Nie liczmy na rozpad Rosji. To najgroźniejszy scenariusz ze wszystkich [WYWIAD]

Kraj rozciągający się przez jedenaście stref czasowych, z atomowym arsenałem i historią, która nieustannie kształtuje jego teraźniejszość. Dla jednych jest to państwo upadające, gospodarczo i demograficznie słabnące, dla innych – imperium, które wciąż może odwrócić światowy porządek. W swojej książce „Rosja. Od rozpadu do faszystowskiej dyktatury. Scenariusze przyszłości 2026–2036” Marcin Łuniewski analizuje przeszłość, teraźniejszość i przyszłość tego państwa, kreśląc możliwe drogi jego rozwoju w nadchodzącej dekadzie.
O tym, czym dziś jest Rosja, dlaczego Rosjanie tak wiele są w stanie znosić i jakie scenariusze mogą nas czekać – rozmawia z nim Filip Lamański, redaktor naczelny portalu Obserwator Gospodarczy.
Rosja – imperium czy stacja benzynowa?
Filip Lamański: Zacznijmy od podstawowego pytania – czym dziś jest Rosja?
Marcin Łuniewski: To pytanie fundamentalne, bo Rosja to coś więcej niż tylko państwo. Dla nas, ludzi Zachodu, Rosja jest przede wszystkim zagrożeniem, wyzwaniem – jeśli użyć delikatniejszego określenia. Natomiast dla samych Rosjan, a już szczególnie dla rosyjskich władz, Rosja pozostaje imperium, któremu „należy się” miejsce w globalnym układzie sił.
Władimir Putin od upadku Związku Radzieckiego postrzega świat w ten sposób: to Zachód, Stany Zjednoczone, Unia Europejska i NATO spiskują, by odbierać Rosji to, co jej się należy. Dla znacznej części Rosjan ich kraj jest czymś więcej – bytem nadrzędnym, „lewitanem”, dla którego warto się poświęcić. Podczas gdy dla Zachodu najważniejsze są prawa jednostki i wolności obywatelskie, w Rosji liczy się przede wszystkim państwo i jego dobro.
Z tego myślenia wynika wiele stereotypów, które są często prawdziwe. Rosjanin może nie mieć prądu w domu, może mieszkać bez toalety, ale jeśli usłyszy w telewizji, że Zachód się boi, a Rosja grozi zniszczeniem Nowego Jorku, to łatwiej mu znieść własne niedostatki. To nie tylko imperialne poczucie wyjątkowości – dla części Rosjan Rosja jest też osobną cywilizacją. Nie Zachodem, nie Wschodem, tylko „Trzecim Rzymem”, pomostem między nimi. W Polsce uważamy się za część Zachodu i oburzamy się, gdy ktoś twierdzi inaczej. Rosjanie natomiast są dumni z tego, że nie należą do żadnego z tych kręgów – tworzą własny.
Dlaczego Rosjanie się nie buntują?
FL: To prowadzi do wątku, który zawsze mnie fascynował. W mediach Zachodu regularnie pojawia się myślenie: „Rosjanom zabraknie prądu, wody, pieniędzy – i się zbuntują”. Jak rozumiem, to błędne założenie?
MŁ: W ogromnej mierze tak. Rosjanie myślą w innych kategoriach. Dla nas odcięcie od prądu czy internetu byłoby katastrofą – dla nich to cena za „wielkość” Rosji. Wystarczy spojrzeć na historię.
W PRL protesty wybuchały z powodów gospodarczych – Grudzień ’70 czy narodziny „Solidarności” zaczęły się od kwestii cen i braków. Związek Radziecki natomiast nie rozpadł się dlatego, że Rosjanie wyszli masowo na ulice. Mimo ogromnych niedoborów protesty nie miały charakteru masowego. System rozpadł się po szwach narodowych – tam, gdzie wcześniej istniały państwa, jak republiki bałtyckie, tam wróciła państwowość. W samej Federacji Rosyjskiej masowych protestów nie było. Nawet w latach 90., które dziś w rosyjskiej propagandzie przedstawiane są jako czasy chaosu i nędzy, nie doszło do wielkich demonstracji przeciwko władzy.
Rosjanie są po prostu przyzwyczajeni do trudnych warunków. Mają ogródki, daczę, marchewkę, ogórki. Służba zdrowia zawsze była kiepska – jeśli się pogarsza, to trudno. „Za Stalina było gorzej, za Jelcyna też, przeżyliśmy i teraz przeżyjemy” – to bardzo powszechne myślenie. Głodu nie ma, kanibalizmu – który rzeczywiście miał miejsce w latach 20. XX wieku – również. To pokazuje, jak ogromną zdolność do znoszenia trudności ma rosyjskie społeczeństwo.
Scenariusze przyszłości – od demokratyzacji po „Koreę Północną na sterydach”
FL: Skoro wiemy już, jak wygląda rosyjska teraźniejszość i dlaczego społeczeństwo zachowuje się tak, a nie inaczej – przejdźmy do przyszłości. W książce opisuje Pan kilka scenariuszy. Które z nich są najlepsze, a które najgorsze z punktu widzenia Polski?
