Ziemniaczany kryzys w Polsce. Warzywo gnije w magazynach
Bardzo dobre plony i import z Niemiec doprowadził do drastycznego spadku ceny ziemniaka. Polacy coraz rzadziej wybierają to warzywo

Kryzys ziemniaczany w Polsce coraz bardziej daje się we znaki rolnikom. Dobre plony i zagraniczne preferencje dyskontów doprowadzają do zapełnienia magazynów. Dodatkowo od wejścia Polski do UE nasza konsumpcja ziemniaka spadła o 25%.
- Cena skupu ziemniaków spadła z ok. 0,70-0,80 zł/kg do 0,15-0,20 zł/kg, czyli nawet o ponad 70%.
- Produkcja ziemniaków w Polsce w 2025 roku wyniosła ok. 6,8 mln ton (+18,4% r/r). W latach po 2017 roku produkcja nie przekraczała 8 mln ton (wcześniej 9-10) i spadła do ok. 5,5 mln ton w 2023 roku.
- Niemcy odpowiadały za około 60% importu ziemniaka w 2025 roku.
- Ceny skrobi spadły z ok. 2,50 zł do 1,37-1,42 zł/kg.
- Spożycie ziemniaków spadło z 126 kg do 94,7 kg na osobę od 2005 roku. To spadek o 31,3 kg (25%) na osobę.
- W tym samym okresie produkcja spadła o ok. 36%, czyli szybciej niż konsumpcja.
Kryzys ziemniaczany w Polsce
Na rynku ziemniaków w Polsce mamy klasyczny kryzys nadpodaży, ale w wyjątkowo ostrej wersji. Zbiory okazały się bardzo wysokie, zapasy nie znalazły ujścia w przetwórstwie ani w eksporcie, a import, zamiast wyhamować, nadal zasilał rynek, pogłębiając presję cenową. Efekt widać w cenach skupu, które w wielu miejscach zsunęły się z poziomów rzędu 70-80 groszy za kilogram do kilkunastu-20 groszy, czyli w okolice stawek, przy których produkcja przestaje być opłacalna nawet w gospodarstwach o dobrej organizacji. Rolnicy mówią o rezygnacji z uprawy, bo przy takiej cenie trudno czasami pokryć koszty zbioru i przechowywania. Jednak problem ma charakter magazynowy. Ziemniaki zostały wyprodukowane, ale rynek nie jest w stanie ich wchłonąć, więc zalegają w przechowalniach w ilościach tysiącach ton surowca.
Zobacz także: Twórca ChatGPT: 4-dni pracy, brak podatku dochodowego, ale potężny od kapitału
Kluczowym źródłem napięcia jest kombinacja bardzo dobrych plonów i słabego popytu w kanałach, które zwykle stabilizują rynek. Producenci podkreślają, że warunki pogodowe sprzyjały, a wydajności dochodziły nawet do około 100 ton z hektara, co w praktyce oznacza, że przy podobnym areale na rynek trafia znacznie większy wolumen. W przytoczonych danychz skala krajowych zbiorów przekracza siedem milionów ton, a według statystyk GUS produkcja ziemniaków w 2025 roku była rzędu 6,8 mln ton i miała być wyższa niż rok wcześniej o 18,4%. W normalnym cyklu część tej nadwyżki przejmuje przetwórstwo, czyli gorzelnie, biogazownie, zakłady skrobiowe, producenci frytek i chipsów. Tym razem to właśnie ta bezpieczna przystań okazała się płytka.

