Biznes

Algorytm na fotelu CEO — spektakularna porażka, która zatrzęsła rynkiem kryptowalut

Przedstawiony fragment pochodzi z książki Sterowani algorytmami. Nie pytaj, czy AI rządzi biznesem, pytaj, jak bardzo, której autorem jest Marek Kowalkiewicz. Wydawnictwo MT Biznes, 2025.

The DAO obiecywało rewolucję: fundusz venture capital bez biura i bez CEO, gdzie decyzje podejmował kod. W 28 dni zgromadził 150 mln USD — a w 48 dni padł ofiarą ataku wykorzystującego błąd w smart kontrakcie. To nie tylko sensacja technologiczna — to przestroga dla inwestorów, regulatorów i każdego, kto wierzy, że algorytm może zastąpić instytucje.

O czym marzą boty?

Do jakiego stopnia możemy posunąć automatyzację? Czy można stworzyć firmę, która działa sama, bez ludzi, bez CEO, bez biura? Firmę, która sama podejmuje decyzje, sama inwestuje, sama wypłaca zyski?

W 2016 roku trzech programistów postanowiło to sprawdzić. Stephan Tual oraz bracia Christoph i Simon Jentzsch patrzyli, jak świat oszalał na punkcie nowej technologii – blockchain. Dla większości ludzi blockchain to była tajemnicza technologia stojąca za bitcoinem. Ale oni widzieli coś więcej niż tylko kolejną kryptowalutę. Blockchain (pol. łańcuch bloków) to cyfrowy system rejestrowania różnych rodzajów transakcji, bezpiecznie przechowujący informacje w sieci komputerowej.

Wyobraź sobie księgę rachunkową, którą jednocześnie prowadzi tysiąc księgowych na całym świecie. Każda nowa operacja tworzy „blok” dołączany do poprzednich transakcji i w ten sposób formuje się „łańcuch”. Wzajemne powiązania sprawiają, że bardzo trudno jest zmienić dane historyczne – musiałbyś przekonać większość z tych tysiąca księgowych, żeby sfałszowali wpis. Stąd blockchain jest często uważany za nadzwyczaj bezpieczny sposób przechowywania informacji finansowych lub danych dotyczących pochodzenia różnych przedmiotów, takich jak diamenty, ogniwa akumulatorowe, a nawet działki. Największą sławę zyskał blockchain bitcoina – kryptowaluty, która przeżywała prawdziwy boom w 2016 roku. Płatności w bitcoinach akceptowali nawet taksówkarze i fryzjerzy.

W Warszawie można było kupić kebaba za bitcoiny. Był szał, była gorączka, były fortuny robione i tracone w jeden weekend. Tual i bracia Jentzsch mieli znacznie ambitniejszy plan. Chcieli zbudować fundusz venture capital, który działałby jak tradycyjny fundusz venture capital, gromadził aktywa finansowe od inwestorów, inwestował w obiecujące startupy, dzielił zyski. Jednak w przeciwieństwie do klasycznych funduszy VC projekt miał się wyróżniać wysokim stopniem zaawansowania technologicznego oraz pełną automatyzacją.

Wizja była radykalna: organizacja bez czynnika ludzkiego. Łącznie z CEO. Nie przewidziano także żadnych aktywów fizycznych. Żadnego biura na 30. piętrze z widokiem na miasto. Żadnych długich lunchów z potencjalnymi partnerami. Wszystkie dane, procesy i decyzje miały być podejmowane w trybie cyfrowym. Nazwali swoje dzieło The DAO – Decentralised Autonomous Organisation – (Zdecentralizowana Organizacja Autonomiczna). Kod oprogramowania The DAO został udostępniony na zasadzie open source, co oznaczało powszechny dostęp dla każdego zainteresowanego, który miał także możliwość proponowania określonych modyfikacji. Demokratyczny kapitalizm w najczystszej postaci. W tamtym momencie twórcy nie mieli pojęcia, jak ważna dla losów organizacji okaże się ta decyzja. Już na pierwszy rzut oka wygląda to jak marzenie entuzjastów technologii, jak pomysł wymyślony o trzeciej nad ranem po zbyt wielu kawach. Co więcej, wydaje się naturalnym krokiem na drodze rozwoju, biorąc pod uwagę wszystkie opisane wcześniej historie związane z automatyzacją w biznesie.

