Niemieckie kłamstwa o polskiej gospodarce. Niszczymy manipulacje [ANALIZA]
Niemiecki ekspert przewiduje bankructwo Polski. Problem w tym, że kłamie i kompletnie nie zna się na ekonomii

Niedawno niemiecki dziennik Berliner Zeitung opublikował na swoich łamach tekst, opisujący sytuację społeczno-gospodarczą Polski. Artykuł można opisać jako stek bzdur i manipulacji lub zwykłego niezrozumienia tematu. Tak czy inaczej, należy sprowadzić niemiecką narrację na ziemię.
Niemiec śmieje się z polskiej gospodarki
Tekst pod tytułem Donald Tusk ist nicht der Drachentöter des Populismus – sondern sein Opfer został opublikowany przez Klausa Bachmanna w połowie lipca tego roku. Klaus jest wykładowcą na wydziale nauk społecznych jednej z niepublicznych warszawskich uczelni. Prowadzi tam zajęcia z integracji europejskiej, historii najnowszej, biznesu międzynarodowego i sprawiedliwości tranzycyjnej. Jego obszarami badawczymi są politologia oraz historia. Muszę przyznać, że zainteresowania badawcze są bardzo zbieżne z moimi, jednak swoją edukację rozszerzyłem również o ekonomię dla lepszego zrozumienia mechanizmów w naukach społecznych. Bachman niestety tezami w swoim tekście pokazał, że ekonomia nie jest jego nauką wiodącą.
Niemiecki ekspert wskazuje, że Niemcy przez 8 lat traktowali Polskę jak pariasa. Wszystko miało zmienić dojście Koalicji Obywatelskiej do władzy. Jego zdaniem oznaczało to „powrót do Europy”, chociaż Polska nigdy z niej nie odchodziła. Zauważa, że nasze państwo w porównaniu do innych krajów Europy odnotowało w 2024 roku jeden z większych wzrostów PKB we Wspólnocie, a i w 2025 roku także będziemy jednym z liderów. Z pewną szyderą odnosi się do zwiększonych wydatków na zbrojenia za rządów PiS, ale także obecnych. Niebezpośrednio wyśmiewa także opinie zagranicznej prasy o wzroście pozycji Polski w NATO i UE. Bachman pisze także:
Zobacz także: Polska uzależnia się od Ukrainy. To nasz główny dostawca rudy żelaza
A odkąd Donald Tusk doszedł do władzy nad Wisłą, interesy Polski są konsekwentnie, ale elegancko reprezentowane w Brukseli, a gospodarka znów kwitnie.
Z drugiej strony, to trochę jak żaba Wilhelma Buscha: Wyzdrowieje, ale pali. To ciemna strona tej pięknej baśni o Polsce: Żaba zaraz zachoruje na raka płuc. Bo za piękną fasadą silnego wzrostu gospodarczego, niskiego bezrobocia, wysokich wydatków na zbrojenia i proeuropejskiego wizerunku narasta kryzys finansowy, równie niebezpieczny, jak grecki kryzys euro sprzed 15 lat. I ma niemal dokładnie te same przyczyny. (tłumaczenie redakcji)
Pierwsza sprawa. W porównaniu do innych państw Europy polska gospodarka kwitła przed pandemią, a także odnotowywała rekordowe odbicie po pandemii. Wynikało to m.in. ze struktury naszej gospodarki, stymulacji fiskalnej, która zapewniła przede wszystkim utrzymanie miejsc pracy, a także odpowiedzialnej polityki monetarnej prowadzonej przez nasz bank centralny, który w okresie spowolnienia obniżył stopy procentowe, co uniemożliwiło załamanie konsumpcji oraz inwestycji, a w okresie szoków podażowych i wojny na Ukrainie ważył decyzje względem ograniczenia inflacji, a niedoprowadzeniem do nadmiernego ochłodzenia aktywności gospodarczej.
Dokładnie decyzje NBP i innych banków centralnych, z przytoczeniem badań instytucji międzynarodowych przedstawiliśmy w raporcie mojego autorstwa: Kryzys inflacyjny w Polsce – przyczyny, przebieg i skutki [RAPORT OG]. Dodatkowo porównując polską i niemiecką sytuację gospodarczą, w naszym przypadku jest korzystniejsza. Jak widzimy na poniższym wykresie, nie tylko zdołaliśmy odbudować się po kryzysie, ale jesteśmy jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek, w czym pomogły nam wcześniej wspomniane mechanizmy. Niemcy z kolei są na samym dnie stawki z gigantycznymi strukturalnymi problemami.

Polska na progu kryzysu finansowego
Druga część cytatu wskazuje, że tak naprawdę Polska znajduje się w katastrofalnej sytuacji finansowej i niedługo nasze państwo załamie się, tak samo jak miało to miejsce w przypadku Grecji. Obecnie, po latach nietrafionych predykcji analityków związanych z Forum Obywatelskiego Rozwoju, straszenie „drugą Grecją” jest w Polsce nie tylko nie brane na poważnie co wyśmiewane. Grecja latami fałszowała swoje dane ekonomiczne, całkowicie uzależniła swój bilans handlowy od podmiotów zagranicznych, głównie niemieckich. Według doktora Michała Możdżenia to przede wszystkim kryzys bilansu handlowego doprowadził do sytuacji Grecji. Dodatkowo ostateczną przyczyną całkowitego bankructwa było wejście Grecji do strefy euro, czyli całkowita rezygnacja z własnej waluty i zadłużanie się w walucie obcej (dług zewnętrzny również wcześniej był wysoki).
Różne aspekty związane z utratą suwerenności monetarnej po przyjęciu euro takiej jak utrata konkurencyjności międzynarodowej, czy prawdziwa możliwość bankructwa zawarłem w tekście: „Rzeczpospolita” publikuje artykuł o euro, który jest bzdurą. Przedstawiamy fakty. W dalszej części artykułu będę wracał do badań i informacji zawartych w tym tekście. Nasze dane o zadłużeniu były i są jawne. Po kryzysie strefy euro ewidencja długu EDP jest bardziej restrykcyjna, nasze zadłużenie zewnętrzne jest względnie niewielkie, a dzięki naszym rezerwom, w tym ponad 500 ton złota w NBP (wartość to około 200 mld złotych), moglibyśmy je spłacić od ręki. Nasz bilans handlowy również nie jest powodem do szczególnych obaw.
