Zatrzymać samotność, odbudować wspólnotę – recepta na więcej dzieci [WYWIAD]

Nie da się mieć więcej dzieci bez odbudowy relacji, wspólnoty i poczucia sensu. Bartosz Marczuk proponuje kompleksowy plan dla polskiej demografii – „demograficznego Pegaza”. Od bonu mieszkaniowego po zakaz smartfonów w szkołach – wszystko po to, by Polska znów stała się krajem przyjaznym rodzinie.
Filip Lamański: Zacznijmy od najprostszego pytania: jak uniknąć demograficznej katastrofy?
Bartosz Marczuk: W książce, którą napisałem wspólnie z Michałem Kotem, staramy się odpowiedzieć właśnie na to pytanie. Proponujemy koncepcję, którą nazwaliśmy „demograficznym Pegazem”. Pegaz kojarzy się z siłą, wolnością i przekraczaniem barier — i właśnie takie podejście chcemy zaproponować. Nie podchodzimy do demografii fatalistycznie. Uważamy, że można tutaj podjąć działania, tylko trzeba reagować kompleksowo.
Słowo PEGAZ to akronim, który rozwijamy jako:
- P – potrzeby i aspiracje,
- E – emocje,
- G – godność,
- A – atrakcyjność Polski,
- Z – zagranica.
Każda z tych liter odpowiada jednemu z obszarów, które muszą być spełnione, abyśmy mogli zatrzymać spadek liczby urodzeń i zbudować silne społeczeństwo.
Filip Lamański: Czym są P „potrzeby i aspiracje” w kontekście demografii?
Bartosz Marczuk: To punkt wyjścia. Dzieci nie pojawią się, jeśli ludzie nie będą ich po prostu chcieli mieć. Potrzeby i aspiracje zależą od kultury, która nas otacza — od tego, czy w społeczeństwie posiadanie dzieci jest wartością, czy raczej marginalnym wyborem. Czy prestiż społeczny wiąże się z rodziną, czy wyłącznie z karierą i pieniędzmi. Jak rodziny przedstawiają media. Dopóki dzieci nie będą postrzegane jako coś wartościowego, trudno będzie oczekiwać wzrostu dzietności.
Potem dochodzi drugi krok – relacja, emocje, bo przecież żeby mieć dzieci, trzeba najpierw stworzyć związek. I tutaj widać ogromny problem: coraz mniej ludzi wchodzi w trwałe relacje.
Filip Lamański: Z badań CBOS wynika, że Polacy deklaratywnie chcą mieć dzieci, więc z tą „potrzebą” chyba nie jest źle. Ale patrząc na „E”, czyli emocje — mamy problem. Aż 44 proc. Polaków przed trzydziestką to single, a kolejne 21 proc. jest w związku, ale nie mieszka z partnerem. Czy to nie jest kluczowa bariera? Możemy mówić o mieszkaniach czy 800+, ale bez relacji nie ma rodzin.
Bartosz Marczuk: To prawda, ale nie zbagatelizowałbym tych potrzeb i aspiracji. Bo to, jak społeczeństwo postrzega rodzinę, ma wpływ także na decyzję o wejściu w związek. Rzeczywiście, mamy dziś kulturę singla, samotności, braku wspólnotowości. W książce piszemy o tym szerzej – czy Polska jest krajem pro family, czy raczej anti family. Czy mamy tzw. family mainstreaming, czyli myślenie o rodzinie jako o fundamencie wspólnoty.
Trzeba też walczyć z mitem, że Polacy nie chcą mieć dzieci. To nieprawda. W małżeństwach mamy pełną zastępowalność pokoleń – czyli średnio dwoje dzieci. Dużym problemem jest bezdzietność, która obniża wskaźnik dzietności w całym społeczeństwie. Dlatego kluczowe jest, by prestiż społeczny był powiązany z rodziną, nie tylko z sukcesem zawodowym. Jednym z naszych pomysłów jest „głosowanie rodzinne” – rodzice mogliby oddawać głosy w wyborach również w imieniu swoich dzieci.
Filip Lamański: To dość nietypowy pomysł. Czy coś takiego funkcjonuje gdzieś na świecie?
Bartosz Marczuk: Jeszcze nie, ale było już szeroko dyskutowane, np. w Japonii i Niemczech. To koncepcja znana jako Demeny voting – od nazwiska demografa Paula Demenego. System jest prosty: rodzic, który wychowuje dziecko do 18. roku życia, ma pół głosu za każde dziecko. Czyli para z dwójką dzieci oddaje w wyborach cztery głosy zamiast dwóch. To nie tylko symboliczne, ale i praktyczne wzmocnienie rodzin w życiu publicznym. Partie widząc, że wyborcy-rodzice mają większy wpływ, zaczęłyby bardziej uwzględniać ich potrzeby.
