii, na którym Xi miał zostać namaszczony na przywódcę kraju na kolejne pięć lat, a może dożywotnio. Huang wiedział, że w oczach Xi Jinpinga wizyta Pelosi stanowiła sprawdzian jego siły.
On musiał zareagować mocniej, niż to było konieczne – stwierdził Huang.
I od tej pory niepokoiła go myśl, że kłopoty zaczną się nie wtedy, gdy Pelosi będzie na wyspie, ale gdy znowu ją opuści.
ŻADEN KRYZYS nie zdarza się w próżni. Dla części chińskich przywódców najnowszy kryzys wokół Tajwanu wynikał nie z tego, że Pelosi wsiadła na pokład samolotu, ale że Biden – któremu bardzo często wyrywało się coś, czego nie powinien mówić – otwarcie i wielokrotnie zapewniał, iż w przypadku niesprowokowanej inwazji na wyspę Stany Zjednoczone wyślą do jej obrony swoje siły. Tajwan nie jest w tym samym położeniu co Ukraina – powtarzał prezydent dziennikarzom. Jest wyspiarską demokracją, stowarzyszoną z USA od dziesięcioleci i ojczyzną najważniejszej sieci wytworni układów scalonych na świecie.
Stany Zjednoczone wspierały Tajwan od lat, prowadząc politykę „strategicznej niejasności” – celowo nie precyzując, jak zareaguje Ameryka w przypadku chińskiej inwazji na wyspę. Chodziło o to, żeby zarówno ChRL, jak i Tajwan nie mogły przewidzieć, do czego może doprowadzić eskalacja konfliktu, co miało je do niej zniechęcić. Strategiczna niejasność dość skutecznie utrzymywała pokój od dziesięcioleci. Powstrzymywała zarówno Tajwańczyków przed zrobieniem pochopnego kroku, co doprowadziłoby do wojny, jak i Chińczyków przed realizacją planów inwazji.
W praktyce taka doktryna oznaczała, że ośmiu kolejnych prezydentów USA nie mówiło, jaka będzie reakcja USA w przypadku inwazji na Tajwan. Niemal automatycznie odpowiadali, że istnieją tylko „jedne Chiny”, a spór między Tajpej a Pekinem należy rozwiązać pokojowo. Tajwan nie powinien prowokować kryzysu ogłoszeniem niepodległości, a ChRL – próbą siłowego zajęcia wyspy.
Problem z doktryną polegał na tym, że nie tylko była trudna do rozszyfrowania – jakie zachowania stanowią prowokację? Czy cyberatak jest inwazją? – ale też do utrzymywania. Niejednoznaczność wymaga ciągłego dostosowywania retoryki i działań, a czasem nawet starannie zaaranżowanych demonstracji siły.
W pierwszych miesiącach po objęciu urzędu Biden ewidentnie martwił się, że niejasność zaczęła się rozwiewać, a Chiny uważają za niezwykle mało prawdopodobne, że Stany Zjednoczone przyjdą Tajwanowi z pomocą wojskową. Prezydentura Trumpa unaoczniła Chińczykom istnienie w USA sporej grupy wyborców popierających wycofanie się z kosztownych placówek wojskowych w Azji. O ile zaś Biden mówił o zaangażowaniu w azjatyckie sprawy, o tyle jego decyzja o odwrocie z Afganistanu podkreślała, że Amerykanie nie zapuszczają korzeni.
Uważał, że strategiczna niejasność z czasem uległa erozji – powiedział mi jeden z prezydenckich doradców w 2022 roku. Przez trzynaście miesięcy – od sierpnia 2021 roku do września 2022 roku – prezydent próbował zatem zasiać w umysłach chińskich decydentów niepewność, jak Ameryka odpowie na agresję wobec Tajwanu.
Zaczął od wywiadu udzielonego w chwili, gdy amerykańskie wojsko wycofywało się z Afganistanu. Pytany o Tajwan odpowiedział, że nikt nie powinien wątpić w gotowość administracji do obrony sojuszników, takich jak Japonia, Korea Południowa i Tajwan. Dodał, że względem nich Stany Zjednoczone mają „święte zobowiązania”. Być może właśnie ten zwrot wybrzmiał w Pekinie szczególnie przekonująco – bardzo odbiegał od sztampowych fraz poprzednich prezydentów.