Zobacz także: Polska się wyludnia. Przebiliśmy kolejną barierę, a za kilkadziesiąt lat ma nie być połowy z nas
Dlaczego więc mielibyśmy doświadczyć kryzysu zadłużenia? Prawda, nasz deficyt budżetowy w ostatnich latach jest naprawdę wysoki, w kolejnych także najpewniej taki zostanie. Według przewidywań w 2028 roku mamy przekroczyć poziom zadłużenia 70% PKB. Jest to dynamiczny wzrost wymagający poprawy (najlepiej za sprawą wyższego wzrostu gospodarczego i wydatków inwestycyjnych w postaci CPK czy elektrownia jądrowa), jednak znacznie więcej państw posiada zadłużenie w okolicach 100% PKB, a ich finanse pozostają stabilne.
Największym zagrożeniem dla naszego wzrostu gospodarczego może być polityka austerity narzucona przez Komisję Europejską i procedurę nadmiernego deficytu, którą została objęta Rumunia. Szybko odbiło się to na jej perspektywach gospodarczych, co opisałem w artykule: Rumunia z tragicznymi prognozami. Ich sen o dogonieniu Polski staje się marzeniem. Zdaniem niemieckiego publicysty odpowiedzialne za nasze niechybne bankructwo mają być programy społeczne.
Świadczenia społeczne przyczyną upadku Polski?
Pierwszym programem pod ogniem krytyki było 500+:
Dokładny cel tego zasiłku nigdy nie został wyjaśniony, ale został on pochwalony zarówno przez prawicę, jak i lewicę jako przełomowe świadczenie socjalne. Niesłusznie: niezależnie od tego, czy celem było zwalczanie ubóstwa dzieci, czy podniesienie wskaźnika urodzeń, wystarczyłoby ograniczyć wypłatę dla rodzin w potrzebie. Dla polskich rodzin z klasy średniej i zamożnych nowy zasiłek rodzinny był zbyt mały, aby mieć jakikolwiek wpływ.
Makroekonomicznie działał jak zwrot lub obniżka podatku, ale dla całego społeczeństwa okazał się katastrofalny: zamiast oferować więcej i lepszych usług publicznych, a tym samym zmniejszać przepaść społeczną między bogatymi a biednymi, państwo rozdawało gotówkę. (…) Zamiast zwiększać liczbę żłobków i przedszkoli na wsi, państwo rozdawało pieniądze tamtejszym matkom, aby bardziej opłacało im się samodzielnie opiekować dziećmi niż szukać pracy – a wszystko to w czasie, gdy to samo państwo narzekało na ogromny niedobór siły roboczej, ale uparcie odmawiało sprowadzania pracowników z zagranicy, stygmatyzując ich jako potencjalnych terrorystów.
W tym fragmencie widzimy ogrom zwykłych kłamstw. Zaczynając od ograniczenia w wypłatach. Dla wielu osób jest to sensowne i sprawiedliwie podejście. Jednak powszechność programu jest jego zauważalnym atutem. Krańcowa wartość złotówki dla rodzin o różnym statusie jest oczywiście różna. Dlatego pomaga bardziej biednym niż bogatym, jednak uproszczona forma pozwoliła znacząco ograniczyć koszty obsługi programu, a polskie dzieci są traktowane równo.
Warto wspomnieć, że idea bezwarunkowego dochodu na dzieci ma dłuższą historię niż polskie 500+. W okresie odbudowy RFN po II Wojnie Światowej niemieccy ordoliberałowie, opierając się na decyzjach technokratów, wprowadzili program z wyliczeniem konkretnego odsetka pensji w tamtym okresie. Miało to na celu nie tylko poprawę dzietności i poziomu życia, ale także działanie jako mnożnik i „krew wpompowana w pracującą gospodarkę”. Obecnie wiemy, że przyczyniło się to do powojennej odbudowy Niemiec.
Zobacz także: Studia się opłacają? Dla mężczyzn jak najbardziej! [RAPORT]
A jak jest w przypadku Polski? Jak piszę w artykule: Skutki 500+. Program nie zwiększył dzietności? To kłamstwo! [BADANIE], 500+ przyczyniło się do wzrostu dzietności, a także wyciągną z ubóstwa 3/4 polskich dzieci, zmniejszyło dysproporcję między bogatymi i biednymi dziećmi. Według Eurostatu odsetek dzieci (poniżej 18 roku życia) zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym w Polsce w 2015 roku wynosił 26,8%. Byliśmy na 16. miejscu z 27 państw. W 2024 roku wskaźnik ten spadł do 16,1% plasując nas na 6. miejscu. W przypadku Niemiec wynosił on 19,3% w 2015 roku (6. miejsce), a w 2024 roku 22,9% (19. miejsce). Pokazuje to, że nawet względnie dobre programy nie przetrwają w złym ekosystemie i wśród problemów strukturalnych tj. nadmierne uzależnienie od importu tanich surowców energetycznych z Rosji.
Jeżeli chodzi o gospodarkę jako ogół, dodatkowe środki, zwłaszcza u rodzin mniej zamożnych, wpłynęły na wzrost konsumpcji, co przełożyło się na dochody przedsiębiorstw, co z kolei spowodowało wyższy wzrost wynagrodzeń, który obserwujemy do tej pory. Dodatkowo z każdego etapu pobierane są podatki do budżetu państwa. Typowy efekt mnożnikowy. Według badań (Oto skutki rządów PiS: wyższy PKB, niższy dług, bezrobocie i ubóstwo [BADANIE]) w latach 2016-2019 pozytywny wpływ na PKB per capita PPP wskazywał, że wskaźnik w IV kwartale 2019 roku był o około 7,7% wyższy w porównaniu z analizą kontrfaktyczną. Przypomnijmy, że od 2019 roku 500+ było przyznawane już również na drugie dziecko, więc w kolejnych latach możemy spodziewać się lepszych wyników.