Filip Lamański: Wspomniałeś o wspólnocie. Mam wrażenie, że w Polsce mamy z nią coraz większy problem. Coraz częściej myślimy indywidualnie, a nie wspólnotowo.
Bartosz Marczuk: To prawda, choć nie jest jeszcze tak źle. W książce przywołujemy badania pokazujące, że Polska wciąż nie należy do najbardziej zindywidualizowanych społeczeństw. Ale tempo przechodzenia od wspólnotowości do indywidualizmu jest u nas jednym z najszybszych na świecie. Warto też pamiętać, że religia — niezależnie od tego, czy ktoś jest głęboko wierzący, czy tylko pielęgnuje tradycję — wzmacnia poczucie wspólnoty. Widać to choćby wśród Żydów świeckich, którzy mimo braku religijności zachowują silne więzi rodzinne i mają wyższą dzietność.
Proponujemy też konkretne działania, które mogłyby to wspólnotowe myślenie wzmacniać. Na przykład trzymiesięczne szkolenie dla wszystkich młodych ludzi po ukończeniu szkoły średniej. Byłoby to połączenie szkolenia rezerwistów z nauką pracy w służbach państwowych – w armii, straży pożarnej czy ratownictwie. Ale chodzi nie tylko o praktyczne umiejętności. To byłaby okazja, by uczyć młodych ludzi współpracy, odpowiedzialności i służby wspólnocie – w sposób nienachalny, nowoczesny i ciekawy.
Filip Lamański: To bardzo ciekawy pomysł – coś podobnego proponowaliśmy swego czasu na „Obserwatorze Gospodarczym”. Myślenie wspólnotowe rzeczywiście wydaje się dziś kluczowe, bo z relacjami społecznymi mamy poważny problem.
Bartosz Marczuk: Tak, i to właśnie brak relacji jest dziś największym czynnikiem uderzającym w dzietność. My to w książce policzyliśmy: około 30 procent kobiet urodzonych w latach 80. nie ma dzieci. Gdyby odsetek bezdzietnych spadł o połowę – do 15 procent – nasz wskaźnik dzietności wzrósłby z 1,1 do ponad 1,4. To oznaczałoby 80 tysięcy urodzeń więcej rocznie.
Problem zaczyna się już na etapie nawiązywania relacji. Z naszych analiz wynika, że w Polsce ponad 2,6 miliona osób w wieku 18–39 lat żyje samotnie. W grupie 25–39 lat to aż 1,5 miliona singli. To ogromna liczba.
Na to wszystko nakłada się szereg czynników: cyfrowe uzależnienie, pornografia, portale randkowe, brak realnych kontaktów społecznych, rozpad więzi rodzinnych. Młodzi ludzie coraz częściej uczą się emocji z ekranu, a nie z relacji twarzą w twarz. Dlatego postulujemy m.in. zakaz używania smartfonów w szkołach, zakaz zakładania kont w mediach społecznościowych do 16. roku życia oraz realne egzekwowanie zakazu pornografii dla nieletnich.
To nie są postulaty „moralne” – to działania chroniące rozwój emocjonalny dzieci i ich zdolność do budowania relacji w dorosłym życiu.
Filip Lamański: Widać to zresztą bardzo wyraźnie w codziennym życiu. Mieszkam na wsi i pamiętam, że 20 lat temu na boisku zawsze było pełno dzieciaków. Dziś, mając trzydzieści lat, wciąż jestem tam jednym z najmłodszych – młodzieży po prostu nie ma. Nie dlatego, że ich nie ma w ogóle, tylko dlatego, że nigdzie się nie spotykają.
Bartosz Marczuk: Świetny przykład. Dawniej takie podwórkowe grupy rówieśnicze były szkołą życia. Uczyły rywalizacji, współpracy, kompromisu, radzenia sobie z porażką. Dziś dzieci i młodzież uczą się tego wszystkiego w świecie cyfrowym – w którym „kliknięciem” można wymienić znajomego, partnera czy rozmówcę. To ma dramatyczne skutki. W związkach nie uczymy się wytrwałości – wystarczy, że pojawi się pierwszy konflikt, i wiele osób po prostu „zmienia” partnera. Tymczasem relacja wymaga pracy, kompromisu i empatii.
