fbpx

Czy nasz kraj rozwija się dobrze? Jak zmieniło się zatrudnienie i bezrobocie w Polsce? Czy pensje rosną szybko? Zapraszam na statystyczną podróż w czasie, która pomoże przeanalizować i ocenić zmiany jakie nastąpiły w ciągu ostatnich kilkunastu lat.

Zaczniemy, od chyba najjaskrawszego punktu naszej transformacji, czyli bezrobocia. Jak podał Eurostat, w styczniu 2021, osiągnęło ono w Polsce 3,1%, dzięki czemu Polska stała się europejskim liderem pod tym względem. Spójrzmy na stopę bezrobocia w krajach UE w styczniu tego roku (najnowsze dane).

 

Nie zawsze jednak było tak kolorowo. Gdy wstępowaliśmy do UE, również znajdowaliśmy się na czele rankingu — lecz wtedy był to ranking państw z największym bezrobociem. W styczniu 2004 nasze bezrobocie wynosiło 20%. To 6,5 raza więcej niż obecnie. Samą zmianę naszej stopy bezrobocia, na tle innych państw UE prezentuje poniższy wykres:

 

Dobitnie widać, że przebyliśmy jako społeczeństwo, długą i ciężką drogę, ale dzięki konsekwentnemu zmniejszaniu bezrobocia, z ostatniej pozycji przedostaliśmy się na pierwsze miejsce. W ciągu 17 lat udało nam się zmniejszyć ją aż o 16,9 p.p. Powiedzieć, że deklasujemy inne państwa, to jak nic nie powiedzieć. Druga pod tym względem Słowacja może pochwalić się spadkiem o 5,4 p.p. mniejszym, a trzecia Bułgaria nie osiągnęła nawet połowy naszego rezultatu. Po drugiej stronie mamy takie kraje jak Grecja czy Hiszpania, gdzie bezrobocie zwiększyło się o 5 p.p.

 

Jak widać, niezależnie jakby nie spojrzeć na nasze bezrobocie (obecny poziom, bezwzględna zmiana, względna zmiana), to nie mamy sobie równych w całej Europie. Przejdźmy zatem do następnej statystyki - NEET. Czym jest NEET? To skrótowiec pochodzący od angielskiego sformułowania “neither in employment nor in education and training”, które oznacza “niezatrudniony, nie kształcący się i nie szkolący się”. Wskaźnik ten, to inaczej mówiąc, procent osób w wieku 15-29, które nie pracują, nie uczą się, ani się nie szkolą. W przypadku tej statystyki, Polska nie wypada już na tle reszty UE tak dobrze, jak w przypadku bezrobocia. W III kwartale 2020 roku wyniosła ona w naszym kraju aż 12,8%. Daje to nam 16 miejsce na 28 państw.

 

Jak stopa wyglądała lata temu? W roku 2006 (był to pierwszy rok pomiarów) zajmowaliśmy dużo dalszą pozycję. W I kwartale 2006 roku stopa wyniosła 17,1%, a w drugiej połowie 2008 udało się ją zbić do poziomu 12,4%. Niestety kryzys finansowy zatrzymał spadek i wskaźnik wzrastał aż do roku 2013, gdzie osiągnął swój szczyt z wynikiem 16,7%. Od 2013 spadał on, aż zatrzymał się w granicach 12%. Ostatnio wzrósł on nieznacznie z powodu pandemii.

 

 

Pod względem zmiany w stosunku do roku 2006, dzięki spadkowi o 4,3 p.p., plasujemy się w unijnej czołówce. Lepsze wyniki osiągnęły od nas jedynie dwa państwa obecnej UE - Bułgaria i Chorwacja. Myślę, że można to skwitować stwierdzeniem, że idzie nam dobrze, ale mamy jeszcze sporo do zrobienia. Do unijnego lidera brakuje nam 6,8 p.p. Problem braku pracy u młodych jest u nas dość poważnym problemem. Jak wskazują dane GUS, 36 proc. młodych Polaków to tzw. gniazdownicy. GUS definiuje gniazdowników jako osoby w wieku 25-34 lata, które mieszkają z rodzicami i nie założyły własnej rodziny. W przypadku badania Eurostatu odsetek ten był jeszcze wyższy i wyniósł 45 proc. Zarazem był to rezultat znacznie przewyższający średnią UE, która wyniosła 28,6 proc. Z badania GUS wynika, że 60 proc. gniazdowników nie posiadało żadnego dochodu lub osiągało średni miesięczny dochód poniżej płacy minimalnej.

 

 

Dobrze — skoro sprawdziliśmy, ile osób nie pracuje, to pora sprawdzić, ilu jest aktywnych zawodowo. Spójrzmy zatem na stopę zatrudnienia. Pod uwagę weźmiemy osoby w wieku 25-54 lata - taka kategoria pozwoli zniwelować różnice wynikające z różnej długości edukacji i innego wieku emerytalnego. Popatrzmy jak zatem wypadamy na tle Europy.