Aktywność zawodowa i imigracja zarobkowa
Jeżeli chodzi o aktywność zawodową kobiet, to także niemiecki ekspert mija się z prawdą. Wpływ programu na aktywność zawodową kobiet był widoczny tylko w pierwszych latach po jego wprowadzeniu, a następnie zaniknął. Prawdą jest, że aktywność zawodowa kobiet w Polsce wymaga poprawy, jednak nie jest ona katastrofalna, a od 2015 roku znacząco się poprawiła. Wtedy, jak podaje Eurostat, zatrudnienie kobiet wynosiło zaledwie 59,9% w 2024 roku było to już 72,5%. Wyprzedziliśmy takie państwa jak Francja, Belgia, czy Hiszpania. Różnica między poziomem zatrudnienia mężczyzn i kobiet w Polsce jest znacząca, jednak mniejsza niż chociażby w Czechach. Więcej na ten temat pisałem w artykule: W żadnym państwie UE nie pracuje więcej kobiet niż mężczyzn.
Jeżeli chodzi o imigrację zarobkową, to także nie jest prawda. Rząd PiS pozwolił legalnie pracować około 500 tys. cudzoziemcom, głównie Ukraińcom i Białorusinom. Warto wspomnieć, że powstały programy, które miały na celu „drenaż mózgów” ze wschodu, co pozwoliło nam na umocnienie przede wszystkim sektorów IT i budowlanego, a także zwiększenia liczby lekarzy specjalistów. Trzeba także wspomnieć o przyjęciu milionów uchodźców po 2022 roku, którzy nie byli ujęci w systemach pozwoleń o pracę. Co najważniejsze cały proces wsparcia gospodarki niezbędną siłą roboczą obył się bez wzrostu przestępczości w przeciwieństwie do modelu niemieckiego.
Zobacz także: Zysk i wartość dodana? Wszystko wysyłamy za granicę. Najwięcej do Niemiec
Jednak w jednym punkcie trzeba przyznać Klausowi część racji. Oskarża PiS o prywatyzacje usług publicznych. Oczywiście w okresie 2015-2023 Polacy znacznie się wzbogacili, ubóstwo spadło, a pensje urosły. Też większy udział PKB był przeznaczany na edukację, czy ochronę zdrowia. Jednak wciąż eksperci wskazują na znacznie niedofinansowanie tych sektorów. Zauważamy także, że coraz więcej dzieci posyłanych jest do prywatnych szkół, a pacjenci coraz częściej decydują się na prywatne placówki medyczne. Oczywiście wynika to z bogacenia się naszego społeczeństwa, które chce wybierać lepszą lub bardziej dostępną opcję.
Ważne jest jednak aby niedofinansowanie i bagatelizowanie problemów strukturalnych w dwóch filarach rozwoju społecznego państwa nie doprowadziło do znaczącego rozwarstwienia i stworzenia de facto dwóch społeczności żyjących obok siebie, a nie narodu żyjącego wspólnie. Dalej autor krytykuje także rząd Tuska za obietnicę rewaloryzacji 500+ na 800+ (której dokonał jeszcze PiS), a także babciowego. Tłumaczy to jednak tym, że są to reguły gry ugruntowane przez PiS i nowy rząd nie miał wyboru.
Polska megalomania w oczach Niemca
Nie mogło się obyć także bez nawiązania do projektu CPK:
Aby „ponownie uczynić Polskę wielką”, Prawo i Sprawiedliwość zaplanowało budowę megalotniska w Baranowie, inspirowanego Erdoğanem, między Warszawą a Łodzią, oraz budowę elektrowni jądrowej w północnej Polsce. Oba projekty nigdy nie wyszły poza fazę planowania, na którą nie było pieniędzy w budżecie, a które służyły przede wszystkim zapewnieniu miejsc pracy członkom partii. Jednak nowy rząd szybko znalazł się pod presją oczekiwań rozbudzonych przez PiS, że Polska może prześcignąć Niemcy, zbudować alternatywę dla lotniska we Frankfurcie i wykorzystać elektrownię jądrową do produkcji taniej energii elektrycznej, z której Niemcy rzekomo właśnie zrezygnowały. Presja tych oczekiwań była tak duża, że nawet Tusk, pomimo początkowego sceptycyzmu, wskoczył na pokład i ogłosił, że zbuduje elektrownię jądrową i duże lotnisko.
W tym aspekcie autor nie podaje żadnych argumentów, jakoby powyższe plany były złe. Kłamie jednak twierdząc, że nie wyszły z fazy planowania. Obecnie lotnisko jest gotowe do budowy za sprawą opracowania biznesplanu, wydania decyzji środowiskowej oraz zaplanowania całego projektu łącznie z połączeniami kolejowymi obejmującymi całe państwo. Podobnie jest z elektrownią atomową, co do której lokalizacja została określona. Kłamstwem jest także brak pieniędzy w budżecie. Pieniądze są, jak przyznaje ekspert Banku Światowego profesor Marcin Piątkowski, Polska posiada dużą przestrzeń fiskalną. Jednak zaznacza, że ten fakt nie wskazuję, iż trzeba ją całą wykorzystywać. Wciąż posiadamy przestrzeń do wydatków inwestycyjnych, które zwrócą się w przyszłości i ograniczą nasze zadłużenie.
Zobacz także: Szykują zakazy ruchu na długi weekend. Mandaty do nawet 500 złotych!
Przypomnijmy, że w okresie pandemicznym na tarcze dla przedsiębiorców w jednej chwili znalazło się 300 mld złotych. Nie były to zagraniczne fundusze, lecz emisja własnego długu wewnętrznego, która pozwoliła nam zachować firmy, miejsca pracy oraz ograniczyć spowolnienie gospodarcze. Jest to jeden z przykładów suwerenności monetarnej, którą zapewnia nam niezależny Narodowy Bank Polski. Gdybyśmy byli w strefie euro, zadłużalibyśmy się w obcej walucie i byli podatni na decyzje Europejskiego Banku Centralnego, tak jak Grecja, na której austerity ostatecznie wymuszono, co doprowadziło do gospodarczego kolapsu. Nie można jednak w przypadku Grecji wszystkiego zrzucać na czynniki zewnętrzne, chociaż poważnie zaogniły one ostateczny wynik.