Dochodzi do tego jeszcze rozchodzenie się świata kobiet i mężczyzn – zarówno geograficzne, jak i statusowe. W dużych miastach na 100 mężczyzn przypada dziś około 115 kobiet w wieku rozrodczym, bo młode kobiety częściej migrują do aglomeracji. Do tego dochodzi różnica w wykształceniu: ponad 50 procent młodych kobiet ma dyplom uczelni wyższej, podczas gdy wśród mężczyzn ok. 35 procent. Kobiety naturalnie oczekują partnerów o podobnym lub wyższym statusie, co sprawia, że trudniej im znaleźć odpowiedniego mężczyznę.
Dlatego tak mocno podkreślamy w książce znaczenie lokalności. Polska to nie tylko pięć największych miast. Inwestycje w mniejsze miejscowości – w miejsca pracy, infrastrukturę, szkoły, żłobki – to inwestycja w demografię.
Jeśli młodzi ludzie zobaczą, że mogą mieć dobrą jakość życia także poza metropolią, będą tam zostawać, zakładać rodziny, a nie emigrować za perspektywą. Lokalność to też sposób na odbudowę więzi – zarówno rodzinnych, jak i społecznych.
Filip Lamański: Trzecią literą w „Pegazie” jest G – godność. W książce piszecie, że chodzi o kwestie materialne. Czyli z jednej strony o to, by Polacy mieli za co wychowywać dzieci, a z drugiej — by mieli gdzie mieszkać. Polska powiatowa wciąż ma z tym duży problem.
Bartosz Marczuk: To prawda, choć warto podkreślić, że lokalność przewija się przez wszystkie elementy Pegaza.
My definiujemy „godność” jako złoty czworokąt — cztery filary, od których zależy poczucie bezpieczeństwa rodzin:
- Wsparcie finansowe,
- Rynek pracy,
- Usługi dla rodzin – żłobki, przedszkola, szkoły, opieka zdrowotna,
- Mieszkanie – jako osobny, kluczowy element.
Jeśli chodzi o wsparcie finansowe, sytuacja nie jest zła, ale wymaga uporządkowania. Proponujemy np. debatę o powrocie do kryterium dochodowego w 800+ – tak, by najbogatsze rodziny nie otrzymywały świadczenia na pierwsze dziecko. Dzięki temu środki można byłoby skierować tam, gdzie są najbardziej potrzebne, przede wszystkim na mieszkania dla młodych rodzin.
Jeśli chodzi o usługi dla rodzin, w ostatnich latach nadgoniliśmy z liczbą żłobków, ale wciąż w 40% gmin nie ma żadnej placówki opieki nad małym dzieckiem. Szkoły natomiast wymagają gruntownej poprawy – nie tylko jakości, ale i organizacji. W wielu z nich dzieci mają zajęcia na dwie zmiany, nie ma ciepłych obiadów ani dodatkowych aktywności. Nic dziwnego, że 72% rodziców wykupuje prywatne zajęcia dla dzieci. Proponujemy więc pakt dla szkół – kompleksową reformę obejmującą zarówno infrastrukturę, jak i sposób funkcjonowania placówek.
Na rynku pracy problemem numer jeden jest brak elastyczności. W Polsce tylko 8% kobiet w wieku 25–49 lata pracuje w niepełnym wymiarze godzin, podczas gdy np. w Holandii czy Szwajcarii – ponad 50%. To utrudnia godzenie pracy z macierzyństwem. A z drugiej strony, trzeba też docenić rodziców pracujących w domu – bo opieka nad dziećmi to również praca, choć niewynagradzana.
Ale naszym flagowym postulatem w tym obszarze jest program mieszkaniowy. Przeanalizowaliśmy wszystkie dotychczasowe rozwiązania i żadnego, które realnie łączyłoby politykę mieszkaniową z demograficzną, po prostu nie było. Proponujemy więc tzw. bon mieszkaniowy – program wsparcia finansowego przy zakładaniu rodziny:
- 40 tys. zł na cele mieszkaniowe przy urodzeniu pierwszego dziecka lub zawarciu małżeństwa,
- 60 tys. przy drugim dziecku,
- 100 tys. przy trzecim.
Łącznie więc rodzina z trójką dzieci mogłaby otrzymać nawet 200 tys. zł. Taka kwota w mniejszych miejscowościach oznacza zupełnie co innego niż w dużych miastach – mogłaby pozwolić np. na adaptację poddasza, remont czy budowę dodatkowego pokoju. Co ważne, program nie zmuszałby do zaciągania kredytu – dawałby ludziom realną swobodę decyzji.