W odróżnieniu od Japonii, Korei Południowej czy członków NATO Tajwan nie ma z Ameryką układu o wzajemnej obronie. Szczegóły pomocy wojskowej konsekwentnie pozostają nieustalone. Po komentarzu o „świętych zobowiązaniach” rzecznicy prasowi Białego Domu szybko zapewnili reporterów, że polityka USA nie uległa zmianie Sugerowali – choć nie wprost – że prezydent się przejęzyczył. To normalne. Cały Biden!
Ale powtórzył to w październiku 2021 roku. Stany Zjednoczone były „zobowiązane” stanąć w obronie wyspy. Tym razem z zapewnieniami, że Biden nie zmienia linii amerykańskiej polityki zagranicznej, zadzwonił do mnie wysoki rangą urzędnik administracji.
Kolejna deklaracja nadeszła podczas wizyty prezydenta w Tokio w maju 2022 roku. Stojąc u boku premiera Japonii, Biden zapewniał, że amerykańskie zaangażowanie w obronę Tajwanu stało się tylko „jeszcze silniejsze” po ataku Rosji na Ukrainę trzy miesiące wcześniej, sugerując, że w razie gdyby trzeba było bronić wyspy przed atakiem, wyśle na nią żołnierzy. Ten sam urzędnik administracji zadzwonił do mnie znowu, chichocząc z zakłopotaniem, że coraz trudniej było mu twierdzić, jakoby nic się nie zmieniło.
Wreszcie jesienią 2022 roku w wywiadzie dla programu 60 Minutes Biden powtórzył, że amerykańskie siły zbrojne stanęłyby w obronie Tajwanu, „gdyby rzeczywiście doszło do bezprecedensowego ataku” Prowadzący program zapytał, czy oznacza to, że – w odróżnieniu od sytuacji na Ukrainie – prezydent byłby gotów wysłać amerykańskich żołnierzy do otwartej walki z atomowym supermocarstwem.
– Tak – odpowiedział Biden.
Tym razem mój kontakt w Białym Domu nawet się nie trudził, by dzwonić z wyjaśnieniami.
Kto wie, co Biden albo jego następca faktycznie zrobiłby w razie kryzysu na Tajwanie. Planem minimum prezydenta było zmusić chińskich decydentów do zadania sobie tego pytania – żeby zawahali się, nim założą, że Stany Zjednoczone nie mają już woli albo zdolności do przemierzenia Pacyfiku w imię tak ogromnego zadania, jak obrona małego demokratycznego państwa sto sześćdziesiąt kilometrów od wybrzeża Chin.
BIDEN OCZYWIŚCIE NIE BYŁ pierwszym prezydentem, który musiał mierzyć się z kwestią Tajwanu. Był czternastym. Jednak przez siedemdziesiąt lat przed amerykańskimi decydentami nie otworzyły się żadne nowe, lepsze możliwości. Zmieniła się tylko stawka: w porównaniu z czasami Harry’ego Trumana i Dwighta Eisenhowera znaczenie wyspy dla świata wzrosło niezmiernie.
W latach pięćdziesiątych na górzyste tereny Tajwanu został wygnany generalissimus Czang Kaj-szek, przywódca nacjonalistycznej partii Kuomintang (KMT), który pod koniec II wojny światowej planował wspólnie z Rooseveltem i Churchillem pokonanie Japonii, ale wkrótce musiał stawić czoła wojnie domowej w Chinach. Był przywódcą brutalnym i autorytarnym. Utrzymywał w kraju stan wojenny – jego żołnierze zamordowali dziesiątki tysięcy cywilów i aresztowali kilkadziesiąt tysięcy innych. Nie pozwalał na istnienie swobód politycznych ani działanie wolnej prasy. Zaliczał się jednak do grona ulubionych dyktatorów amerykańskiego rządu, bo przeciwstawiał się komunistom rządzącym na kontynencie. W epoce efektu domina[1] Tajwan był kluczowym bastionem.
Prezydent Truman z początku nie interesował się szczególnie Tajwanem ani jego obronnością. Kiedy wojska Czang Kaj-szeka wycofały się na wyspę, Truman powiedział, że „nie wyśle pomocy wojskowej ani doradców siłom chińskim na Formozie” (tak brzmiała nazwa wyspy w czasach kolonialnych). Zakładał, że komuniści Mao Zedonga odbiją Tajwan w ciągu kilku miesięcy. Ale kiedy wybuchła wojna w Korei i obok Sowietów włączyli się w nią Chińczycy, zmienił zdanie. Wysłał amerykańską Siódmą Flotę do Cieśniny Tajwańskiej i uznał rząd w Tajpej za legalne władze Chin, po czym upewnił się, że to dla ludzi Czang Kaj-szeka, a nie Mao, zostanie zarezerwowane miejsce w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Na kilkadziesiąt lat najważniejszym celem amerykańskiej polityki zagranicznej stało się niedopuszczenie, by reszta Azji wpadła w ręce komunistów.