W artykule widzimy także krytykę polskich zbrojeń i przeznaczania na nie środków:
(…) coś innego (niż wydatki na obronność) rosło znacznie szybciej, po cichu i poza zasięgiem opinii publicznej: wydatki socjalne, deficyt budżetowy i dług publiczny. Zaledwie kilka miesięcy po tym, jak Jarosław Kaczyński i jego sojusznicy oddali władzę w grudniu 2023 roku, nowy rząd wszedł w procedurę deficytu Komisji Europejskiej z powodu budżetu wciąż opracowywanego przez PiS. Od tego czasu polski proces budżetowy jest pod ścisłą obserwacją w Brukseli. Komentatorzy prorządowi lubią to usprawiedliwiać, wskazując na wysokie wydatki wojskowe – ale Komisja Europejska już ich nie uwzględnia, a problemem nie są nadmierne wydatki socjalne. Warszawski ekspert finansowy Sławomir Dudek, który od lat ostrzega przed tą spiralą spadkową, opisuje sytuację w następujący sposób: „Mamy wydatki, jakbyśmy byli Skandynawią, ale podatki, jakbyśmy byli Irlandią ”. Różnica tkwi w zadłużeniu.
W cytacie eksperta jest poważne kłamstwo. Komisja Europejska jak najbardziej uwzględnia wydatki na zbrojenia w swoich szacunkach i progach ostrożnościowych. Polska też nie została objęta pełną procedurą nadmiernego deficytu, a jest pod obserwacją. Obecnie nie zostaliśmy zmuszeni do ograniczenia planów budżetowych. Warto wspomnieć, że Sławomir Dudek był przedstawicielem wcześniej wspomnianego Forum Obywatelskiego Rozwoju. Chociaż prawdą jest, że podatki w Polsce są degresywne i relatywnie niskie. Zwłaszcza dla korporacji.
Rentowność obligacji i kolejne płacenie długiem
W dalszej części artykułu wracamy klamrą do wieszczenia scenariusza greckiego:
Obciążenie odsetkowe, jakie kraj musi ponosić z tytułu obecnego długu, jest zazwyczaj mierzone rentownością dziesięcioletnich obligacji. W czerwcu tego roku wynosiła ona 5,473% dla polskich obligacji. Dla porównania, rząd niemiecki płaci obecnie 2,53%, czyli mniej niż połowę. W Grecji do 2010 roku utrzymywały się na tym samym poziomie co w Polsce, potem gwałtownie wzrosły, momentami nawet do 30 procent, a Grecja stała się niewypłacalna.
Tak, koszt obsługi długu zależy od rentowności obligacji skarbu państwa. Jednak nie mierzy się tego tylko na podstawie obligacji dziesięcioletnich. Ogólnie koszt zależy od średniej stopy na całym portfelu i terminach zapadalności. Plus rentowność obligacji zależy od wysokości stóp procentowych ustalanych przez Radę Polityki Pieniężnej. Ich wzrost i spadek mają na celu prowadzenie odpowiedzialnej polityki monetarnej odpowiedniej dla warunków polskiej gospodarki. Obecnie obsługa długu jest podwyższona względem lat poprzednich, jednak NBP ze względu na spadek inflacji rozpoczął cykl obniżek, która zmniejszy koszt obsługi długu.
Zobacz także: Lipcowy rekord Baltic Hub! I na drogach, i na torach!
Warto także wyjaśnić aspekt skoku rentowności greckich obligacji. Po wyborach w 2009 roku oraz kryzysie finansowym z 2008 roku Komisja Europejska ujawniła poważne zaniżanie danych. Deficyt 2009 roku został podniesiony do 15,4% PKB. To podkopało wiarygodność i podniosło premię za ryzyko. Nasz deficyt w latach 2009-2010 wynosił kolejno 7,2% i 7,6%. Później, nawet w okresie pandemicznym nie przekroczył 7%. W latach o których tak bardzo martwi się niemiecki ekspert, czyli w 2024 roku deficyt wyniósł 6,6%, w tym roku ma wynieść 7%, a w 2026 roku poniżej 7%. Sytuacja nie jest bezprecedensowa w naszej historii i do greckich 15% bardzo dużo brakuje. Jednak przede wszystkim nagłe ujawnienie fałszerstw zachwiało zaufaniem do finansów Grecji i spowodowało panikę społeczną oraz polityczną, która była bardziej szkodliwa niż same liczby.

Pociągnęło to za sobą gwałtowny spadek raitingów, co spowodowało droższe finansowanie długu i doprowadziło do efektu kuli śnieżnej. Następnie inwestorzy przestali rolować dług. Grecja bez własnej waluty i banku centralnego wpadła w samospełniającą się panikę płynnościową. Rząd próbował odbudować zaufanie, ale recesja i niepewność reform utrzymywały presję. Dopiero interwencje EBC chwilowo zbijały rentowności na krótkim/średnim terminie. Spadek cen obligacji osłabiał bilanse banków trzymających dług krajowy, co z kolei zwiększało ryzyko państwa (i odwrotnie). W 2012 roku doszło do selective default, co windowało rentowności w okolice 30-40%
Podsumowując. Grecja nie mogła odbudować zaufania po fałszowaniu danych. Inwestorzy zaczęli traktować greckie papiery jak coś, czego lepiej nie dotykać, więc przestali kupować nowe obligacje i odmawiali przedłużania starych. Kran z pieniędzmi zakręcono niemal z dnia na dzień. Problem potęgował się, bo w strefie euro Grecja nie miała własnego banku centralnego (Polska swój posiada), który mógłby natychmiast wejść na rynek i „przytrzymać” ceny obligacji. Pomoc z Brukseli i Frankfurtu nadchodziła powoli i pod warunkami, więc panika miała czas, by się nakręcać.
Gdy ceny obligacji spadały, traciły na tym greckie banki, które miały ich pełne portfele. Osłabione banki zwiększały ryzyko, że państwo będzie musiało je ratować, a to z kolei jeszcze bardziej straszyło inwestorów i spychało ceny w dół. W tym samym czasie agencje ratingowe cięły Grecji oceny wiarygodności, a na rynku coraz głośniej mówiło się o możliwym „ostrzyżeniu” długu, czyli o tym, że wierzyciele nie odzyskają całości pieniędzy. Skoro rosło prawdopodobieństwo straty, każdy, kto w ogóle był skłonny pożyczyć, żądał coraz wyższych odsetek. I tak powstała samonakręcająca się spirala. Utrata zaufania, wysychające finansowanie, opóźniona tarcza ochronna i zła pętla między państwem a bankami. Dlatego rentowność greckich obligacji wystrzeliła.
