fbpx

Krótko po wejściu polski do UE otworzyły się dla naszego kraju nowe perspektywy. Społeczeństwo zaczynało się bogacić, w wyniku czego coraz chętnie zaciągało kredyty mieszkaniowe na swoje wymarzone lokum. Niestety oprocentowanie kredytów złotowych było stosunkowo wysokie i wiele osób nie miało odpowiedniej zdolności kredytowej. Do czasu, aż z pomocą przyszły kredyty frankowe.

W 2005 roku rozpoczął się boom na kredyty indeksowane i denominowane we frankach. Wiele osób, które nie posiadały zdolności kredytowej, by zaciągnąć zobowiązanie w PLN, mogło to zrobić we frankach szwajcarskich. Rok po wejściu Polski do Unii Europejskiej WIBOR w naszym kraju wahał się w okolicach 5 proc., podczas gdy w LIBOR CHF był niższy niż 1 proc.

To właśnie stąd wzięła się tak duża popularność kredytów frankowych, które napędzały boom na rynku nieruchomości w naszym kraju. Skale procederu idealnie przedstawiają liczby. W 2006 roku suma wartości kredytów mieszkaniowych udzielonych we franku szwajcarskim wynosiła około 50 mld złotych. Zaledwie pięć lat później, w roku 2011, wartość ta zwiększyła się czterokrotnie i osiągnęła poziom blisko 200 mld złotych. A rekordowy okres miał miejsce kilka chwil przed kryzysem finansowym, kiedy to wartość kredytów w 2008 roku w ciągu roku podwoiła się.

W końcu gdy wybuchł kryzys, który zachwiał rynkiem mieszkaniowym i kredytowym, banki zaczęły podwyższać wymagania wobec kredytów frankowych, co w konsekwencji sprawiło, że stały się one coraz mniej atrakcyjne. Poprzedziło to proces wycofywania się instytucji finansowych z tych instrumentów, aż w końcu w 2012 roku Nordea Bank jako ostatni bank na polskim rynku ogłosił, że kończy z przyjmowaniem wniosków na kredyty denominowane w szwajcarskiej walucie.

I w tym miejscu można by skończyć tę historię, gdyby nie pewne wydarzenia, które miały miejsce trzy lata później. 15 stycznia 2015 roku miał miejsce tzw. Nowy Czarny Czwartek. To właśnie wtedy Szwajcarski Bank Narodowy (SBN) porzucił bronienie minimalnej ceny wymiany pary EUR/CHF. Z założeń wynikało, że 1 euro nie może być tańsze niż 1,2 CHF. I ten kurs był przez kilka lat chroniony przez SBN. Aż do feralnego Nowego Czarnego Czwartku kiedy Szwajcarzy uznali, że czas uwolnić kurs franka. W konsekwencji helvecka waluta zaczęła się drastycznie umacniać. W efekcie na koniec dnia, 15 stycznia 2015 roku, kurs EUR/CHF wynosił 0,9986, a kurs CHF/PLN skoczył z 3,5455 do 4,3164 w zaledwie jeden dzień.

To wydarzenie było dramatyczną informacją dla osób zadłużonych we frankach, a zarabiających w polskiej walucie. Wartość ich zobowiązań nierzadko była wyższa niż w momencie, gdy brali kredyty kilka lat wcześnie. Wiele osób stanęło na skraju bankructwa, co w konsekwencji wiązało się z  koniecznością natychmiastowej sprzedaży nieruchomości w celu uregulowania zobowiązań lub zlicytowaniem ich za bezcen przez banki.

W szczytowym okresie zawartych było nawet 900 tys. umów kredytowych, które jak się później okazało, miały w sobie luki co sprawiło, że wielu frankowiczów, którzy szli do sądu wygrywało z bankami procesy. Chodzi o nieuczciwą praktykę stosowaną przez banki, która łamała artykuł 69. prawa bankowego mówiący jasno, że umowa kredytu musi zawierać kwotę pożyczaną przez bank. Natomiast problem z umowami kredytów denominowanych lub indeksowanych do franka szwajcarskiego jest taki, że nie podano w nich jednej kwoty.