W wyborach prezydenckich w 1960 roku nikt nie był równie zafiksowany na odepchnięciu komunistów od Formozy co Richard Nixon. Podczas debat z Johnem F. Kennedym tłumaczył, że Stany Zjednoczone powinny były zrobić więcej dla obrony Matsu i Kinmen, dwóch wysepek należących do Tajwanu, które w latach pięćdziesiątych raz po raz były pod ostrzałem artylerii Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.
Dwanaście lat później sprawy przedstawiały się inaczej. Kiedy Nixon wyruszył w historyczną podróż do Chin w 1972 roku, kierowała nim przede wszystkim chęć powstrzymania ChRL i ZSRR przed połączeniem sił przeciwko USA. Ameryka formalnie uznała rząd w Pekinie za jedyną legalną chińską władzę w 1979 roku, za prezydentury Jimmy’ego Cartera. Stany Zjednoczone nagle musiały na nowo zdefiniować swoje stosunki z Tajwanem, który z punktu widzenia Amerykanów i amerykańskiego prawa był już nie prawdziwym krajem, ale samotną wyspą – w każdym tego słowa znaczeniu.
Od czterdziestu lat Tajwan trwa w niewygodnym zawieszeniu. Ma dyplomatów w Stanach Zjednoczonych, ale nie może nazwać swojej placówki w Waszyngtonie „ambasadą”. Kupował i kupuje amerykańskie uzbrojenie, ale został przestrzeżony, że nie powinien prowokować Chin ogłoszeniem niepodległości. Jak określa to Ustawa o stosunkach z Tajwanem (Taiwan Relations Act) z 1979 roku, celem amerykańskiej polityki jest „utrzymanie zdolności Stanów Zjednoczonych do oparcia się jakiemukolwiek użyciu siły albo innych form przymusu, które zagroziłyby bezpieczeństwu lub ustrojowi społecznemu bądź gospodarczemu mieszkańców Tajwanu”.
Niejasna natura tych zobowiązań tylko pogłębia niezręczność odczuwalną w wypowiedziach amerykańskich oficjeli na ich temat. Ustawa zapewnia na przykład obronę mieszkańcom Tajwanu, ale nic nie mówi o samej wyspie. Na każdym spotkaniu z przedstawicielami ChRL Amerykanie powtarzają jak mantrę te same frazesy: są tylko jedne Chiny, a Tajwan i kontynent powinny rozwiązać spór między sobą pokojowo. Następnie mechanicznie wyliczają „sześć zapewnień” i „trzy komunikaty”, które zarządzają stosunkami Pekinu z Tajpej.
Mogę je wymienić przez sen – powiedział mi jeden z doradców Bidena.
Kiedy pod koniec lat 80. pierwszy raz jechałem do Tajpej, było jasne, że Tajwańczycy bardziej przejmują się swoimi wewnętrznymi sporami i przejściem od rządów autorytarnych do demokracji niż perspektywą wymuszonego zjednoczenia z kontynentem. Stan wojenny został zniesiony, a młodsze pokolenia zaczęły myśleć o sobie jako o Tajwańczykach, nie Chińczykach – ta narodowa tożsamość stawała się coraz silniejsza. Powstała też prawdziwa opozycja w postaci Demokratycznej Partii Postępu, często bez zahamowań wysuwająca dążenia do prawdziwie niepodległego Tajwanu.
Jednak największe być może wyzwanie stojące przed wyspą nie było wtedy dobrze rozumiane. Rok po śmierci Czang Kaj-szeka w 1975 roku jego rząd przekonał gigantyczny amerykański koncern elektroniczny RCA, by zaczął uczyć Tajwańczyków produkcji wyrobów półprzewodnikowych. W dużej mierze dzięki temu Tajwan stał się czterdzieści lat później tak istotny dla całego świata. Gdyby przestał istnieć – albo został obrócony w zgliszcza przez chińską artylerię – cyfrowa gospodarka padłaby na kolana.
Kiedy w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych na wyspie wykształcała się prawdziwa polityka, nawiązano też realne stosunki – i handel – z kontynentem. Zaczęły się spotkania półoficjalnych delegacji. W 1992 roku w Hongkongu wypracowano próbny model stosunków politycznych – w żadnym wypadku nie było mowy o uznaniu jednego kraju przez drugi, ale powstały ogólne ramy dyktujące relacje między nimi przez następne trzydzieści lat.