 

 

Wynik niezły, ale nadal możemy patrzeć z zazdrością na takie kraje jak Czechy, Słowenia czy Niemcy, gdzie stopa zatrudnienia jest o kilka p.p większa od polskiej. Nie jest to jednak wynik, którego powinniśmy się wstydzić - spośród krajów zza tzw. Żelaznej Kurtyny, jedynie wspomniane Czechy i Słowenia notują lepsze wyniki. A jak ten wskaźnik wyglądał od czasu przystąpienia Polski do UE?

 

Dopiero tutaj widać, jak długą drogę mieliśmy do przebycia. Z unijnego marudera, awansowaliśmy do krajów o wyższym od średniejzatrudnieniu w Europie (11. na 28 pozycji). Gdy wstępowaliśmy do wspólnoty, to jedynie malutka Malta miała gorszy współczynnik. To właśnie ten niewielki wyspiarski kraj, zaliczył największy progres pod tym względem. Z wiadomych względów porównywanie kraju o populacji mniejszej od Poznania mija się z celem, więc myślę, że byłoby uczciwym powiedzieć, że z większych państw, Polska zanotowała zdecydowanie największą zmianę na dobre.

 

No dobrze, dobrze - bezrobocie, zatrudnienie - wszystko jest ważne, ale najważniejsze są zarobki. Jak więc wyglądają nasze pensje na tle innych państw UE? Obecnie plasujemy się raczej bliżej końca niż początku tego zestawienia. Aż 17 państw UE (licząc jeszcze będącą w niej w 2018 roku Wielką Brytanię) wyprzedza nas pod tym względem. Od 2006 wyprzedziliśmy pod tym względem Portugalię i Grecję, ale zostaliśmy przegonieni przez Maltę.

 

Jak widać nasze pensje rosną szybciej niż wynosi średnia unijna, ale nadal wzrost ten nie jest tak imponujący, jak w przypadku innych biednych państw. W 2006 nasze zarobki stanowiły niecałe 50% średniej UE, a w 2018 było to już 66%. Wzrost jest zatem szybki względem całej Unii, ale większość ubogich państw rozwijała się pod tym względem szybciej.

 

 

Czy powodem tego relatywnie przeciętnego wzrostu jest wolny rozwój gospodarki? Raczej nie. Może za to nim stać kilka czynników. Po pierwsze być relatywnie niska progresja realnej płacy minimalnej w Polsce. W latach 2010-20 rosła ona średnio 4,6% rocznie. W Bułgarii było to aż 9%, a w Rumunii 18,1%. Średni roczny wzrost produktywności w tych trzech krajach był dość porównywalny i wynosił kolejno 3,6% dla Polski, 3,3% dla Bułgarii i 4,3% dla Rumunii. Wśród innych czynników genezy tak małego wzrostu, są też niewielkie podwyżki pensji w budżetówce. Przyjrzymy się wykresowi z raportu Międzynarodowej Organizacji Pracy (średni roczny wzrost w latach 2010-19 - na czerwono produktywności , a na niebiesko realnej płacy minimalnej).

 

Na sam koniec przyjrzymy się jeszcze migracjom. Te w ostatnich latach po raz pierwszy w historii były “na plusie” (więcej osób przyjechało niż wyjechało). Jest to niewątpliwy sukces, ponieważ po otwarciu granic, emigracja wystrzeliła. Pozytywny trend spadkowy emigracji, zatrzymał wzrost bezrobocia w Polsce po 2008 roku, ale dzięki stabilnej sytuacji, od kilku lat udaje nam się utrzymywać dodatni bilans migracji.

Warto tutaj jednak stwierdzić, że dane te nie mają do końca przełożenia na rzeczywistość, bo wiele osób zarejestrowanych w Polsce, mieszka w praktyce za granicą. Spójrzmy zatem na szacunkową liczbę Polaków, którzy przebywają za granicą.

 

Według szacunków GUS, liczba Polaków przebywających za granicą wynosi 2,4 mln. Na szczęście, również tutaj widać tendencję spadkową - od roku 2017 liczba ta spadła o 125 tys. osób. Należy jednak zaznaczyć, że wynika to głównie z Brexitu i uciekania Polaków z Wielkiej Brytanii. Gdyby spojrzeć na imigrację, to również widzimy tutaj pozytywny trend. W ciągu ostatnich lat przybyło ich do Polski bardzo dużo. Na podstawie danych z kart w telefonach, oszacowano, że na terenie naszego kraju przebywało w 2018 roku aż 1,25 mln Ukraińców. 

To już koniec naszej małej, statystycznej podróży. Ostatnie kilkanaście lat można podsumować jako czas dobrych zmian - szczególnie pod względem zatrudnienia, migracji i stopy bezrobocia. Są też segmenty, które mimo pozytywnej tendencji, poprawiają się dość wolno - to zatrudnienie wśród młodych czy pensje.

Radosław Ditrich


Bądź na bieżąco

Newsletter

Newsletter

Najczęściej Czytane