MŁ: Najlepszy scenariusz to oczywiście demokratyzacja Rosji. To byłoby korzystne nie tylko dla Polski, ale dla całego świata. Rosja przestałaby być państwem agresywnym i nieprzewidywalnym. Ale musiałoby dojść do zmiany wewnątrz systemu – ktoś z samej góry musiałby rozpocząć proces liberalizacji, jak Chruszczow po Stalinie czy Gorbaczow w latach 80. Dziś opozycja demokratyczna jest rozbita i działa głównie za granicą. W kraju nie ma realnych sił, które mogłyby przeprowadzić taką transformację.
Innym wariantem byłaby „demokratyzacja siłowa” – jak w Niemczech czy Japonii po II wojnie światowej – czyli bezwarunkowa kapitulacja i okupacja przez Zachód. Ale to jest czysta fantazja. Realnie demokratyzacja mogłaby nastąpić dopiero po serii dramatycznych wydarzeń: klęsce wojennej, utracie okupowanych terytoriów, ogromnym kryzysie gospodarczym i załamaniu się autorytetu władzy. Tylko taki wstrząs mógłby doprowadzić do tego, że ktoś z elity uzna: „trzeba coś zmienić, bo inaczej stracimy wszystko”.
Najbardziej realistyczny z pozytywnych scenariuszy jest jednak inny – taki, w którym Rosja zajmuje się sobą. Odkłada imperialne plany i skupia się na naprawie gospodarki, modernizacji technologicznej i odbudowie armii. To nie oznacza, że przestaje być zagrożeniem, ale na jakiś czas jej agresywność maleje.
Rosja próbowałaby nadgonić cyfryzację, rozwój sztucznej inteligencji i odejść od gospodarki opartej na surowcach. Byłby to wariant „technokratycznego resetu” – podobnego do okresu prezydentury Dmitrija Miedwiediewa. Rosja nadal groziłaby Zachodowi, prowadziła działania hybrydowe, ale byłaby bardziej skoncentrowana na własnym rozwoju i współpracy z Globalnym Południem, głównie z Chinami i Indiami.
Najczarniejszy scenariusz: militarna dyktatura
MŁ: Z drugiej strony mamy scenariusz najgorszy – i niestety najbardziej prawdopodobny, dopóki żyje i rządzi Władimir Putin. Nazywam go „Koreą Północną na sterydach”. To Rosja jeszcze bardziej zmilitaryzowana, jeszcze bardziej autorytarna.
Nie stanie się ona autarkią jak Korea Północna – bo jej gospodarka jest kapitalistyczna i potrzebuje kontaktu ze światem – ale ograniczy relacje głównie do państw wschodnich. Nadal będzie próbowała prowadzić interesy z wybranymi partnerami w Europie, jeśli pojawią się prorosyjskie rządy (np. Marine Le Pen we Francji czy populiści w Niemczech). Będzie też próbowała przyciągać zachodnie firmy, które widzą w Rosji ogromny rynek.
Rosja będzie się zbroić, prowadzić testy broni, możliwe że nawet próby nuklearne – bo wypowiedziała układ o zakazie takich testów. Groźby atomowe staną się narzędziem nacisku. Do tego dojdą działania hybrydowe: cyberataki, podpalenia, sabotaże infrastruktury.
Będzie to także państwo, które utrzymuje ogromną armię na granicach – nie tylko po to, by prowokować Zachód, ale też by kontrolować weteranów wojny. Po zakończeniu wojny w Ukrainie do Rosji wrócą dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy ludzi – często zradykalizowanych, z PTSD, z faszystowskimi poglądami. Gdyby zostali bez zajęcia, mogliby stać się zagrożeniem dla reżimu. Dlatego Kreml będzie ich trzymał w koszarach, płacąc im lepiej niż mogliby zarobić w cywilu.
Rozpad Rosji – kuszący, ale niebezpieczny
FL: A scenariusz rozpadu Rosji? Wielu analityków mówi, że to byłoby najlepsze rozwiązanie.
MŁ: To najbardziej nierealny wariant – i choć kuszący, niesie ze sobą ogromne zagrożenia. Największe z nich to broń nuklearna. Rosja ma ponad 5,5 tysiąca głowic rozmieszczonych w różnych częściach kraju. Jeśli państwo się rozpadnie, kto przejmie nad nimi kontrolę? Czy nowo powstałe republiki oddadzą je jak Ukraina po 1991 roku? A jeśli nie?
Istnieje ryzyko, że technologia jądrowa trafi w ręce terrorystów albo państw takich jak Iran. Albo że naukowcy atomowi uciekną do Korei Północnej. Nawet jeśli terroryści nie zdobędą rakiet międzykontynentalnych, mogą zbudować „brudną bombę”.
Do tego dochodzą inne zagrożenia: fala uchodźców, przemyt broni konwencjonalnej, destabilizacja całych regionów. I nie wszystkie nowe byty byłyby demokracjami – wiele z nich mogłoby być miniaturowymi autokracjami rządzonymi przez lokalne klany.