Nazywam to „twórczą wieloznacznością” – powiedział Su Chi, były funkcjonariusz Kuomintangu, który najpierw sprawował urząd ministra do spraw relacji Tajwanu z kontynentalnymi Chinami, a potem szefa rady bezpieczeństwa narodowego kraju.
Według niego podstawą wieloznaczności jest fakt, że obie strony zgadzają się co do istnienia tylko jednych Chin, ale każda po swojemu interpretuje to stwierdzenie.
Dzięki temu porozumieniu kiełkujące stosunki handlowe błyskawicznie rozkwitły. Chiny stały się jednym z największych partnerów handlowych Tajwanu – co stanowiło spory wyczyn, skoro do 2003 roku bezpośrednie loty między tymi krajami były niedozwolone (konieczna była przesiadka na przykład w Hongkongu). W ciągu dziesięciu lat ChRL stała się największym rynkiem zbytu dla eksportowanych tajwańskich towarów. Su powiedział, że kluczem było zachowanie utrzymanie „przestrzeni dla niejednoznaczności” przez decydentów w Tajpej i Pekinie. Przyznawał, że była ona „niejasna”, ale za to wystarczająco dwuznaczna, by Chiny zgodziły się, że mogą działać na tej podstawie.
Kiedy wspominał tamtą epokę, Su Chi przede wszystkim zwracał uwagę, w jak niewielkim stopniu Chinom zależało na realizacji roszczeń terytorialnych do Tajwanu. Dopóki wszyscy korzystali na handlu, nie było pośpiechu. Tajwan z kolei nauczył się żyć z tym, że dopóki nie ogłosi niepodległości, może istnieć w dwóch światach naraz – i sporo na tym zarobić.
Był to doskonały kompromis bez kompromisu. Su przez wiele lat uważał, że Tajwan naprawdę będzie w stanie zawisnąć między supermocarstwami, zaopatrując oba i nie wiążąc się z żadnym. W miarę jak zmieniałaby się równowaga sił, tak wyspiarze zmienialiby sojusze i strategie. Bardzo we francuskim stylu.
Oczywiście nie mogło to trwać wiecznie. Po kilkudziesięciu latach delikatna polityczna równowaga, utrzymująca się głównie dzięki wzajemnym korzyściom gospodarczym, zaczęła się kruszyć. Wolumen handlu rósł, jednak zarazem ChRL wykorzystywała swoje ekonomiczne wpływy do zmuszania kolejnych krajów do zerwania stosunków dyplomatycznych z Tajwanem i uznania jej za jedyne prawdziwe Chiny. Oficjalne relacje z Tajwanem utrzymywały już tylko Watykan oraz kilkanaście innych małych państw, odrywanych przez Pekin jedno po drugim.
Krytycznym momentem okazała się konsolidacja władzy przez Xi Jinpinga. Z czasem stało się jasne, że analitycy amerykańskiego wywiadu, którzy twierdzili, że nowy przewodniczący skupi się na gospodarce i unikaniu konfliktów, byli w błędzie. Xi za wszelką cenę chciał podporządkowania peryferiów – zaczynając od Tybetu, Hongkongu i zamieszkanego w większości przez muzułmanów regionu Sinciang. Kiedy w 2020 roku ostatecznie zostały zmiażdżone uliczne protesty w Hongkongu, było już oczywiste, że Tajwan może być następny w kolejce.
Su powiedział mi też, że Tajwańczycy przecenili swoją siłę i zbliżyli się do Stanów Zjednoczonych za bardzo i za szybko. Dialog z kontynentem ustał, gdy urząd objęła prezydent Tsai z Demokratycznej Partii Postępu. Natychmiast stało się oczywiste, że nie podobał jej się niejasny konsensus wypracowany w 1992 roku. Su uważał to za błąd.
Zawsze trzeba dawać Chinom nadzieję – powiedział. – „Tak, oczywiście, wyjdę za ciebie. Ale nie teraz” – zobrazował.
Rzecz jasna, sojusznicy Tsai twierdzą, że Kuomintang składa się z apologetów ChRL gotowych sprzedać kraj Pekinowi.
Według Su większym problemem było jednak gwałtowne pogorszenie się stosunków amerykańsko-chińskich, które pod koniec prezydentury Trumpa dokumentnie się rozsypały.
Macie w rządzie wielu „młodoturków” – powiedział Su. Miał na myśli radykałów z misją dramatycznej zmiany status quo.