Jak możemy zauważyć powyżej produkcja ziemniaka w Polsce według danych Głównego Urzędu Statystycznego mocno różni się w poszczególnych latach, jednak możemy zaobserwować trend spadkowy. Zwłaszcza po 2017 roku, później wartości nie przekraczały już 8 mln ton. Długotrwały spadek z prawie 8 ton do 5,5 ton i w ubiegłych dwóch latach produkcja ponownie zaczęła rosnąć.
Cena ziemniaka znacząco w dół
Producenci sygnalizują, że gorzelnie i biogazownie same mają nadwyżki surowca i nie chcą kolejnych dostaw, a w segmencie skrobi i przetwórstwa przemysłowego pojawiają się spadki cen kontraktów. Ogólnie cena skrobi miała spaść z około 2,50 zł do 1,37-1,42 zł, a w ofertach na nowy sezon pojawiają się poziomy 1,40-1,60 zł, co przy rosnących kosztach nakładów jeszcze bardziej podkopuje opłacalność uprawy ziemniaka skrobiowego. Do tego dochodzi bariera czysto operacyjna w momencie, gdy magazyny są pełne, a sortownie i pośrednicy mówią wprost, że nie są w stanie odebrać kolejnych partii, nawet skrajnie niskie ceny nie gwarantują zbytu, bo zatory robią się nie na poziomie decyzji cenowych, tylko przepustowości łańcucha dostaw.
Zobacz także: Rzeszów-Jasionka z większym terminalem! Gigantyczne środki na obsługę dronów

W tej sytuacji import działa jak katalizator kryzysu, bo dołącza do nadwyżki krajowej w momencie, gdy rynek i tak nie potrafi wchłonąć zapasów. Według przytoczonych danych GUS w 2025 roku Polska sprowadziła 179,71 tys. ton ziemniaków o wartości 287,76 mln zł, a głównym dostawcą były Niemcy z wynikiem 107,51 tys. ton, czyli prawie 60% całego importu. Jednocześnie eksport miał wynieść 160,66 tys. ton, głównie na Ukrainę i do państw sąsiednich, co oznacza, że wolumen importu był wyższy niż eksportu.
Z punktu widzenia rynku to szczególnie wrażliwe, bo import nie musi być duży, by destabilizować ceny, a wystarczy, że trafia do kluczowego kanału dystrybucji, czyli do sieci handlowych, które w Polsce mają ogromną siłę zakupową i mogą preferować towar z zewnątrz nawet wtedy, gdy krajowy produkt jest dostępny. Warto także wspomnieć, że roczne spożycie ziemniaka per capita w Polsce regularnie spada. Od 2005 roku z 126kg spożywanych na osobę do 94,7kg na osobę. Oznacza to spadek o 31,3kg, czyli o około 25%. W tym samym czasie produkcja ziemniaka w Polsce spadła o około 36%. Jak widzimy produkcja została ograniczona zauważalnie bardziej niż spożycie. Jednak w 2005 roku populacja Polski wynosiła 38,1 mln, a w 2024 roku 37,5 mln.
Import nie daje szansy krajowym ziemniakom
Według producentów handel wybiera dostawy z Niemiec, ale też z Grecji, Egiptu czy Turcji, a krajowe ziemniaki zostają w magazynach. Dodatkowo dochodzi europejski kontekst nadprodukcji. Jeżeli magazyny są zapchane w wielu państwach, eksport przestaje być wentylem bezpieczeństwa, bo problem staje się regionalny.
Zobacz także: Prawie 50% naszego PKB per capita to zasługa UE [BADANIE]
Najbardziej destrukcyjny element tej sytuacji to rozejście się dwóch cen, czyli tej którą oferuje się rolnikowi i tej którą konsument musi zapłacić w cenie. Rolnicy mówią o skupie rzędu 15-20 groszy, podczas gdy na półce detalicznej ziemniaki potrafią kosztować 1,80-3 zł za kilogram. Ta różnica nie jest automatycznie dowodem zmowy, ale jest sygnałem, że w łańcuchu wartości działają silne bariery logistyczne i marżowe, a w kryzysie nadpodaży ciężar dostosowania spada w pierwszej kolejności na producenta.
Pamiętajmy, że utylizacja także kosztuje, co doprowadza do tego, że część gospodarstw nie może nie tylko sprzedać plonów, ale także się ich pozbyć. Największe ryzyko polega na tym, że obecna nadwyżka może w kolejnych sezonach wywołać efekt wahadła. Jeżeli producenci masowo ograniczą areał, bo nie udało im się zarobić, po okresie nadpodaży może przyjść niedobór i gwałtowny wzrost cen, szczególnie że rolnictwo nie działa z dnia na dzień, a decyzje o strukturze zasiewów podejmuje się z wyprzedzeniem i przy ograniczonych możliwościach szybkiego przestawienia produkcji.