Całość kosztowałaby ok. 15 miliardów złotych rocznie – czyli mniej więcej tyle, ile można byłoby zaoszczędzić, wprowadzając wspomniane kryterium dochodowe w 800+ dla najzamożniejszych, tylko przy pierwszym dziecku.
To są środki, które mogłyby zostać przekierowane z zasiłków dla zamożnych do młodych rodzin, które naprawdę potrzebują wsparcia.
Filip Lamański: To bardzo konkretna propozycja. Przejdźmy do liter A i Z. A to „atrakcyjność Polski”, a Z – „zagranica”. Jak rozumieć te pojęcia?
Bartosz Marczuk: W tym punkcie wychodzimy już poza kwestie wewnętrzne. Atrakcyjność Polski oznacza stworzenie takiego kraju, do którego ludzie będą chcieli wracać. Zarówno Polacy z emigracji, jak i osoby polskiego pochodzenia. Na świecie żyje około 20 milionów ludzi polskiego pochodzenia – to ogromny potencjał, który niemal całkowicie zaniedbaliśmy. Polska od trzydziestu lat nie ma spójnej polityki repatriacyjnej. Dlatego postulujemy stworzenie programu „Repatriacja 2.0” – nowoczesnego systemu zachęcającego Polaków i ich potomków do powrotu do kraju.
Dla przykładu, udało się to w Irlandii. W latach 1996–2023 wróciło tam 720 tysięcy Irlandczyków – czyli równowartość 15 procent obecnej populacji kraju. Gdyby w Polsce osiągnąć podobny wynik, wróciłoby do nas około 6 milionów Polaków. To pokazuje, że można tu działać.
Powinniśmy więc stworzyć system zachęt: programy stypendialne dla dzieci emigrantów, promocję studiów w Polsce, naukę języka polskiego za granicą, sieci kontaktów, programy stażowe. Do tego potrzebna jest silna, profesjonalna dyplomacja i soft power, które dziś praktycznie nie istnieją.
Z – zagranica to natomiast mądra, realistyczna polityka imigracyjna. Musimy ściągać do Polski cudzoziemców, ale w sposób przemyślany i kontrolowany – nie powtarzając błędów krajów zachodnich. Najlepiej działa model punktowy, znany z Kanady, Australii czy USA: imigrantów wybiera się na podstawie kwalifikacji, wieku, zdrowia, wykształcenia. A najskuteczniejszym sposobem integracji jest rynek pracy – nie zasiłki. Trzeba też kontynuować dobrą integrację z imigrantami, którzy już są w Polsce, i unikać niepotrzebnej histerii antyimigracyjnej.
Filip Lamański: Na koniec hipotetyczna sytuacja: przychodzi do was polityk i mówi – świetna książka, ale możemy zrealizować tylko jedną rzecz. Co byłoby priorytetem?
Bartosz Marczuk:
Trudne pytanie, bo nie ma jednej cudownej recepty. Każdy ma inne potrzeby: ktoś nie ma partnera, ktoś inny – pracy, mieszkania albo stabilności. Dlatego trzeba działać na wszystkich polach jednocześnie – od kultury i wspólnoty po mieszkania i repatriację.
Ale jeśli musiałbym bezwzględnie wskazać jedno działanie, to postawiłbym na program mieszkaniowy. Dla wielu ludzi to podstawowa bariera. Trzeba stworzyć taki system, żeby posiadanie dziecka nie było „kosztem”, ale „finansową nagrodą” – żeby rodzice mieli realne poczucie, że im się to opłaca. Na przykład poprzez bon mieszkaniowy czy zachęty w systemie emerytalnym – rozwiązania, które wprowadzają już Słowacy, Czesi i Hiszpanie.
Może nawet powinniśmy myśleć odważniej – żeby te kwoty były większe. To byłby prawdziwy impuls demograficzny.
Filip Lamański: Czyli rozwiązanie proste, ale realne.
Bartosz Marczuk: Dokładnie tak. Demografii nie da się naprawić jednym ruchem, ale można ją odbudować konsekwentnie – krok po kroku, jeśli państwo potraktuje rodzinę jako priorytet.

![Cena polityki oszczędnościowej. 170 tys. dodatkowych zgonów w Wielkiej Brytanii [BADANIE]](https://obserwatorgospodarczy.pl/wp-content/uploads/2026/03/patricklfc93-castle-7728772_1920-390x220.jpg)