Trzeba też pamiętać, że w skład Federacji Rosyjskiej wchodzą dziś regiony, które nie mają historii własnej państwowości – poza nielicznymi wyjątkami jak Chanat Kazański. Związek Radziecki rozpadł się, bo tworzyły go republiki, które wcześniej były państwami – jak kraje bałtyckie czy Armenia. Współczesna Rosja to coś innego. Nawet Czeczenia, która próbowała się oderwać w latach 90., ostatecznie została brutalnie spacyfikowana. Jeśli Moskwa zdołała to wtedy – w czasach kryzysu – to dlaczego miałaby nie zrobić tego dziś?
Polska i Zachód – jak rozgrywać Rosję?
FL: Patrząc z naszej perspektywy – czy scenariusz „osłabionej, ale całościowej Rosji” to najlepsze, co możemy sobie wymarzyć?
MŁ: Tak – pod pewnymi warunkami. Najważniejszy z nich to utrzymanie twardej postawy przez Zachód. Nie możemy powtórzyć błędów z przeszłości. Przykład? „Reset” Baracka Obamy i próba ocieplenia relacji z Moskwą, gdy prezydentem był Dmitrij Miedwiediew. Wtedy wielu uwierzyło, że Rosja może się zliberalizować. Kilka lat później Putin wrócił i anektował Krym.
Każda próba dialogu z Moskwą musi być obwarowana warunkami: wycofaniem wojsk z Ukrainy, wypuszczeniem więźniów politycznych, ograniczeniem zbrojeń. I te warunki muszą być kontrolowane. Dopiero wtedy można rozmawiać o jakimkolwiek znoszeniu sankcji.
Rosja nie zniknie z mapy. Zawsze będzie naszym sąsiadem i państwem, z którym trzeba się liczyć. Ale to nie znaczy, że trzeba jej ustępować. Trzeba ją trzymać w ryzach – gospodarczo, militarnie, politycznie. Jeśli Zachód utrzyma jedność i konsekwencję, Rosja może być słabsza, mniej agresywna i bardziej przewidywalna.
Rola Chin – sojusz autorytaryzmów
FL: A jaką rolę w tym wszystkim mogą odegrać Chiny?
MŁ: Już teraz odgrywają ogromną. I to niekoniecznie w sposób, który byłby korzystny dla Zachodu. Pekin ma coraz większy wpływ na Moskwę – i nie byłby zadowolony z demokratyzacji Rosji. Demokratyczna, prozachodnia Rosja oznaczałaby koniec obecnego układu, w którym Chiny mogą liczyć na tanie surowce, lojalnego sojusznika i państwo, które rozprasza uwagę Zachodu.
Dlatego scenariusz „odwróconego Nixona” – czyli próba oderwania Rosji od Chin – jest dziś nierealny. W latach 70. Stany Zjednoczone zbliżyły się do Chin, by osłabić ZSRR. Dziś to się nie uda. Rosja i Chiny potrzebują siebie nawzajem. Rosja daje Chinom surowce i wsparcie polityczne w ONZ. Chiny dają Rosji technologie i rynek zbytu. To układ symbiotyczny – i żadne z tych państw nie ma dziś alternatywy.
W skrajnym scenariuszu Chiny mogą próbować siłą zająć Tajwan, a Rosja w tym samym czasie wywołać kryzys w Europie – na przykład na Łotwie. Takie „rozdwojenie frontu” mogłoby rozproszyć zasoby USA i NATO. To czarny scenariusz, ale nie nierealny.
Dla Pekinu Rosja autorytarna, stabilna i wroga Zachodowi to idealny partner. Nawet jeśli jest słabsza gospodarczo, jest politycznie użyteczna.
Czy przyszłość Rosji jest już przesądzona?
FL: Na koniec – po napisaniu tej książki, po miesiącach analiz i rozmów – czy Pan uważa, że przyszłość Rosji jest już przesądzona?
MŁ: Absolutnie nie. Rosja potrafi zaskakiwać – zarówno świat, jak i samą siebie. W 1916 roku mało kto spodziewał się rewolucji, a jednak w ciągu roku państwo się zawaliło. W 1985 roku Związek Radziecki wyglądał na stabilny – a sześć lat później już go nie było.
Niemniej dziś rosyjskie społeczeństwo wydaje się być niezdolne do masowych antyrządowych protestów. Dlatego najbardziej prawdopodobne są dwa scenariusze: albo Rosja pogrąży się jeszcze głębiej w autorytaryzmie i militaryzacji – „Korea Północna na sterydach” – albo skupi się na sobie i odłoży imperialne marzenia, choć nie zrezygnuje z nich całkowicie. Scenariusz demokratyczny nie jest niemożliwy – ale dziś bardzo mało realny.

![Cena polityki oszczędnościowej. 170 tys. dodatkowych zgonów w Wielkiej Brytanii [BADANIE]](https://obserwatorgospodarczy.pl/wp-content/uploads/2026/03/patricklfc93-castle-7728772_1920-390x220.jpg)


