Afryka Północna: cichy strażnik europejskiego bezpieczeństwa [WYWIAD]

Afryka Północna stała się dziś faktyczną bramą do Europy — i to od jej stabilności zależy, czy kontynent uniknie kolejnego kryzysu migracyjnego. Maciej Pawłowski, autor książki „Brama do Europy” tłumaczy, dlaczego Maroko, Tunezja, Egipt i Libia są kluczowe dla naszego bezpieczeństwa oraz jak wielkie mocarstwa próbują przejąć nad nimi kontrolę.
Filip Lamański: Czy „brama do Europy” to naprawdę brama dla wszystkich mieszkańców Afryki, którzy chcą dostać się na nasz kontynent?
Maciej Pawłowski: W zasadzie tak. Nie ma większej alternatywy. Można jeszcze próbować przez Turcję, ale poza tym kierunkiem zostaje właściwie Afryka Północna. Była kiedyś Białoruś, ale tamte granice już zamknięto, a to i tak nie były duże liczby. W praktyce więc każdy nielegalny migrant, który chce dostać się do Europy, musi przejść przez Afrykę Północną. Mamy kilka wąskich gardeł: Maroko i Cieśninę Gibraltarską, hiszpańskie eksklawy Ceutę i Melillę, Wyspy Kanaryjskie. Dalej Tunezję i Libię jako kierunek na Lampeduzę i Maltę. No i Turcję, ale tak czy inaczej — w pewnym momencie trzeba przekroczyć Afrykę Północną.
Czyli wychodzi na to, że całe bezpieczeństwo Europy w kwestii kontroli migracji zależy od państw Afryki Północnej. Co my możemy zrobić? Albo co powinniśmy robić, żeby nad tym zapanować?
Dużo już zrobiła Unia. Po kryzysie z lat 2015–2016, kiedy granice UE przekroczyło około dwóch milionów osób, dziś te liczby są czterokrotnie niższe. To głównie dlatego, że po tamtym kryzysie zawarto szereg umów z państwami północnoafrykańskimi: z Libią, Tunezją, odświeżono porozumienie z Marokiem, była też słynna umowa z Turcją. Niemcy zawarły porozumienie z Egiptem, Algieria współpracuje ze Stanami Zjednoczonymi przy patrolowaniu Morza Śródziemnego. Te porozumienia spowodowały gwałtowny spadek migracji. Można o nich dyskutować z perspektywy humanitarnej, ale są skuteczne.
W książce pokazujesz, że te kraje mocno się od siebie różnią. Podobało mi się twoje porównanie Egiptu do „Rosji Afryki Północnej”. Kiedyś mówiono nawet, że Maroko mogłoby wejść do Unii, ale dziś o tym cisza. Jak bardzo one się różnią? I które jest Europie najbliższe cywilizacyjnie?
Podobieństwa są większe, niż nam się wydaje. To inny krąg kulturowy, ale Afryka Północna to miejsce zderzenia trzech kultur: śródziemnomorskiej, arabskiej i afrykańskiej.
Najsilniejsza jest kultura śródziemnomorska — ta sama, którą znamy z Hiszpanii czy Włoch: hedonistyczna, nastawiona na przyjemność życia. Kultura arabska jest odwrotna — kontrolująca zachowania i popędy. To powoduje wewnętrzne napięcia. Te kraje są momentami bardziej podobne do południowej Europy niż do Bliskiego Wschodu.
Najbardziej europejskie jest społeczeństwo Tunezji. A za 15–20 lat — moim zdaniem — również Maroko, które rozwija się bardzo szybko.
Zawsze myślałem, że Arabowie z Bliskiego Wschodu i Arabowie z Afryki Północnej to właściwie to samo. A z twojej książki wynika, że to zupełnie inni ludzie.
Tak. Mają wewnętrzny konflikt tożsamościowy. Nie wiedzą, czy chcą być bardziej 'bliskowschodni’, czy bardziej europejscy. Są muzułmanami, ale ich podejście do seksualności, alkoholu czy stylu życia jest znacznie bardziej liberalne niż w krajach Zatoki. Mnóstwo ludzi pije alkohol, ale robi to po cichu. Mnóstwo zwyczajów jest bardzo europejskich, ale oficjalnie udaje się konserwatyzm.