To prawda, że amerykańskie partie polityczne prześcigały się w krytyce Chin. Ale zarazem Pekin wykorzystywał swoją pozycję, zniechęcając regionalnych sprzymierzeńców i potencjalnych partnerów lichwiarskimi kredytami, ewidentnym manipulowaniem standardami międzynarodowymi i przemocą wobec własnych obywateli. W miarę zaś, jak rosły napięcia, ryzyko wymuszonego zjednoczenia Tajwanu z Chinami albo nawet inwazji na wyspę stawało się coraz bardziej realne.
W taką właśnie przestrzeń wlatywała Nancy Pelosi.
HUANG OBSERWOWAŁ ze swojego biura w pałacu prezydenckim lądowanie Pelosi na lotnisku Songshan w Tajpej godzinę przed północą 2 sierpnia. Chińskie wojsko trzymało się z dala od jej samolotu, wyraźnie nie chcąc sprowokować natychmiastowego kryzysu albo ryzykować bezpośredniego starcia z Siłami Powietrznymi USA.
To nie był najłatwiejszy dzień w jego karierze. W całym kraju szalała dezinformacja. Ktoś włamał się do systemu państwowego uniwersytetu i ustawił na monitorach napis „Na świecie są tylko jedne Chiny”. W sklepach sieci 7-Eleven telewizory wyświetlały wezwanie „Podżegaczka wojenna Pelosi, precz z Tajwanu”. Cyberataki – wprawdzie dość toporne – wymierzono też w komputery rządowe w kancelarii prezydent Tsai oraz Yuanie Legislacyjnym, czyli tajwańskim parlamencie.
W sieci rozpleniły się pogłoski, że lada moment mają wybuchnąć krwawe starcia albo nawet otwarta wojna. Jedno z doniesień przestrzegało, że rozpoczął się ostrzał chińskiej artylerii, inne – że Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza rozlokowała żołnierzy na drugim brzegu Cieśniny Tajwańskiej (wykorzystując do tego zdjęcie z manewrów wojskowych Korei Północnej z 2017 roku). Mówiono, że koło wyspy przeleciały trzy amerykańskie samoloty bojowe (co było nieprawdą). Później krążyły opowieści o penetracji tego dnia tajwańskiej strefy identyfikacji obrony powietrznej przez ponad dwadzieścia chińskich maszyn wojskowych (to akurat prawda, ale kraje regionu są tak blisko siebie, że strefy identyfikacji Chin, Tajwanu, Korei i Japonii nakładają się na siebie).
Pelosi nie okazywała jakiegokolwiek niepokoju, gdy schodziła na płytę lotniska w doskonałej – jak zwykle – fryzurze, różowej garsonce, perłach i białych szpilkach. Port lotniczy otoczyły tłumy powiewające amerykańskimi flagami i transparentami z wyrazami poparcia, tworząc atmosferę parady. Były też protesty, jak spostrzegł reprezentant Kim przy wysiadaniu z samolotu. Powiedział, że to wręcz podnosiło na duchu jako znak autentycznej demokracji.
Następnego dnia Pelosi pojawiła się u boku prezydent Tsai w sali przewidzianej do przyjmowania zagranicznych gości w budynku kancelarii. Wygłoszone uwagi były jedynie formalnością – znaczenie wizyty polegało na tym, że się w ogóle odbyła, a nie na tym, co zostało powiedziane.
Tsai bardzo umyślnie połączyła lekcje z wojny w Ukrainie z sytuacją Tajwanu.
Rosyjska inwazja na Ukrainę na początku tego roku skupiła uwagę całego świata na bezpieczeństwo w Cieśninie Tajwańskiej – powiedziała. – Agresja wobec demokratycznego Tajwanu miałaby ogromne konsekwencje dla bezpieczeństwa całego Indo-Pacyfiku.
Nasza solidarność z wami jest ważniejsza niż kiedykolwiek, gdy bronicie Tajwanu i jego wolności – odpowiedziała Pelosi.
Dodała, że jej wizyta miała podkreślić „bardzo silny kontrast” między tajwańską demokracją a „tym, co dzieje się w Chinach kontynentalnych”. – Za dowód niech wystarczy, co się stało w Hongkongu z hasłem „jeden kraj, dwa systemy”. Nigdy nie weszło w życie”.
Nie powiedziała nic, czego nie mówiłyby wcześniej setki amerykańskich oficjeli. Ale ze względu na miejsce, w którym padły te słowa, rozpoczął się dyplomatyczny koszmar.
