fbpx

Według obliczeń ekspertów z Instytutu Edukacji Ekonomicznej im. Ludwiga von Misesa, w tym roku dzień wolności sektora prywatnego przypada dopiero 25 lipca.

Nie mamy dobrych wieści - napisali w corocznym komunikacie na temat dnia wolności sektora prywatnego ekonomiści z Instytutu im. Ludwiga von Misesa. Według obliczeń ekonomistów fundacji przypadł on w tym roku rekordowo późno - 25 lipca. To najpóźniej w historii pomiarów, czyli od 2013 roku.

— Oznacza to, że rząd planuje zagarnąć rekordowo dużą część dochodu wypracowanego przez sektor prywatny. Długotrwałe utrzymywanie tak ogromnych obciążeń byłoby dużą barierą dla dalszego dynamicznego rozwoju gospodarczego Polski - komentują.

Dzień wolności sektora prywatnego jest jedną z miar obliczania tego, jak długo pracujemy na utrzymanie państwa. Prócz Instytutu Misesa, dzień oblicza także Centrum im. Adama Smitha czy Deltoite.

— Nasz wskaźnik obliczamy, przyrównując realne wydatki publiczne do prywatnie wytworzonego produktu krajowego brutto. Od oficjalnych wydatków publicznych odejmujemy te, które są jedynie księgową fikcją. Sektor publiczny oficjalnie sam sobie płaci podatki i składki od emerytur, rent i pensji. Nie uwzględniamy tych podatków i składek jako części wydatków publicznych, bo nie prowadzą one do realnych przesunięć zasobów w gospodarce. Tak oczyszczone wydatki publiczne zestawiamy z prywatną częścią PKB — czyli PKB pomniejszonym o państwowe wydatki na dobra finalne — konsumpcyjne i inwestycyjne. Im później w danym roku wypada dzień wolności sektora prywatnego, tym większe obciążenia wydatkami publicznymi przedsiębiorców, pracowników i inwestorów działających w sektorze prywatnym - tłumaczą swoją metodologię ekonomiści z Instytutu im. Ludwiga von Misesa.

Dzień ten zdecydowanie się przesunął w ciągu ostatnich dwóch lat. Jego progresję przedstawia poniższy wykres.

Dzień wolności podatkowej

Skąd wziął się taki skok?

— W ubiegłym roku rząd postanowił walczyć z gospodarczymi skutkami pandemii poprzez szeroko zakrojone programy wydatków publicznych — zwłaszcza w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. To właśnie wydatki na te cele sprawiły, że rok temu obciążenia sektora prywatnego były już bardzo wysokie - tłumaczą autorzy komunikatu.

Jednocześnie ekonomiści fundacji, negatywnie wypowiadają się na temat tychże tarcz. Zauważają oni, że to nie w popycie, lecz w podaży leży problem.

— Sugerowaliśmy wtedy, że takie programy stymulacji fiskalnej nie mają sensu, bo problemy leżą głównie po stronie podażowej, a nie popytowej. W takiej sytuacji wszelkie rozwiązania zwiększające elastyczność systemu gospodarczego dawałyby lepszy efekt (deregulacja, obniżanie podatków, ulgi dla firm gotowych renegocjować umowy z kontrahentami itd.) - proponują.

Ekonomiści krytykują także wysokość tegorocznego budżetu. Uważają oni, że przy tak solidnych wskaźnikach makroekonomicznych, powinniśmy zmniejszyć wydatki sektora publicznego ponieważ “spowodują jedynie wypchnięcie zasobów i pracowników z projektów zlecanych przez sektor prywatny do tych zlecanych przez władze i nie spowodują przyrostu dobrobytu czy efektów mnożnikowych, o jakich marzą zwolennicy takiej stymulacji”.

 


Bądź na bieżąco

Newsletter

Newsletter

Najczęściej Czytane