Algorytmy stają się z czasem coraz bardziej wydajne i autonomiczne, dlaczego więc nie zautomatyzować wszystkich funkcji w organizacji? A jeśli istnieją jakiekolwiek zadania wymagające ludzkiej oceny lub szczególnych umiejętności, których algorytmy nie potrafią wykonać, dlaczego nie zlecić ich osobom spoza struktury firmy? Uprzedzając głosy oburzenia – proszę, nie odkładaj książki na bok i daj mi jeszcze chwilę. Tego typu wizje przyszłości biznesu są prawdopodobnie jednymi z najbardziej radykalnych, jakie można sobie wyobrazić. Zastanówmy się jednak, czy tak naprawdę różnią się one od pomysłu zastąpienia tkaczy mechanicznymi krosnami, ludzkich kalkulatorów komputerami, a ostatnio projektantów algorytmami AI. Historia lubi się powtarzać, tylko w coraz szybszym tempie.

W każdym z tych trzech przypadków chodziło o zastąpienie człowieka na stanowisku pracy maszyną, jednak w rzeczywistości nastąpiło jedynie odejście od tradycyjnej roli pracownika. Obecnie pełnimy funkcję operatorów robotów produkcyjnych (Nissa Scott w Amazonie pilnuje, czy roboty nie wariują), programistów (Leo Tiffish debuguje kod, którego sam nie napisał) oraz projektantów o jeszcze większej kreatywności (Philippe Starck mówi AI, jakiego krzesła chce, a nie jak je narysować). Badając granice możliwości, czasami ze zdziwieniem natrafiamy na to, co jest nie tylko możliwe, ale wręcz pożądane. Czy powołanie do życia organizacji funkcjonującej bez udziału ludzi pomogłoby nam niejako na nowo dostrzec i docenić potencjał człowieka? Może niektóre decyzje lepiej zostawić algorytmom? Być może w niektórych aspektach życia lepiej byłoby wyeliminować ludzkie błędy, uprzedzenia i osobiste ambicje. Ile firm upadło przez ego CEO? Ile dobrych projektów zginęło przez biurową politykę? Właśnie tego oczekiwali Tual i bracia Jentzsch – chcieli stworzyć środowisko wolne od uprzedzeń menedżerów i dyrektorów, a jednocześnie działające na rzecz swoich udziałowców. Uważali, że algorytmy to idealna forma nadzoru właścicieli. Kod nie bierze łapówek. Kod nie faworyzuje kumpli ze studiów. Jak każda firma, The DAO potrzebowała własnej siedziby, a algorytm do funkcjonowania potrzebuje komputera.

Ale tu zaczynają się schody. Zdecentralizowana organizacja nie powinna działać na jednym, konkretnym urządzeniu, ponieważ oznaczałoby to jej centralizację. To jak budować demokrację z jednym tylko wyborcą. Nie może też korzystać z konwencjonalnych usług w chmurze. AWS czy Google Cloud to świetne rozwiązania, ale mają właścicieli. Każda standardowa usługa w chmurze stanowi kolejną formę centralizacji. Jeff Bezos mógłby wyłączyć całą organizację jednym kliknięciem. Autonomiczna, zdecentralizowana organizacja wymaga zdecentralizowanej platformy.

W owym czasie doskonałym przykładem platformy zdecentralizowanej był łańcuch bloków bitcoina. Niestety nie został on zaprojektowany z myślą o uruchamianiu algorytmów i swoim charakterem nawiązywał raczej do rozproszonej bazy danych*. Świetny do zapisywania, kto, ile ma bitcoinów. Bezużyteczny do prowadzenia firmy. The DAO potrzebowało platformy rozproszonej, która oferowałaby większe możliwości. I wtedy na scenę wkroczył Vitalik Buterin. Kanadyjski programista rosyjskiego pochodzenia, geniusz, który w wieku 19 lat postanowił naprawić bitcoina. W 2013 roku stworzył Ethereum – łańcuch bloków, który nie tylko przechowuje dane, ale też uruchamia programy**. To jak różnica między notatnikiem a komputerem – oba przechowują informacje, ale tylko jeden może coś z nimi zrobić.