GDY PELOSI LĄDOWAŁA na Tajwanie, R. Nicholas Burns – doświadczony amerykański dyplomata pełniący funkcję ambasadora w Pekinie – wiedział, że pierwsza salwa chińskiego rządu będzie wymierzona właśnie w niego. Ale przynajmniej oznaczało to, że dla odmiany skontaktuje się z nim ktoś liczący się w ministerstwie spraw zagranicznych.
Od przyjazdu do Pekinu w marcu 2022 roku Burns mieszkał niejako w złotej klatce, którą był dom ambasadora USA – starzejąca się, lecz elegancka rezydencja z lat siedemdziesiątych, gdy amerykańskie interesy reprezentował w stolicy Chin George Bush senior. Dziwna mieszanka pandemicznych lockdownów i umyślnego ignorowania przez Chińczyków najważniejszego przedstawiciela administracji Bidena w Chinach – ponieważ uważali, że tak samo traktowany jest ich ambasador w Waszyngtonie – bardzo ograniczyła kontakty Burnsa z chińską wierchuszką w porównaniu z tym, do czego przyzwyczaił się na placówkach w innych krajach.
Nie ulegało wątpliwości, że Burns był jednym z najbardziej doświadczonych dyplomatów w Ameryce. Był ambasadorem przy NATO w najmroczniejszych dniach niekończących się amerykańskich wojen na Bliskim Wschodzie i próbował wtedy przekonać Europejczyków do pomocy w pacyfikacji i odbudowie Afganistanu. Był architektem pierwszych prób izolacji Iranu, które, jak liczył, miały być mieszanką zniechęcania, odstraszania oraz zachęt gospodarczych we właściwych proporcjach, by odciągnąć Irańczyków od budowy broni atomowej. Po trzynastu latach poza dyplomacją, które spędził jako wykładowca na Harvardzie, wrócił do poprzedniego zawodu, jednak tym razem w kraju, którego stosunki ze Stanami Zjednoczonymi pogarszały się z dnia na dzień, w miarę jak chińscy dyplomaci i wojskowi powtarzali, że Stany Zjednoczone wkroczyły w epokę nieodwracalnego schyłku. Kiedy żona Burnsa Libby zapytała go, co uznałby za sukces na swoim nowym stanowisku, odpowiedział: „Jeśli unikniemy wojny”.
Jednak wykonywanie tej misji wymagało spotkań i rozmów z chińskimi urzędnikami, którzy pomimo wszystkich różnic między oboma krajami należeli do „najciężej pracujących i najlepiej przygotowanych” dyplomatów na świecie – w jego własnej ocenie. Ale do tych spotkań nie dochodziło.
Moje pierwsze dziesięć miesięcy tutaj zdominował koronawirus, dopiero potem władze zniosły protokół „zero COVID” – powiedział mi Burns.
Miał na myśli chińską strategię maksymalnego tłamszenia pandemii. Nie licząc pracowników ambasady, Burns nie miał zbyt często szans na spotkanie ze zwykłymi Chińczykami, więc wymyślił nowatorskie rozwiązanie. Korzystając z wprowadzonych w Pekinie regularnych obowiązkowych testów na COVID, Burns wychodził poza wysokie mury ambasady i stawał w kolejce z mieszkańcami swojej dzielnicy, co dawało mu okazję do rozmów z dyplomatami, kurierami, studentami i pracownikami biurowymi czekającymi na badanie. Zostało to zauważone w chińskich mediach społecznościowych: szefostwo partii komunistycznej witano czerwonymi dywanami, a Burns stał w ogonku jak cała reszta.
Uważałem za bardzo ważne pokazanie mieszkańcom Chin, że przeżywamy te same trudności – powiedział.
Jego rzadkie spotkania z chińskimi urzędnikami nie były szczególnie produktywne. W marcu 2022 roku, kiedy miał przedstawić swoją akredytację szefowi protokołu chińskiego ministerstwa spraw zagranicznych, spodziewał się tradycyjnego przyjęcia: uścisku dłoni, może krótkiej rozmowy przy herbacie i wymiany uprzejmości. Tymczasem musiał wysłuchać starannie przygotowanej tyrady chińskiego oficjela.
Krytykował Stany Zjednoczone i NATO, obarczając je winą za wybuch wojny w Ukrainie – wspominał Burns.
Było to echo linii pojawiającej się wówczas w chińskiej prasie: USA i NATO doprowadziły Rosjan do inwazji przez rozszerzenie Sojuszu na przełomie tysiącleci.
