fbpx

Skutki ocieplania się klimatu już teraz dają się we znaki mieszkańcom wielu krajów o mało stabilnych warunkach klimatycznych. Australijskie i kanadyjskie lasy płoną, syberyjskie rzeki odmarzają wyjątkowo wcześnie, a lodowce topnieją w rekordowym tempie, grożąc milionom ludzi zamieszkałym w pobliżu wybrzeży. Tymczasem tylko jeden sygnatariusz paryskiej konferencji klimatycznej dotrzymuje swoich zobowiązań dotyczących ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. I wcale nie jest to żadna z europejskich “potęg ekologii”.

Jeden kraj spełnia wymogi z porozumienia paryskiego 

Krajem tym jest Gambia, malutki kraj ciągnący się na szerokości parudziesięciu kilometrów wokół dolnego biegu i ujścia rzeki o tej samej nazwie. Graniczące wyłącznie z Senegalem państewko, najmniejsze na kontynencie afrykańskim, a którego populacja trudni się głównie rybactwem, lepiej radzi sobie z dotrzymywaniem postanowień klimatycznych od bogatych potęg gospodarczych, zdolnych produkować czystą energię na szeroką skalę - donosi agencja Climate Action Tracker (CAT).

Co to za postanowienia?

Postanowienia Konferencji Paryskiej zobowiązują każdego sygnatariusza do ograniczenia emisji na tyle, by do 2030 roku średnie temperatury na Ziemi wzrosły o nie więcej niż 1,5 stopnia Celsjusza w stosunku do średniej sprzed rewolucji przemysłowej. Jak na razie jedyne państwo, które radzi sobie z ograniczaniem swoich emisji jest biedna Gambia (2223 dolary PKB per capita PSN - dwudziestokrotnie mniej niż w Wielkiej Brytanii). Tymczasem jedynie siedem krajów, w tym właśnie Zjednoczone Królestwo, otrzymało w raporcie CAT notę “ledwie zadowalający” (“nearly sufficient”). Jak twierdzą autorzy raportu, zamierzenia i wyznaczone przez państwo brytyjskie cele są dobrze sformułowane, lecz brakuje w prawodawstwie narzędzi do ich wypełniania. Biorąc pod uwagę starania wszystkich państw, agencja uznała, że niemożliwe jest ograniczenie wzrostu temperatur do 2030 roku, skoro aktualne trendy każą sądzić, że emisje wzrosną do tego czasu dwukrotnie. 

Przedsiębrane środki

Różne kraje podejmują się różnych metod mających prowadzić do redukcji emisji CO2. Wspominana wcześniej Wielka Brytania ogłosiła nowy cel ograniczenia ich o 78% (w stosunku do poziomu z 1990) przed rokiem 2035, a o 68% przed 2030. Chce to uczynić poprzez redukcję emisji we frachcie i lotnictwie międzynarodowym. Plan ambitny, choć mało energiczne starania innych krajów, w tym rosnących potęg gospodarczych Chin i Indii, a także innych dużych gospodarek, jak Rosja czy Brazylia, pozostawiają wątpliwości, czy starania Brytyjczyków cokolwiek dadzą. Dodatkowo wiele krajów Unii Europejskiej wciąż rozbudowuje swoje systemy odbiorów dostaw gazu ziemnego, a Australia szykuje się na zwiększenie jego wydobycia. I to wszystko pomimo ostrzeżeń CAT, że zastępowanie tradycyjnych paliw kopalnych gazem ziemnym nie pomoże wiele przy ograniczeniu śladów węglowych ludzkości. 

Gdzie w tym wszystkim Polska?

Jak donosi portal wysokienapiecie.pl, nad Wisłą wciąż około 70% energii elektrycznej produkowanej jest z węgla, czy to kamiennego, czy brunatnego. I mimo spadku tego udziału o około 20 punktów procentowych w ciągu ostatnich 8 lat, daje to małą nadzieję na osiągnięcie naszych celów klimatycznych do 2030 roku. Byłoby to możliwe, gdyby w tym momencie zaczęła się budowa reaktorów atomowych o sumarycznej mocy 110 TWh (terawatogodzin). Martwić może też statystyka stwierdzająca, że głównym przeciwnikiem węgla są Odnawialne Źródła Energii, które (jak donoszą coraz częściej eksperci) nie są dobrym zamiennikiem dla źródeł konwencjonalnych i energetyki jądrowej ze względu na dużo mniejszą stabilność i dużo większą zależność od kapryśnych (szczególnie w Polsce) warunków pogodowych. Polsce najwyraźniej nie uda się więc osiągnąć swoich celów przed 2030 rokiem, pozostaje jednak niewielkie ziarnko nadziei, że może damy radę przed 2040. 


Bądź na bieżąco

Newsletter

Newsletter

Najczęściej Czytane