Ta hipokryzja de facto spaja społeczeństwa.
Myślisz, że ta hipokryzja kiedyś się skończy? Czy młodsze pokolenie pójdzie bardziej w stronę Europy?
To jeszcze potrwa 30–50 lat. Kierunek zmian zależy od atrakcyjności Europy i krajów Zatoki. Jeśli to Europa okaże się bardziej atrakcyjna ekonomicznie i kulturowo, to lokalne społeczeństwa będą ją naśladować. W latach 70. Algieria, Tunezja i Egipt były bardziej liberalne niż dziś, ale wpływ krajów Zatoki to zmienił. Robotnicy wracali z Arabii Saudyjskiej i wierzyli, że dobrobyt wynika z konserwatywnego islamu. Jeśli kraje Zatoki będą nadal rosnąć, ich wzorzec może dominować.
A jak wygląda gra mocarstw? Chińczycy, Rosjanie, Europa?
Europa jest słabsza niż kiedyś. Francja została wypchnięta z dużej części Afryki Zachodniej. Rosjanie przejęli część wpływów, ale nie radzą sobie z zapewnieniem bezpieczeństwa — czego dowodem są narastające ataki islamistów w Mali i okolicy.
Rosjanie chcą głównie zabezpieczać swoje interesy: huty, kopalnie, eksploatację zasobów. Francuzi też mieli interesy, ale inwestowali i utrzymywali bezpieczeństwo. Włosi z kolei wchodzą tam, gdzie wypchnięto Francuzów — zwłaszcza w Algierii.
Chińczycy natomiast są najbardziej długoterminowi. Udzielają pożyczek, uzależniają państwa ekonomicznie. Mogą stać się główną siłą w regionie.
A to może oznaczać, że brama do Europy otworzy się szerzej?
Jeśli Chinom będzie to opłacalne — tak. Mogą wpływać na decyzje polityczne w regionie. W Afryce Subsaharyjskiej już widać kraje, które czują się przez nich oszukane — brały kredyty, których nie są w stanie spłacić. Dług zamienia się w narzędzie politycznego nacisku.
A z polskiego punktu widzenia — czy mamy tam jakieś interesy?
Trochę tak. Najwięcej w Maroku, gdzie polska firma kupiła trzecią co do wielkości mleczarnię, działa też Can-Pack. Ale nie jest nas dużo. Instytucje regionu przypominają Polskę z lat 90.: dużo korupcji, duża niepewność. Mimo to eksport rośnie, a Polska globalnie radzi sobie lepiej niż wynikałoby z naszego potencjału.
Jakie są długoterminowe scenariusze dla Afryki Północnej? Co może się tam wydarzyć za 20–30 lat?
Najgorszy scenariusz to przejęcie władzy przez islamistów. Wtedy migracja do Europy mogłaby być masowa. W 1991 roku Algierczycy demokratycznie wybrali islamistów, bo wierzyli, że stworzą 'Państwo Boże’. Nikt nie przewidział, że będzie to oznaczało kontrolę życia prywatnego.
Dlatego Europa nie powinna całkowicie odwracać się od lokalnych dyktatur — zapewniają stabilność. W Libii władzę przejmie prawdopodobnie rodzina Haftara. Maroko będzie szło w kierunku europejskim. Tunezja i Algieria pozostaną autorytarne. Największym problemem jest Egipt — gigantyczny kryzys gospodarczy i groźba wybuchu społecznego.
Europa powinna inwestować w edukację, stypendia, włączenie tych krajów do Erasmusa. Formalna demokracja byłaby tam niebezpieczna — społeczeństwa w dużej części głosowałyby na radykałów. Trzeba stawiać na demokratyzację społeczną, nie instytucjonalną.
Czyli to taki pomost między Europą a chaotycznym Sahelem?
Tak. Sahel to dziś ogromny chaos. Islamiści blokują nawet dostawy benzyny. Afryka Północna na szczęście jest stabilna — ale jeśli by się zdestabilizowała, Europa miałaby natychmiast nowy kryzys migracyjny.

![Cena polityki oszczędnościowej. 170 tys. dodatkowych zgonów w Wielkiej Brytanii [BADANIE]](https://obserwatorgospodarczy.pl/wp-content/uploads/2026/03/patricklfc93-castle-7728772_1920-390x220.jpg)