Rzuciliśmy wyzwanie Putinowi – opowiadał Burns o tym, co usłyszał w chińskim ministerstwie. – Zraniliśmy jego uczucia i spowodowaliśmy wojnę, która wybuchła prawie dwadzieścia lat później.
Odpierał te ataki, korzystając ze swojego doświadczenia w roli ambasadora przy NATO i punktował braki w oficjalnej chińskiej narracji. Ale wiedział, że Chińczycy postawili na wersję wydarzeń bardzo podobną do tej, którą przedstawiał Putin.
Pięć miesięcy później, gdy Pelosi lądowała w Tajpej, Burns czekał na nieuchronny wybuch gniewu chińskich dyplomatów – tym razem pewnie wyższych stopniem – a w następstwie kolejny etap upadku relacji Waszyngtonu z Pekinem. Nie wiedział, jak poważna będzie reakcja Chińczyków albo czy Xi wykorzysta ten moment do zmiany status quo w Cieśninie Tajwańskiej.
Zgodnie z oczekiwaniami w nocy 2 sierpnia Xie Feng, jeden z wiceministrów spraw zagranicznych ChRL, wezwał Burnsa do ministerstwa o godzinie 22:45 – w momencie planowanego lądowania samolotu Pelosi – żeby udzielić mu ostrej reprymendy. Ambasador spodziewał się tego zaproszenia – specjalnie wrócił wcześniej z wakacji z żoną i wnukami na wybrzeżu Nowej Anglii, żeby zdążyć odbyć przepisowe dziesięć dni kwarantanny w Szanghaju i dojechać do Pekinu na czas.
Burns wiedział, że skrajnie niedogodna godzina spotkania nie jest przypadkowa. Ale zgodnie z konwencją dyplomatyczną ambasador wezwany na démarche musi z uśmiechem iść na dywanik. Xie twierdził, że Stany Zjednoczone nie traktują swoich porozumień z Chinami poważnie i otwarcie podsycają bunt na Tajwanie.
Już od jakiegoś czasu Stany Zjednoczone mówią jedno, a robią coś przeciwnego, nieustannie zniekształcając, zmieniając, przesłaniając i pozbawiając realnego znaczenia zasadę jednych Chin, żeby przekroczyć dopuszczalne granice postępowania” – usłyszał Burns od Xie ewidentnie przygotowaną wcześniej połajankę. „Kto igra z ogniem, ten spłonie. Tajwan należy do Chin i prędzej czy później wróci w ramiona macierzy”.
Treść rozmowy natychmiast stała się znana wszystkim zainteresowanym, bo opublikowały ją chińskie władze – a przynajmniej ich stronę konwersacji. Oczywiście pominięto odpowiedź Burnsa, który powiedział, że w amerykańskiej demokracji władza wykonawcza nie kontroluje ustawodawczej, a więc Pelosi może robić, co uważa za stosowne. Nie złożył przeprosin, których domagał się Xie, oraz odrzucił argument, że Stany Zjednoczone ponoszą wyłączną odpowiedzialność za rosnące napięcia w regionie. To w końcu Chiny nękały Tajwan cyberatakami i przelotami odrzutowych myśliwców. Zarzucił Xie, że Pekin nigdy nie przepuszcza okazji, by zareagować niewspółmiernie do skali problemu.
Jednak wychodząc z budynku, Burns z nostalgią wspominał czasy, kiedy wraz z większością amerykańskich dyplomatów sam stał po stronie dialogu z Chinami. Porzucił to podejście w 2010 roku po wizycie w Centralnej Szkole Partyjnej – prowadzonym przez rząd think tanku – która przekonała go, że ChRL wybrała inną drogę. Teraz wierzył, że najlepszym krokiem jest umocnienie sojuszy z krajami sprzyjającymi Ameryce – choć wiele z nich miało ustrój niedemokratyczny albo demokrację mocno kulawą. Układy międzynarodowe były jedynym liczącym się źródłem dodatkowej siły. Burns był pewien, że w świecie, który opierałby się na chińskim systemie operacyjnym zamiast na amerykańskim, znacznie więcej krajów niepokoiłoby się o swoją przyszłość.
WIZYTA PELOSI zakończyła się bez sygnałów wskazujących na bezpośrednie zagrożenie chińskim atakiem. Jeden z ważniejszych członków tajwańskiej legislatywy powiedział mi, że może „Chiny są tylko papierowym tygrysem”.
