Czekając na nową partię [FELIETON WYSOCKIEGO]

Polacy chcą zmian na scenie politycznej. Według badania SW Research niemal co trzeci ankietowany widzi miejsce dla nowej partii. Najnowsza historia pokazuje, że tworzenie kolejnych bytów partyjnych nie jest takie proste, ale – z drugiej strony – poziom niezadowolenia z obecnej oferty tworzy nową sytuację i dobrą perspektywę. Pytanie, co miałaby do zaproponować nowa formacja? A może, co powinna?
Pracownia badawcza zadała pytanie: „czy liczy Pani/Pan na pojawienie się nowej partii, która zmieni układ sił na scenie politycznej przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r.?”. Największa grupa (42,8 proc.) stawia na stabilizację i przewidywalność i nie ma oczekiwań co do nowych inicjatyw politycznych. Zauważmy jednak, że jest to mniejszość. Na nową partię liczy 32,1 proc. respondentów, a 25,1 proc. nie ma zdania, więc przyjąć można, że wykazuje pewną otwartość na nowe propozycje. Olbrzymie pole do zagospodarowania i czas by zasiać a na wyborach zebrać, wykorzystując jeszcze silnie działający efekt nowości.
Pozornie wyniki mogą zadziwiać, mamy przecież bardzo szeroką ofertę partyjną i cały wachlarz poglądów na sprawy światopoglądowe, ustrojowe, międzynarodowe i społeczno-gospodarcze. Jest w czym wybierać: od marksistowskiej lewicy Adriana Zandberga, po skrajnie katolicko-narodową ofertę Grzegorza Brauna. Mamy szeroki środek złożony z partii, które już rządziły, a przynajmniej uczestniczyły w sprawowaniu władzy. A może właśnie problem polega na tym, że elektorat rozczarowany jest tymi, co już rządzili, a skrajne formacje jawią się jako zbyt radykalne, nieprzewidywalne i wręcz niebezpieczne?
Być może też źródeł rozczarowania szukać trzeba w zbyt szerokiej ofercie, którą prezentują obecne formacje, przez co wiele wątków programowych staje się nieakceptowalnych dla wielu wyborców. Silnie socjalny elektorat Zandberga byłby pewnie dużo większy, gdyby jego partia ograniczyła swój przekaz do idei państwa opiekuńczego, pozostawiając niedopowiedzianym obszar światopoglądowy. Wśród tych, dla których bliskie są utopijne idee Marksa i Engelsa, a kapitalizm źle się kojarzy, znaleźć mogą się też ci, którzy w niedzielę chodzą do kościoła i aborcję traktują na równi z zabójstwem. Nie musi tu być żadnej kolizji, czemu historycznie dowodzi, znana z Ameryki Łacińskiej, teologia wyzwolenia z jej kluczowym pojęciem „praxis”, będącym połączeniem refleksji teologicznej z działaniem na rzecz sprawiedliwości społecznej. By nie szukać zbyt daleko, podobne idee odnajdujemy też w społecznym nauczaniu Jana Pawła II, zapisanym w encyklice „Laborem exercens”.
Tak samo po drugiej stronie. Zwłaszcza w przypadku Sławomira Mentzena, który bardzo urósł w kampanii prezydenckiej, a urosnąć mógł bardziej, gdyby nie jego ideologiczne przekazy dobitnie przedstawione w słynnej już „piątce Konfederacji”: „Nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej”. Jeśli do tego dodamy miejsce kobiety przy garach i niechęć do Ukraińców, aż trudno uwierzyć, że Mentzen wykręcił aż tak dobry wynik.
Najpewniej taki program wynika z osobistych przekonań liderów skrajnej prawicy i nic w tym złego, lecz taktycznie jest to zawężanie elektoratu. Więcej, to wręcz odstraszenie wszystkich tych, którym bliskie są liberalne poglądy gospodarcze, idea państwa minimum i wiara w „niewidzialną rękę rynku”, lecz nigdy w życiu nie oddadzą głosu na formacje tak wyrazistą w sprawach światopoglądowych i głoszącą tak „niecywilizowane” tezy. Są oczywiście myśliciele i publicyści, dla których wolny rynek ma sens tylko wówczas, gdy osadzony jest na konserwatywnych wartościach, problem w tym, że nie sposób tego rzetelnie udowodnić. Równie dobrze, a zapewne lepiej, można dowodzić, że liberalizm gospodarczy jest możliwy tylko w systemie autorytarnym. Choć i tu obecny przykład Argentyny i wyborcze sukcesy prezydenta Javiera Milei, wyraźnie temu przeczą.
Można więc wyobrazić sobie partię gospodarczego liberalizmu, nienarzucającą ideologicznych postaw. Głoszącą wolnorynkowe poglądy, ale pomijającą kwestie światopoglądowe delegując je do dyskusji w gronie rodziny i znajomych. A ponieważ kwestie te wymagają jakiegoś uregulowania, to proponującą system referendalny, którego wyniki będą wiążące na kolejne na np. 10 – 15 lat. Aborcja, religia w szkołach, związki partnerskie i małżeństwa jednopłciowe itp. – niech bezpośrednio zdecydują Polacy. Pozwoli to nie tylko podjąć decyzje i to na mocy rzeczywistej „woli ludu”, ale wygasi światopoglądowe emocje i skupi uwagę się na tym, co naprawdę ważne.
Czy o taką nową „partię” chodzi jednej trzeciej Polaków? Zapewne nie, ale w przedświątecznym okresie, gdy ludzie składają sobie życzenia można, chociaż o tym z nadzieją napisać.




![Darmowe leki, kosztowne konsekwencje? Zaplanowane i niezamierzone skutki programu Leki 75+ [BADANIE]](https://obserwatorgospodarczy.pl/wp-content/uploads/2026/02/medpakiety-anxieties-535057_1280-390x220.jpg)