Polska w strefie euro nie byłaby bezpieczna
Całe szczęście niemiecki ekspert dostrzega pewne różnice między sytuacją Polski a Grecji:
Problem w Polsce: kraj ten nie jest krajem strefy euro. Nikt nie udzieli Polsce pomocy, aby zapobiec efektowi domina w strefie euro, czego obawiała się Angela Merkel w przypadku Grecji. Nie ma ku temu powodu, po prostu dlatego, że tylko niecałe 13 procent polskich papierów dłużnych jest w posiadaniu obcokrajowców, więc – w przeciwieństwie do ówczesnej Grecji – nie ma zagrożenia upadkiem zagranicznych banków. Złoty zostanie radykalnie zdewaluowany, polskie instytucje finansowe zbankrutują, a minister finansów może zapomnieć o planach budowy elektrowni jądrowej, dużego lotniska i innych prestiżowych inwestycjach, ponieważ muszą być one finansowane głównie w euro i dolarach amerykańskich, a po dewaluacji staną się nieopłacalne, podobnie jak większość zakupów wojskowych, które również muszą być opłacane w dolarach lub euro.
Klaus wspomina, jakoby nieobecność Polski w strefie euro była naszym problemem. Wcześniej wskazywał jako atut, że rentowność niemieckich obligacji jest niższa niż w Polsce. Ustaliśmy już, że jest to powiązane ze stopami procentowymi. A one odpowiadają także za dług prywatny oraz aktywność na rynkach kapitałowych, czy płynność w gospodarce. Podczas dołączania do strefy euro w Hiszpanii też mówiono, że „kredyty będą tanie” i rzeczywiście takie były. Koszty kredytów spadły, kapitał swobodniej napływał do Hiszpanii.
Euro otworzyło dostęp do rynków finansowych i kapitałowych w innych krajach strefy euro. Oba zjawiska stymulują napływ kapitału i zadłużenie sektora prywatnego. Nie tylko na krajowym, ale i zagranicznym rynku. Zadłużenie sektora prywatnego wzrosło w Hiszpanii do ponad 100% PKB w 2007 roku napędzane głównie kredytami hipotecznymi. Wysokie tempo wzrostu gospodarczego wiązało się więc jednocześnie z narastaniem nierównowag makrofinansowych (zadłużenie sektora prywatnego i silnie ujemna międzynarodowa pozycja inwestycyjna netto).
Zobacz także: Wiemy kto radzi sobie najlepiej po pandemii. Polska na podium
W ten sposób powstała bańka na rynku nieruchomości. Ceny mieszkań w latach 2000-2007 w ujęciu realnym podwoiły się, natomiast nominalnie wzrosły o 150%. Popyt na rynku mieszkaniowym był tak silny, że mimo wysokiej dynamiki budowy nowych mieszkań i tak doszło do wysokiego wzrostu cen. W tym samym czasie jednostkowe koszty pracy rosły szybciej niż średnio w strefie euro, ponieważ wydajność nie nadążała za wzrostem płac nominalnych. To pogorszyło konkurencyjność na arenie międzynarodowej i pogłębiło deficyt na rachunku obrotów bieżących, czyli osłabiło eksport.
Po kryzysie finansowym z 2008 roku nastąpiła ogromna korekta cen mieszkań. Płynność w hiszpańskim sektorze bankowym gwałtownie spadła, co ograniczyło źródła ekspansji kredytowej i gospodarczej. W rezultacie ceny mieszkań tąpnęły, co pociągnęło za sobą załamanie dochodów budżetowych. Polityka fiskalna miała więc związane ręce, natomiast Europejski System Banków Centralnych (ESBC) z dużym opóźnieniem zareagował na kryzys. Stagnacja się przedłużyła, stabilność fiskalna uległa pogorszeniu, a kolejne lata przyniosły kryzys zadłużeniowy w krajach Europy Południowej w wyniku czego dostęp banków w Hiszpanii do źródeł finansowania dosłownie wysechł.
Obserwując obecną sytuację na rynku nieruchomości w Polsce przyjęcie euro i ta „zbawienna” niższa rentowność obligacji mogłaby doprowadzić nas do podobnych skutków co Hiszpanię. Dużym mitem jest twierdzenie, że stopy procentowe mają być albo niskie, albo wysokie. One mają opowiadać na aktualne potrzeby gospodarki. Stopy są niższe na zachodzie ponieważ tamtejsze państwa już wolniej się rozwijają niż państwa Europy Środkowo-Wschodniej, przez ich wolniejszą aktywność gospodarczą potrzebne są niższe stopy dla tańszego kredytu aby stymulować wzrost. W dynamicznie rozwijających się państwach, czyli np. dla Polski, stopy muszą być bardziej dostosowane aby ograniczyć inflację. Przypomnijmy, że inflacja od 1989 roku była w celu NBP zaledwie w 9 latach. Dostosowanie stóp procentowych do naszych potrzeb, a nie największych gospodarek Unii Europejskiej, zapewnia nam niezależny bank centralny.
Przewidywania kryzysu zadłużeniowego w Polsce
Klaus przyznaje, że nasze zagraniczne banki nie upadną i EBC nie wymusi na nas bankructwa, a nasze zadłużenie zewnętrzne jest możliwe do szybkiej spłaty z części rezerw. Jednak mimo tego wieszczy nam, że złoty zostanie radykalnie zdewaluowany, polskie instytucje finansowe zbankrutują, a minister finansów będzie mógł zapomnieć o planach budowy elektrowni jądrowej i dużego lotniska, ponieważ muszą być opłacane w dolarach lub euro. Ale dlaczego tak miałoby się stać? Nie wskazał przyczyny. Dodatkowo inwestycje nie muszą być opłacone w dolarach czy euro, już nie wspominając o tym, że posiadamy ponad 200 mld złotych w złocie umieszczonym w NBP, ale także utrzymujemy rezerwy w walutach obcych.
Ekspert nie wskazał dlaczego złoty miałby być zdewaluowany. Obecnie deficyt Rumunii jest w okolicach 10%, a nie widzimy gwałtownej dewaluacji leja. Największy szok dewaluacyjny jaki spotkał naszą walutę miał miejsce w 2022 roku po ataku Rosji na Ukrainę. Wtedy kapitał ze strachu zaczął od nas odpływać, a nasza waluta stała się celem ataku spekulacyjnego na który odpowiedział NBP. Jednak, czy po tym złoty stał się bezwartościowy, nasze instytucje finansowe zbankrutowały, a inwestycje zostały wstrzymane? Nie. Mało tego, Ukraina czy Rosja, których giełdy i waluty otrzymały gigantyczny dewaluacyjny cios, także nie zbankrutowały.