Ale spokój nie potrwał długo. Już kilka godzin po odlocie Pelosi rozpoczęły się manewry chińskich okrętów i samolotów wojskowych na Morzu Południowochińskim, podczas których wyspa została okrążona i przeprowadzono – według oficjalnych chińskich mediów – ćwiczebne desanty morskie, ostrzały artyleryjskie, starcia powietrzne oraz „izolowanie połączonymi siłami”. Na wodach wokół Tajwanu wystrzelono jedenaście rakiet balistycznych – nic podobnego nie zdarzyło się od 1996 roku. Chińczycy przekroczyli przy tym linię mediany Cieśniny Tajwańskiej – nieformalną granicę, którą wcześniej z reguły respektowali.
Tajwan nie nagłaśniał tych zdarzeń. Publicznie powiedzieli o nich dopiero Japończycy, ponieważ pięć rakiet wylądowało w ich wyłącznej strefie ekonomicznej.
Nie chcieliśmy siać paniki – powiedział mi Huang, gdy zapytałem, skąd taka powściągliwość Tajwańczyków. Dodał też, że według wojskowych rakiety leciały na takiej wysokości, gdzie, technicznie rzecz biorąc, nie naruszyły tajwańskiej przestrzeni powietrznej.
Przez kolejny tydzień pięćdziesiąt chińskich okrętów i ponad dwieście samolotów prowadziło skomplikowane manewry w samym środku cieśniny. Przekaz był jasny: Chiny dały przedsmak tego, co nastąpi, jeśli postanowią kiedykolwiek zająć wyspę siłą albo wywrzeć na nią presję – choćby przez przecięcie podmorskich kabli łączących ją ze światem.
W WASZYNGTONIE wizyta Pelosi zeszła na boczny tor, gdy tylko media znalazły inny temat. Na Pacyfiku było inaczej – tam powrót do status quo okazał się niemożliwy. Pekin zaprzestał wystrzeliwania rakiet nad Tajwanem, ale nie pozostawił wątpliwości, że linia mediany już nie obowiązuje. Naruszenie wyłącznej strefy ekonomicznej Japonii wysłało sygnał, że nie jest już ona wcale tak wyłączna. Okrążenie wyspy miało być znakiem, że jej wody są de facto chińskie.
Mniej więcej w tym samym czasie po Waszyngtonie zaczęła krążyć nowa analiza – przygotowana głównie przez CIA – według której chińscy decydenci mogli przyspieszyć plany zajęcia Tajwanu. Do tego czasu amerykański rząd zakładał, że wojsko ChRL będzie do tego gotowe najwcześniej w 2027 roku – Xi nakazał swoim generałom zakończyć wszystkie przygotowania do tej daty.
Zdaniem analityków CIA ta koncepcja odeszła w niebyt. Chiny prawdopodobnie przestraszyły się sugestii zrobienia z Tajwanu „jeżozwierza” uzbrojonego po zęby, naszpikowanego rakietami ziemia-woda i minami morskimi oraz ze wzmocnioną infrastrukturą komunikacyjną, co uniemożliwiłoby odcięcie wyspy. Xi Jinping musiał zakładać, że zdolność Tajwańczyków do obrony będzie rosnąć szybciej niż możliwości ofensywne Chińczyków.
Jednak w administracji Bidena wykształcił się inny nurt myślenia. Wzrost gospodarczy Chin dramatycznie zwalniał. Xi mógł chcieć zademonstrować, że jest w stanie zająć Tajwan, ale nie było wcale oczywiste, że w najbliższej przyszłości zaryzykowałby taki ruch, zwłaszcza jeśli reakcja Zachodu na inwazję byłaby porównywalna do tej po ataku na Ukrainę. Biden powiedział później, że Xi miał i tak pełne ręce roboty, a prywatnie zasugerował, że chińskim przywódcom bardziej zależało na tym, by USA odwiodły nowy tajwański rząd, obejmujący władzę w 2024 roku, od ogłoszenia niepodległości, co nie pozostawiłoby Pekinowi wyboru.
[1] Teoria w amer. polityce zagranicznej w czasach zimnej wojny stanowiąca, że zwycięstwo rewolucji komunistycznej w jednym państwie naraża na nią kraje sąsiednie, używana na uzasadnienie m.in. interwencji w Korei i Wietnamie.
POWYŻSZY FRAGMENT BYŁ JEDNYM Z ROZDZIAŁÓW KSIĄŻKI NOWE ZIMNE WOJNY, KTÓRA JEST DOSTĘPNA POD LINKIEM.