Ethereum umożliwiał uruchamianie zdecentralizowanych aplikacji – algorytmów działających w sieci, przeskakujących z komputera na komputer. Smart kontrakty – umowy, które same się egzekwują. Nie potrzebujesz prawnika, żeby sprawdzić, czy druga strona wywiązała się z umowy. Kod sprawdza to za ciebie i automatycznie wykonuje ustalenia. Właśnie takiej funkcjonalności potrzebowała The DAO***. Tual i Jentzschowie doskonale zdawali sobie sprawę z potencjału platformy, ponieważ sami byli zaangażowani w jej tworzenie. Tual pełnił funkcję dyrektora do spraw komunikacji w Ethereum od stycznia 2014 do września 2015 roku, a Christoph Jentzsch pracował tam jako tester oprogramowania. Znali system od podszewki. Niedługo po premierze platformy Tual napisał z entuzjazmem:

Wizja odpornej na cenzurę maszyny o światowym zasięg, którą każdy może programować, płacąc wyłącznie za to, z czego faktycznie korzysta, stała się rzeczywistością.

30 kwietnia 2016 roku – dzień zero dla The DAO. Wystartowali z własną stroną i 28-dniową sprzedażą tokenów. Tokeny działały jak akcje – im więcej ich masz, tym większy masz głos w decyzjach firmy. Prosta demokratyczna zasada.

To, co stało się później, przeszło najśmielsze oczekiwania. Do 28 maja 2016 roku 11 tysięcy inwestorów zakupiło tokeny o łącznej wartości ponad 150 milionów USD. 150 milionów w 28 dni! The DAO zyskała sławę jednego z największych projektów crowdfundingowych w historii. Media oszalały. „Koniec tradycyjnych korporacji!”„Algorytmy zastąpią zarządy!” Sam termin „DAO” natychmiast przyjął się jako nazwa rozproszonych autonomicznych organizacji działających w sieci Ethereum. Model znalazł naśladowców szybciej niż ktokolwiek się spodziewał. Projekty typu DAO stanowiły niezwykłą alternatywę dla tradycyjnych form prowadzenia biznesu. Vitalik Buterin, ojciec chrzestny całego ruchu, podzielił się swoimi przemyśleniami na temat przewagi DAO nad strukturą tradycyjną. Po pierwsze, rozproszone organizacje autonomiczne sprawdzają się w sytuacjach, w których demokratyczne decyzje okazują się lepsze od tych podejmowanych przez wąskie grono zarządzających. DAO pyta wszystkich akcjonariuszy: „W co inwestujemy?”, zamiast polegać na trzech facetach w garniturach decydujących przy whisky. Po drugie, ze względu na swój rozproszony charakter DAO są niemal niemożliwe do zamknięcia. Idealne dla organizacji działających w trudnym środowisku. Spróbuj zamknąć firmę, która istnieje jednocześnie na tysiącach komputerów w dziesiątkach krajów.

Przykład? Ukraine DAO – organizacja powstała po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku. Cel: zbieranie i przekazywanie funduszy pomocowych. W pół roku przekazali ponad 8 milionów dolarów rządowi Ukrainy i organizacjom takim jak Come Back Alive. Żadna tradycyjna organizacja nie zebrałaby funduszy tak szybko. Ktoś może powiedzieć, że to niewiele, jednak warto zwrócić uwagę na potencjał i skuteczność DAO. Wreszcie, struktury DAO zapewniają przewidywalność, niezawodność i neutralność. Kod jest jawny – każdy może sprawdzić, jak organizacja działa. Żadnych tajnych ustaleń, żadnych układów za zamkniętymi drzwiami. Transparentność totalna. Oczywiście w scenariuszach biznesowych, które wymagają poufności, nie jest to mile widziane, lecz w innych – takich jak wspieranie działań wojennych – dobrze jest, jeśli organizacja może poinformować inwestorów, w jaki sposób podejmuje decyzje o alokacji środków. Dostępność algorytmów pozwala społeczności zidentyfikować potencjalne problemy. W przypadku tego rodzaju projektów trudno oczekiwać gwarantowanej neutralności, gdyż zawsze może trafić się stronniczy programista. To jak oczekiwać, że kucharz nie spróbuje zupy, którą gotuje. Jednak takie przypadki zdarzają się stosunkowo rzadko. Większe zagrożenie pojawia się w przypadku decyzji podejmowanych przez indywidualnych dyrektorów i menedżerów. Ile razy czytałeś o CEO, który wyprowadził z firmy miliony? Ile razy o algorytmie, który uciekł z kasą na Karaiby?