Zobacz także: Polscy przedsiębiorcy szczęśliwsi. Bariery w prowadzeniu firmy coraz słabsze
Dodatkowo dewaluacja waluty w sytuacjach kryzysowych jak powyższa często jest mechanizmem autostabilizującym. Odpływający kapitał obniża kurs waluty i tworzy okazję dla innych inwestorów zagranicznych, którzy widzą okazję w niższym kursie. Dzięki temu inwestując taką samą liczbę np. dolarów mogą pozyskać więcej złotówek, co przełoży się na większą wartość inwestycji w państwie. Z tego mechanizmu korzystają także nasi eksporterzy. Polityka dewaluacji waluty na przestrzeni długiego okresu sprawia, że nasze towary są bardziej atrakcyjne w oczach zagranicznych konsumentów.
Dzięki temu zwiększamy produkcję oraz liczbe miejsc pracy. Za pomocą roztropnego obniżania kursu waluty utrzymujemy swoją konkurencyjność międzynarodową. Taką samą politykę utrzymują obecnie Japonia, jeszcze od czasu jej cudu gospodarczego i Chiny. To do tego mechanizmu nawiązuje również Donald Trump oskarżając państwa o wspieranie w ten sposób swojego przemysłu. Trump podczas kampanii nawiązywał do historycznej dewaluzacji dolara względem najważniejszych walut świata w celu poprawy atrakcyjności eksportowej USA. Twierdził, że należy to powtórzyć. Nam prowadzenie takiej polityki umożliwia Narodowy Bank Polski.
Warto wspomnieć, że dołączenie do strefy euro usuwa mechanizm polityki walutowej, a co za tym idzie ogranicza możliwość podtrzymywania konkurencyjności międzynarodowej tym, względnie, bezkosztowym mechanizmem. Inną opcją jest obniżanie kosztów produkcji, głównie energii (co obecnie jest bardzo trudne) albo duszenie płac pracowników sektorów eksportowych. To przez wiele lat miało miejsce w Niemczech, co przełożyło się na poważne problemy strukturalne tamtejszej gospodarki. Innym przykładem są Włochy, które na skutek braku własnej waluty musiały poddać się procesowi wewnętrznej dewaluacji, aby poprawić swoją konkurencyjność międzynarodową. Co ostatecznie i tak nie było w pełni skuteczne, za to bardzo kosztowne dla gospodarki i poziomu życia. Wewnętrzna dewaluacja to zacieśnianie fiskalne, które ma doprowadzić do spadku nominalnych płac, świadczeń i cen.
Krytyka Narodowego Banku Polskiego
W wypowiedziach niemieckiego eksperta nie zabrakło krytyki nowego prezydenta jako narodowego radykała, czy Narodowego Banku Polskiego, jako bastionu PiSu:
Otrzymuje on (Karol Nawrocki) poparcie Narodowego Banku Polskiego, który nadal jest kontrolowany przez PiS. Dopóki PiS rządził, główna stopa procentowa Narodowego Banku Polskiego była niższa od stopy inflacji; od czasu dojścia Tuska do władzy jest ona znacznie wyższa, co utrudnia życie właścicielom domów i kredytobiorcom zaciągającym kredyty konsumpcyjne.
W powyższej wypowiedzi występuje istotna manipulacja. Stopy procentowe na początku, zwłaszcza w 2020 roku, były niskie ze względu na znaczne spowolnienie gospodarcze, któremu udało się w dużej części zaradzić. Podczas kryzysu inflacyjnego za rządów PiS stopy zostały znacząco podniesione. Obecnie stopy procentowe są obniżane przez wygaśnięcie szoków oraz obniżenie głównego wskaźnika inflacji i inflacji bazowej. Odsyłam ponownie do mojego tekstu: Kryzys inflacyjny w Polsce – przyczyny, przebieg i skutki [RAPORT OG], w którym zestawiam decyzje NBP z innymi bankami centralnymi regionu oraz największymi bankami na świecie.
Przewidywalny rezultat tego sojuszu: wzrost cen energii, wysokie stopy procentowe i rosnący dług publiczny, zmuszający rząd do cięć socjalnych, a być może nawet podwyżek podatków. Za dwa lata wyborcy będą mieli dość bezsilnego rządu, pod którego rządami wszystko drożeje. Jak rząd może się bronić? Przeciwstawiając się społecznej demagogii PiS-u własnymi, większymi świadczeniami socjalnymi, finansując je nie poprzez podwyżki podatków czy programy oszczędnościowe, ale poprzez dodatkowe zadłużenie – aż do upadku.
Zobacz także: Znamy realne opóźnienie Polski wobec Zachodu. W niektórych przypadkach to 34 lata
Powyższe twierdzenia nie mają podstaw w stanie faktycznym. Trudno jest polemizować z tezami, które są u podstaw fałszywe. W powyższym cytacie wystarczy zmienić Polskę na Niemcy a PiS na SPD i będzie miał on taki sam merytoryczny obraz jak obecnie. Sytuacja fiskalna Niemiec i Polski nie zagraża bankructwem żadnego z tych państw.
Obsługa długu pochłania już od 9 do 10% całkowitych dochodów budżetowych. Dla porównania, w Niemczech wskaźnik ten wynosi zaledwie 6-8 procent. W Stanach Zjednoczonych ta liczba sięga aż 13,6% (…) Stany Zjednoczone nie upadły, ale to nie powinno uspokoić polskich analityków finansowych: dolar pozostaje najważniejszą walutą rezerwową na świecie, a wiele osób i firm spoza USA musi kupować dolary, wspierając w ten sposób tę walutę, ponieważ prowadzą interesy w krajach akceptujących dolary jako formę płatności.
Koszt obsługi długu poruszaliśmy już wcześniej i wiemy, że jest on związany ze stopami procentowymi, które w Polsce już spadają. Dodatkowo koszt obsługi długu przy odpowiedniej strukturze nie jest zły. Jak sam Klaus wcześniej wspomniał tylko niewielka część naszego długu jest w walutach obcych, a zdecydowana większość posiadaczy naszych papierów dłużnych to polscy rezydenci. Zatem koszt obsługi długu jest wypłacany przede wszystkim Polakom, którzy kupili państwowe obligacje. Jednak należy również pamiętać o firmach i bankach, które zainwestowały w ten rodzaj lokowania kapitału.