- Precyzyjnie rzecz ujmując, konstrukcja umów kredytów indeksowanych lub denominowanych w walutach obcych przeczy ustawowej definicji umowy kredytu, ponieważ kredytobiorcy spłacający swoje zobowiązania powinni oddać do banku przekazany do ich dyspozycji kapitał powiększony o odsetki. Natomiast klauzula przeliczeniowa spowodowała, że ze względu na wahania kursu, nigdy taka sytuacja nie będzie miała miejsca. Łamie to zatem zasadę nominalizmu. Ponadto banki cały czas stosują własne tabele kursowe, czym uzurpują sobie prawo do jednostronnego wpływania na wysokość rat i salda zadłużenia klientów. Dlatego takie zapisy należy uznać za niedozwolone postanowienia umowne, które nie powinny wiązać klientów. A jak widać po statystykach sądowych, a we wrześniu frankowicze wygrali 96% spraw, sądy w zdecydowanej większości właśnie w taki sposób intepretują treść umów kredytów opartych na franku szwajcarskim i innych walutach obcych – wskazuje Kacper Jankowski, Prezes Votum Robin Lawyers SA.

Temat frankowiczów powrócił na fali nowego filmu, który ukazał się w kinach 16 października. Mowa oczywiście o filmie pt. „Banksterzy”, który opowiada o praktykach stosowanych przez banki wobec zwykłych ludzi, ale także o dramatach, jakie ich spotykały.

To kolejny obraz, który uderza w branże finansową, która do niedawna była traktowana jako instytucja zaufania publicznego, a obecnie jest jednym z największych antagonistów opinii publicznej. Nic dziwnego, po wydarzeniach z 2008 roku, o których opowiadają m.in. takie filmy jak „Chciwość”, czy też „Big Short”, trudno mieć dobre zdanie o całym sektorze. Teraz przyszedł czas na uderzenie w branżę finansową od strony kredytów frankowych.

I faktycznie, kolejne ekspertyzy i wyroki pokazują, że to banki stosowały nieuczciwe praktyki wobec frankowiczów. Przełomem na tej płaszczyźnie był wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE, który jasno stwierdził, że zapisy w umowach frankowych to klauzule abuzywne, a więc zapisy niedozwolone. W konsekwencji jest to wyrok, który stwierdza, że frankowicze są osobami pokrzywdzonymi w całym procederze.

- Publikacja wyroku TSUE była przełomowym wydarzeniem dla wszystkich frankowiczów w Polsce. Blisko 900 tys. polskich rodzin oczekiwało na rozstrzygnięcie, które miało pomóc im uregulować swoją sytuację prawną i finansową, związaną z zaciągnięciem zobowiązań hipotecznych nawet na dziesiątki lat. Wbrew temu, co starał się przekazać w swojej narracji sektor bankowy, zapadłe orzeczenie nie wywołało jedynie skutków w sprawie Państwa Dziubak, która była przedmiotem pytań Sądu Okręgowego do TSUE. Za to tezy z wyroku stały się wskazówką dla wszystkich polskich sądów, jak mają orzekać w sprawach frankowych – dodaje Kacper Jankowski.

Cały proceder ma dobrze pokazywać film „Banksterzy”, który co prawda porusza tylko kilka wątków bankowej machiny, jednak tak naprawdę jest to problem, który dotyczył setek tysięcy gospodarstw domowych w Polsce. I mimo, że jest to dzieło fabularyzowane, to zdaniem przedstawicieli Votum Robin Lawyers SA, będącej koproducentem filmu i zajmującej się sprawami frankowiczów, świetnie przedstawia realia systemu bankowego i procedury udzielania kredytów frankowych, które miały destrukcyjny wpływ na setki tysięcy polskich rodzin.


Bądź na bieżąco

Newsletter

Newsletter

Najczęściej Czytane