Generalnie rzecz biorąc, znacznie łatwiej jest zaprojektować neutralny algorytm wolny od wpływu ludzkich uprzedzeń niż stworzyć organizację, w której nie będzie ich wcale. Kod nie ma kumpli ze studiów. Kod nie gra w golfa z członkami rady nadzorczej. DAO wydaje się być rozwiązaniem idealnym dla niektórych rodzajów organizacji. Organizacje charytatywne? Idealnie – pełna transparentność wydatków. Fundusze inwestycyjne? Czemu nie – demokratyczne decyzje o alokacji kapitału. Dlaczego więc model ten nie jest bardziej rozpowszechniony? Odpowiedź jest brutalna: stworzenie sprawnie działającego DAO jest piekielnie trudne. To jak budowanie samolotu w locie – jeden błąd i wszyscy spadają. A ponadto wpływ ludzi na DAO jest często niedoceniany. Ktoś musi napisać ten kod. A ludzie robią błędy. Pierwsza organizacja tego rodzaju, nazywana po prostu The DAO, spotkała się z wielkim entuzjazmem i zainteresowaniem mediów. „Rewolucja w zarządzaniu!”, „Koniec korupcji korporacyjnej!”, „Przyszłość jest teraz!” – krzyczały nagłówki. Miała zmienić sposób, w jaki postrzegamy funkcjonowanie przedsiębiorstw i zapoczątkować transformację świata biznesu.

Niestety, przyszłość trwała dokładnie 48 dni. Okazało się bowiem, że algorytmy The DAO były obarczone kilkoma błędami, które otworzyły drzwi dla jednego z najśmielszych ataków hakerskich w historii. W efekcie doszło do likwidacji firmy, a amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd wszczęła dochodzenie w sprawie ewentualnego naruszenia federalnych przepisów. Z wizji przyszłości zostały tylko akta sądowe.

Co się tak naprawdę wydarzyło?  W przeciwieństwie do człowieka, który potrafi czytać między wierszami i rozumie intencje, komputery działają w sposób znacznie bardziej dosłowny. Powiedz komputerowi „idź do diabła”, a zacznie szukać mapy do piekła. Wykonują polecenia dokładnie tak, jak zostały sformułowane – ani mniej, ani więcej. Amerykańska agencja kosmiczna NASA przekonała się o tym w 1999 roku, kiedy w wyniku błędu straciła sondę Mars Climate Orbiter. Dwieście milionów dolarów zamieniło się w najdroższy fajerwerk w historii Marsa. Przyczyny tej katastrofy stanowią lekcję dla wszystkich przyszłych twórców systemów – kosmicznych, finansowych, jakichkolwiek.

Misja sondy była prosta – wejść na orbitę Marsa i przeprowadzić serię eksperymentów. NASA robiła to już wielokrotnie. Co mogło pójść nie tak? Orbiter wyposażono w silniki odrzutowe kontrolujące jego trajektorię podczas lotu w kierunku Czerwonej Planety. Aby utrzymać statek na kursie i wprowadzić go na właściwą orbitę, kod komputerowy na Ziemi obliczał siłę, z jaką powinny działać silniki odrzutowe. I tu zaczyna się dramat. W obliczeniach została użyta jednostka angielska – funt-siła sekunda. Ameryka to jeden z trzech krajów na świecie, które wciąż używają imperialnego systemu miar. W celu skrócenia zapisu pominięto nazwę jednostki, podając jedynie wartość liczbową.

Oszczędność miejsca, przyspieszenie transmisji – standardowa praktyka. Pomijanie jednostek miary jest często stosowaną praktyką w programowaniu, pod warunkiem, że nie ma ryzyka nieporozumień. Zwięzłość przekazu ma swoje zalety, bowiem wysyłając mniej informacji, można zaoszczędzić cenne dane i przyspieszyć transmisję. Ludzie również często pomijają jednostki miary. Mówimy, że „jedziemy 150 na autostradzie” lub że „temperatura jest poniżej zera”. Ale sonda nie jest człowiekiem. Fragment kodu w sondzie Mars Climate Orbiter pobrał tę liczbę i wykonał manewr, przy czym założył, że wartości zostały podane w jednostkach metrycznych – niutonsekundach, a nie w funt-siła sekundach. Różnica? Ponad czterokrotna. To jak pomylić whisky z piwem – jedno i drugie to alkohol, ale skutki są dramatycznie różne po wypiciu butelki.