Co do dolara jako waluty rezerwowej. To prawda. Jednak takie podejście kompletnie pomija jena, juana, czy inne waluty, chociażby już wcześniej wspomnianego rumuńskiego leja (jest to zdecydowanie najmniej wygodny przykład dla argumentacji Klausa, Rumunia biedniejsza od Polski, ze znacznie większym deficytem, a nie bankrutuje i leje nie stają się bezwartościowe). Druga część powyższego cytatu w dużej części też jest nieprawdziwa. To Amerykanie płacą dolarami za produkty z innych państw (USA posiada duży deficyt handlowy, który Trump chce ograniczyć za pomocą ceł), te są następnie przeważnie reinwestowane na amerykańskiej giełdzie.
Euro jako waluta rezerwowa i nierównowaga handlowa Polski
Bachman wskazuje, że euro jest stabilniejsze ze względu na pełnienie większej roli rezerwowej i handlowej:
W mniejszym stopniu dotyczy to również euro. Polska nie jest jednak w strefie euro, złoty nie jest walutą rezerwową, a zatem tylko te firmy, które prowadzą interesy z Polską, muszą kupować złotego (i tym samym wspierać kurs złotego). Nikt nie jest w stanie przewidzieć, gdzie zacznie się przepaść i spekulacje przeciwko złotemu. Wiadomo to dopiero po fakcie, jak w Grecji. Małe pocieszenie: bankomaty nie zastrajkują jak w Grecji; będą nadal wydawać banknoty, tylko że nie będą już wiele warte. Sceptycy mogą teraz zaprotestować, że Polska jest również małym światowym liderem eksportu i mogłaby wspierać swoją walutę nadwyżkami eksportowymi i rezerwami Narodowego Banku Polskiego – w przeciwieństwie do ówczesnej Grecji.
Jak już ustaliliśmy brak obecności Polski w strefie euro jest korzystny w kontekście braku bankructwa i tempa wzrostu gospodarczego. Szereg badań i analiz przedstawiłem w już wcześniej przytaczanym tekście: „Rzeczpospolita” publikuje artykuł o euro, który jest bzdurą. Przedstawiamy fakty. Zachęcam do wnikliwej lektury. Trzeba jednak stwierdzić, że nie mało firm prowadzi interesy z Polską. Jesteśmy obecnie 20. największą gospodarką świata, a także 19. największym eksporterem na świecie. Co do aspektu, że nikt nie jest w stanie przewidzieć, gdzie zacznie się przepaść i spekulacje przeciwko złotemu. To prawda. Bo nie ma ku temu najmniejszych oznak. Wojna za naszą wschodnią granicą do tego nie wystarczyła, z kolei Grecja otrzymała potężny cios paniki na własne życzenie i pogrążenie przez Europejski Bank Centralny gdy nie miała swojego aby ten zareagował.
Na pierwszy rzut oka wydaje się to prawdą. Na pierwszy rzut oka widać, że polska nadwyżka eksportowa, która w 2019 roku wynosiła jeszcze 22 miliardy euro, do 2024 roku skurczyła się do mniej niż miliarda. Czy rząd może naprawdę liczyć na to, że Narodowy Bank Polski utrzyma kurs złotego kosztem rezerw walutowych i złota? Większość rady banku centralnego powołuje PiS, a w przeszłości prezes Narodowego Banku Polskiego spekulował nawet przeciwko własnej walucie (sprzecznie ze swoim konstytucyjnym mandatem), gdy PiS był zainteresowany słabym kursem złotego.
Zobacz także: Pensje w Polsce rosną, ale u sąsiada rosną szybciej. Spadliśmy z 2. miejsca [ANALIZA]
Powyższy cytat w jakimś stopniu stara się odbić moją poprzednią argumentacje. Tylko nie ma on podstawy w faktach i w jednej wypowiedzi sam sobie przeczy. Obecnie złoty na skutek stóp procentowych i innych makroekonomicznych zmiennych (np. celowe osłabienie dolara przez USA) jest względnie silny wobec najważniejszych walut. Jednak jak już kilkukrotnie zostało wspomniane cykl obniżek stóp procentowych został rozpoczęty. Względem drugiej części, tak NBP jest w stanie poświęcić część rezerw w celu stabilizacji kursu waluty, m.in. po to one są. NBP dokonał tego już w 2022 roku. I ostatnia część o „spekulacji przeciwko własnej walucie” jest absurdalna.
Obecny bilans handlowy naszego państwa skurczył się właśnie za sprawą umocnienia się kursu naszej waluty. Osłabienie waluty nie jest też sprzeczna z otrzymanym mandatem, ponieważ poza utrzymaniem stabilnego poziomu cen bank centralny ma wspomagać politykę gospodarczą rządu. I nie jest to konstytucyjny mandat, ponieważ zadania NBP nie są określone w konstytucji. Jest w niej zawarte jedynie, że odpowiada za wartość polskiego pieniądza. Proste chłopskorozumowe myślenie może sugerować, że chodzi o jak najwyższą wartość, jednak jest to mit. Przewartościowana waluta jest szkodliwa dla gospodarki eksportowej takiej jak Polska. Nawet USA z tym cyklicznie walczą czego jesteśmy obecnie świadkami. Więc narzekanie na spadek bilansu handlowego jednocześnie narzekając na obniżenie kursu waluty jest kuriozalne i może wynikać albo z propagandy albo braku znajomości mechanizmów ekonomicznych.
Dodatkowo dewaluacja wartości polskiego złotego od powstania III RP jest polityką, która nie tylko łagodzi kryzysy, ale także wspiera długoterminowy wzrost gospodarczy państwa. Nawet za pierwszych rządów Donalda Tuska gdy wybuchł na świecie dotkliwy kryzys finansowy ten słusznie chwali się wtedy Polską jako zieloną wyspą Europy. Nie byłoby to możliwe bez dewaluacji złotego. Wtedy złoty osłabił się o 30% wobec euro oraz ponad 40% wobec dolara. Dodatkowo z ust Niemca oskarżenia o dewaluacje waluty są zwykłą hipokryzją. Wcześniej Niemcy robili to z marką, a gdy tylko przeszli na euro jako pierwsi naciskali na Europejski Bank Centralny, ograniczające jego niezależność, do obniżenia kursu euro w celu wsparcia bilansu handlowego.