Za każdym razem, gdy używano silników manewrowych, statek kosmiczny oddalał się od miejsca, w którym powinien się w danym momencie znaleźć. Powoli, systematycznie, nieubłaganie zmierzał ku katastrofie.

Najgorsze? Niestety, członkowie zespołów testujących oprogramowanie nie wykryli problemu przed startem ani w trakcie misji. Jak się później okazało, niektórzy pracownicy NASA zauważyli oznaki nieprawidłowości i dyskutowali o nich ze współpracownikami. Ale nikt nie podniósł alarmu. Hierarchia, biurokracja, strach przed tym, że się mylą. „Pewnie ktoś wyżej to sprawdził” – myśleli. Kontrola naziemna nie była świadoma zbliżającej się katastrofy. Wina leżała wyłącznie po stronie czynnika ludzkiego – oprogramowanie sondy wykonało dokładnie to, co mu polecono, tyle że polecenie było błędne. W rezultacie sprzęt kosmiczny o wartości 200 milionów USD rozbił się o powierzchnię Marsa.

Co ma wspólnego katastrofa na Marsie z The DAO? Wszystko. Kiedy bracia Jentzsch stworzyli swoją pionierską organizację, napisali algorytm, który miał przejąć wszystkie zadania w zarządzaniu organizacją. Podobnie jednak jak programiści pracujący nad sondą Mars Climate Orbiter, stworzyli kod niedoskonały i nieumyślnie pozostawili The DAO podatną na ataki hakerów. 27 maja 2016 roku grupa badaczy technologii blockchain, Dino Mark, Vlad Zamfir i Emin Gün Sirer, opublikowała artykuł, który czytało się jak scenariusz horroru. Autorzy opisali słabości systemu i zaproponowali sposoby rozwiązania niektórych problemów. Zidentyfikowali dziesięć strategii potencjalnego ataku. Dziesięć różnych sposobów na okradzenie firmy przyszłości. Nadali im nawet nazwy, takie jak „atak stalkingowy”, „nalot na tokeny” czy „pułapka równoległych propozycji”. Hollywood nie wymyśliłby lepszych. Ze względu na powagę sytuacji naukowcy wezwali do wstrzymania projektu do czasu zlikwidowania potencjalnych zagrożeń. „Zatrzymajcie to, zanim będzie za późno!”

Zespół przyjął do wiadomości zgłoszone nieprawidłowości i podjął próbę ich usunięcia, jednak szybkie poprawki okazały się niewystarczające. To było jak próba niedopuszczenia do zatonięcia Titanica przy użyciu taśmy klejącej. 17 czerwca 2016 roku anonimowy haker lub grupa hakerów zaatakowała The DAO i przeniosła jedną trzecią środków – 3,6 miliona etherów o wartości 50 milionów USD – na oddzielne konto. W jedną noc ukradziono równowartość rocznego budżetu małego miasta. Agresor wykorzystał błąd w kodzie. Ale jaki błąd? Aby zrozumieć, w jaki sposób hakerzy ukradli środki, wyobraź sobie, że próbujesz wypłacić pieniądze z bankomatu za pomocą karty debetowej. Załóżmy, że masz na koncie tylko 100 USD. Jeśli wypłacisz tę kwotę, bankomat zaktualizuje saldo do 0 USD i zapyta, czy chcesz wykonać jeszcze jakąś operację. Jeśli spróbujesz wypłacić kolejne 100 USD, bankomat odrzuci transakcję. Logiczne, prawda? A teraz wyobraź sobie bankomat zaprogramowany przez roztargnionego programistę. Ten bankomat aktualizuje saldo konta dopiero po wyjęciu karty, a nie natychmiast po wypłacie. Dopóki karta pozostaje w urządzeniu, system będzie zakładał, że na koncie nadal znajduje się 100 USD. Wypłacasz 100 USD. Nie wyjmujesz karty. Wypłacasz kolejne 100. I kolejne. I kolejne.

System pozwala wypłacić 100 USD wiele razy, a bankomat orientuje się, że coś jest nie tak, dopiero po wyjęciu karty. Za późno – złodziej zdążył już uciec z torbą pełną banknotów. Podobny błąd w kodzie The DAO umożliwił hakerom wycofanie większej ilości jednostek ether, niż wpłacili. To jak mieć magiczny portfel, z którego możesz wyjmować pieniądze w nieskończoność. Według Sirera w przypadku smart kontraktów łatwo popełnić taki błąd, a programiści prawdopodobnie przeoczyli go na etapie testowania. „To zadziała” – pomyśleli. I zadziałało. Tylko nie tak, jak powinno. Wszystko wskazuje na to, że hakerzy byli w stanie całkowicie opróżnić portfele The DAO. Mogli ukraść wszystko – 150 milionów dolarów. Jednak zatrzymali się po wycofaniu jednej trzeciej kapitału. Dlaczego? Litość? Strach przed konsekwencjami? A może po prostu im wystarczyło? W efekcie ataku hakerskiego społeczność stanęła przed dylematem godnym króla Salomona. Z jednej strony fundamentalna zasada blockchaina – „Kod jest prawem”. Niezmienność transakcji to święta zasada. Z drugiej – 50 milionów dolarów w rękach złodzieja. Podjęto desperacką, bezprecedensową decyzję. Cofnięto cały blockchain. Wszystkie transakcje zostały cofnięte do stanu sprzed ataku – innymi słowy, operatorzy „cofnęli wskazówki zegara” do momentu tuż przed włamaniem. To jak cofnięcie czasu w filmie science fiction. Dzięki temu inwestorzy mogli odzyskać skradzione środki.

Ostatecznie fundusze nigdy nie trafiły w ręce hakerów. Ale pozostają pytania. Czy hakerzy kiedykolwiek planowali spieniężyć wykradziony ether? W wyniku ataku nastąpił gwałtowny spadek wartości waluty. Może to był plan? Może hakerzy realizowali strategię krótkiej sprzedaży – sprzedali ether przed atakiem, żeby odkupić go taniej po krachu? Genialne, jeśli prawdziwe. Być może nigdy się tego nie dowiemy. Warto jednak zauważyć, że wartość skradzionej waluty wynosiłaby dziś blisko 2 miliardy USD. Gdziekolwiek jest ten haker, pewnie kopie się w tyłek każdego dnia.

Spośród wielu wniosków płynących z ataku na The DAO jednym z najważniejszych może być to, że organizacje, które funkcjonują wyłącznie w oparciu o algorytmy, paradoksalnie są bardziej podatne na błędy ludzkie, niż się wydaje. Człowiek pisze kod. Człowiek robi błędy. Algorytm tylko powiela te błędy w skali przemysłowej. Gdyby ta historia na tym się skończyła, byłaby tylko przestrogą. Ale ludzie są uparci. Od 2016 roku powstały setki nowych DAO, a każde uczyło się na błędach poprzedników. W listopadzie 2021 roku powołano do życia Constitution- DAO – organizację z jednym szalonym celem: kupić oryginalny egzemplarz Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki na aukcji. Szalone? Może. Ale to Ameryka – tam wszystko jest na sprzedaż. Istnieje tylko trzynaście znanych kopii pierwszego wydania konstytucji, z czego tylko dwie znajdują się w rękach prywatnych. To jak kupowanie Mona Lisy, tylko bardziej patriotyczne. ConstitutionDAO zebrała 47 milionów USD w walucie ether od 17 437 darczyńców. Rekord świata – największy crowdfunding w 72 godziny.

Niestety, życie to nie bajka. Na aukcji w lutym 2022 roku przegrali z ofertą wynoszącą 43,2 miliona USD. Chociaż dysponowali większymi środkami, część z nich musiała zostać przeznaczona na zabezpieczenie, ubezpieczenie i transport cennego dzieła. Organizatorzy zwrócili darczyńcom środki po potrąceniu opłat Ethereum. Problem? W niektórych przypadkach opłaty były wyższe niż wartość darowizny. Lekcja? Czytaj drobny druk.

Kolejnym godnym uwagi projektem jest CityDAO, która w 2021 roku poszła inną drogą. Zamiast kupować kawałek historii, kupili kawałek Ameryki – 40 akrów ziemi w Wyoming. Nadali działce nazwę Parcel 0. Zero, bo wszystko gdzieś trzeba zacząć. Członkowie społeczności DAO, zwani obywatelami, obywatelami- założycielami i pierwszymi obywatelami (hierarchia jak w grze RPG), mają możliwość zakupu działek, nadania im nazw, udziału w aukcjach i głosowania nad przeznaczeniem gruntów. To jak SimCity, tylko prawdziwe i z prawdziwymi konsekwencjami prawnymi. Założyciel CityDAO, Scott Fitsimones, postrzega ją jako eksperyment, który pozwala na bezpośrednie powiązanie gruntów fizycznych z łańcuchem bloków. Kupujesz ziemię tokenem, przenosisz własność smart kontraktem.