Zadłużenie państw Europy Zachodniej
Nie zabrakło także porównania do poziomu zadłużenia wśród innych państw członkowskich:
Belgijski dług publiczny przekracza 100% produktu krajowego brutto. We Włoszech jest on jeszcze wyższy w stosunku do PKB. Dla porównania, zadłużenie Polski, które zbliża się do progu 60%, to grosze. Ale jak już wspomniałem: Belgia i Włochy należą do strefy euro, euro jest walutą rezerwową, a Europejski Bank Centralny (EBC) może obniżyć stopy procentowe, które sprawiają tyle problemów obu krajom, skupując włoskie i belgijskie obligacje. EBC nie ma wpływu na polskie stopy procentowe. Obecna rentowność dziesięcioletnich belgijskich obligacji rządowych wynosi 3,11%, a włoskich 3,44%, co jest wartością znacznie niższą niż w Polsce w obu krajach.
Zobacz także: Włochy pod kreską. PKB się kurczy, a prognozy lecą w dół. Kryzys rozlewa się w Europie Zachodniej?
Poza Włochami zadłużenie powyżej 100% PKB w UE posiada Francja, Hiszpania, czy Grecja. Niemcy posiadają zadłużenie na poziomie 63%. M.in. to właśnie ich nadmierny konserwatyzm fiskalny doprowadził do obecnego stanu. Czyli chorego człowieka Europy. Według naszego niemieckiego analityka wspomnianym państwom ma pomagać przynależność do strefy euro. Co już wcześniej zostało przeze mnie obalone jako kompletna bzdura na przykładzie Grecji, Hiszpanii, czy Włoch. Ponownie wracamy do sprawy stóp procentowych. Uważam, że zostało to przeze mnie wystarczająco wytłumaczone. Niski poziom stóp nie jest celem samym w sobie.
Pojawia się tu kolejny objaw hipokryzji. Klaus wskazuje, że EBC może skupić włoskie i belgijskie obligacje. Może też przeprowadzić luzowanie ilościowe. Jeden i drugi mechanizm jest dostępny dla NBP i jest wykorzystywany, tylko wcześniej nasz publicysta wskazał to jako spekulację i łamanie konstytucyjnego mandatu. Wygląda to na podwójne standardy dla państw zachodnich i dla Polski. Dobrze, że nie padł argument jak w przypadku powoływania sędziów, że państwa zachodnie są „dojrzałymi demokracjami”, nie jak Polska. Również autor skrzętnie pomija takie państwa jak Japonia (zadłużenie 240% PKB), Singapur (170% PKB), Kanada (108% PKB). Wszystkie z tych państw są zdecydowanie bardziej zadłużone i nie należą do strefy euro.
Zakończenie niemieckiej analizy gospodarczej
Klaus Bachman w następujący sposób podsumował swój cały artykuł:
Reformy strukturalne opóźniono o osiem lat, a Polska wpadła w zupełnie inną pułapkę: spiralę spadkową, w której rząd, aby utrzymać się u władzy, rozdzielał coraz hojniejsze świadczenia socjalne bez równoczesnego finansowania w zamian za demontaż usług publicznych, pogłębiał kryzys demograficzny, płacąc kobietom za pozostawanie w domu, a jednocześnie prowadził ksenofobiczne kampanie, aby trzymać na dystans imigrantów, którzy mogliby ich zastąpić na rynku pracy. W takiej sytuacji znalazł się rząd Tuska, obejmując władzę w 2023 roku, i której teraz, po dwóch latach i wyborze Nawrockiego na prezydenta, nie może już odwrócić ani zmienić w sposób demokratyczny i zgodny z konstytucją. Promienny, proeuropejski, reformatorski, demokratyczny książę z Polski, który teraz straszy nasze media jako jaskrawy przykład antypopulistycznego pogromcy smoków, jest w rzeczywistości żabą w pułapce na ryby, gotową w każdej chwili dać się pożreć bocianowi.
Przy świadczeniach socjalnych bez finansowania warto wspomnieć, że przed 2020 rokiem posiadaliśmy rekordowe niskie deficyty budżetowe mimo wprowadzania tych świadczeń. 2020 rok miał być pierwszym w historii bez deficytu, co miało mieć bardziej charakter propagandowy, ponieważ gospodarce nie opłaca się budżet bez deficytu. Wtedy sektor prywatny nie posiada nadwyżki. Na wcześniejszym wykresie widać to bardzo dobrze. Dodatkowo nasz ogólny dług do PKB spadał. Jak widzimy poniżej zadłużenie Polski EDP, czyli cały nasz dług w którym nie ma nic ukrytego (zlicza wszystkie fundusze pozabudżetowe), jak w przypadku Grecji, Spadł z 54% w 2016 roku do 45% w 2019 roku. Później z 56,6% w 2020 roku do 49% w 2022 roku. To, że pieniędzy nie było jest zwykłym kłamstwem.
Zobacz także: Tragiczny wypadek ciężarówki i BMW pod Łodzią! Z pojazdów niemal nic nie zostało

Co do płacenia kobietom za siedzenie w domu i ksenofobicznej polityki przeciwko imigracji zarobkowej. Te dwa również kłamliwe punkty zostały obalone przez przytoczone wcześniej dane. Kolejna część cytatu paradoksalnie ubliża Tuskowi, który wpadł w „pisowską pułapkę”. Wspominając o obecnym deficycie. Tak mógłby być niższy a pewne decyzje prowadzone inaczej. Jednak patrząc na niemieckie wyniki gospodarcze nie wiem czy Niemiec pracujący na polskiej uczelni, ewidentnie nie mający pojęcia o ekonomii, powinien wypowiadać się na ten temat.
Nie chodzi tutaj o ubliżanie jednej lub drugiej partii. Artykuły jak powyższe są po prostu szkodliwe dla całego państwa polskiego i krzywdzące dla naszego społeczeństwa, codziennie pracującego nad rozwojem naszego kraju. Gdyby przynajmniej było w nich minimum wiedzy ekonomicznej moglibyśmy to potraktować jako ostrzeżenie i dostosować swoje postępowanie. Jednak jestem przekonany, że ciężar argumentów które przytoczyłem jednoznacznie wskazują, że ten niemiecki artykuł jest tylko stekiem kłamstw i bzdur, przez które przebija pewien kompleks wobec Polski.