Nowe rozwiązanie otwiera nieznane wcześniej możliwości zarządzania gruntami – natychmiastowe przenoszenie własności, zero notariuszy, zero papierkowej roboty. CityDAO opiera się na tej samej technologii co The DAO, ale nauczyło się na cudzych błędach. Zarządzanie jest wysoce zautomatyzowane, ale organizacja ma również istotny wymiar społecznościowy. Ludzie plus algorytmy, nie ludzie kontra algorytmy. Obywatele mogą uczestniczyć w funkcjonowaniu portalu, dołączając do „gildii”. Brzmi jak World of Warcraft? Bo trochę tak jest. Mają do wyboru gildie odpowiedzialne za projektowanie i rozwój struktury, obsługę kwestii legislacyjnych i finansowych, edukację publiczną oraz nadzór nad dotacjami. Każdy znajduje coś dla siebie. DAO mogą być w pełni autonomiczne, ale CityDAO pokazuje, że lepiej działają z ludzkim pierwiastkiem. W swoim wykładzie TED z 2022 roku Fitsimones nazwał DAO „czatami grupowymi z kontem bankowym”. Ludzie gadają, głosują, algorytm wykonuje. Demokracja 2.0. CityDAO wybrało Wyoming nieprzypadkowo. To stan, gdzie można kupić broń w supermarkecie i założyć firmę w 15 minut. Wyoming jako pierwsze uznało DAO za spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

W innych stanach DAO to spółki jawne – każdy członek odpowiada całym majątkiem za długi organizacji. Wyoming pokazało, że można inaczej. Dziki Zachód wciąż dziki, tylko teraz cyfrowy.

Lista DAO rośnie jak grzyby po deszczu. VitaDAO wspólnie finansuje i wspiera badania nad długowiecznością człowieka. Może dzięki algorytmom będziemy kiedyś żyć 200 lat? SeedClub sponsoruje projekty społecznościowe. Dobro, ale zdecentralizowane. Krause House miało wielkie marzenia – kupić drużynę NBA. LeBron James grający dla DAO? Czemu nie? Na razie kupili Ball Hogs w lidze BIG3 (koszykówka 3×3 – przyp. tłum.). Małe kroki, ale w dobrym kierunku. W crowdsourcingowej bazie danych Long List of Crypto wymieniono 89 organizacji typu DAO aktywnych w kwietniu 2023 roku. Od finansowania sztuki po zarządzanie lasami. Od badań nad rakiem po produkcję piwa rzemieślniczego. Jeśli coś można zrobić razem, można to zrobić jako DAO. Specyfika organizacji DAO i ich celowość sprawiają, że są to projekty krótkotrwałe. Finalizacja zadania (zakup konstytucji, osiągnięcie określonego poziomu zysków dla uczestników) może oznaczać automatyczne zakończenie działalności lub zmianę celu. Niemniej zdarzają się DAO, które funkcjonują o wiele dłużej, niż pierwotnie zakładano. Prawdopodobnie minie jeszcze wiele lat, zanim DAO lub analogiczne, w pełni zautomatyzowane struktury na dobre zagoszczą wśród nas. Prawo musi nadążyć. Społeczeństwo musi zrozumieć. Technologia musi dojrzeć.

Gdy to nastąpi, musimy być gotowi na swego rodzaju rewolucję. Nie tylko technologiczną, ale i mentalną. Podobnie jak cyfrowi asystenci zmuszają nas do ponownego przemyślenia znaczenia pracy, pewnego dnia będziemy zmuszeni zadać sobie następujące pytanie: Jaki jest cel istnienia organizacji?

Przedstawiony fragment pochodzi z książki Sterowani algorytmami. Nie pytaj, czy AI rządzi biznesem, pytaj, jak bardzo, której autorem jest Marek Kowalkiewicz. Wydawnictwo MT Biznes, 2025.

Wszelkie prawa do treści zastrzeżone.

Polecane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button

Adblock Detected

Please consider supporting us by disabling your ad blocker