fbpx

Temat opłaty reprograficznej, którą mają zostać objęte tablety i smartfony powraca na wokandę i kolejny raz budzi negatywne emocje, czemu trudno się dziwić, bo działania rządu są niedorzeczne.

Opłata reprograficzna to opłata pobierana od producentów i importerów urządzeń umożliwiających skopiowanie utworów. Jej wysokość jest uzależniona od ceny urządzenia i najczęściej wynosi od 1,5 do 3 proc. Tak przynajmniej było  dotychczas.

Resort kultury planuje rozszerzyć opłatę o kolejne urządzenia. Projekt ustawy zakłada, że ma zostać rozszerzona na komputery, tablety, telefony oraz telewizory z funkcją „SMART TV”. Dotychczas mówiło się, że wysokość opłaty na nowe urządzenia ma wynieść 6 proc., jednak Minister Gliński zapowiada, że będzie ona niższa – czego nie potwierdzają zapiski w projekcie ustawy.

ZAiKS manipuluje argumentami

Organizacje zajmujące się zbiorowym zarządzaniem prawami autorskimi, które są inicjatorami nowej opłaty, zwracają uwagę, że opłaty jak i lista urządzeń od dawna nie były aktualizowane i wymagają urealnienia, a Polska jest jednym z ostatnich krajów, które nie pobierają opłat od nowoczesnych urządzeń mobilnych. Ponadto ZAiKS podaje, że w przeciwieństwie do tego co się twierdzi, ceny urządzeń nie wzrosną. Dodatkowo uważa, że w krajach Europy Zachodniej gdzie opłata obowiązuje ceny i tak są niższe niż w Polsce.

Dane pokazują, że jest to manipulacja ze strony ZAiKS. Ceny urządzeń mobilnych w Polsce w większości przypadków są niższe niż w krajach Europy Zachodniej, co w dużej mierze wynika z braku opłaty reprograficznej. To z kolei oznacza, że kłamstwem jest też to, że ceny urządzeń nie wzrosną.

Ponadto ZAiKS manipuluje również w innym przypadku. Na swojej stronie – czystenosniki.pl – w odpowiedzi na pytanie „kto za to płaci” podaje: „Wyłącznie producenci i importerzy sprzedający urządzenia i nośniki służące do kopiowania”.

Powyższa teza jest manipulacją, a nawet kłamstwem. To tak samo jakby powiedzieć, że podatek VAT płacą sprzedawcy, a nie konsumenci. Koszt opłaty reprograficznej, tak samo jak podatku VAT, ponosi finalny odbiorca, czyli konsument. Importerzy, dystrybutorzy, czy też sprzedawcy ten podatek tylko odprowadzają. Można uznać, że to oni go płacą, jednak koszty z tym związane są przerzucone na konsumentów, co nie zostało już wspomniane. Należy dodać, że praktycznie cały koszt zostanie przerzucony na konsumenta ze względu na niskie marże dystrybutorów, co zostanie opisane w dalszej części. 

- Nie jest prawdą – jak próbują to przedstawiać zwolennicy nałożenia opłaty reprograficznej na smartfony czy tablety – że opłatę tę pokryją producenci czy importerzy sprzętu. Ta opłata z definicji ma obciążać właśnie konsumenta, a importerzy mają być jedynie płatnikami. Podwyżkę zobaczymy więc wprost na półce sklepowej. Może chodzić o nawet 300 zł średniej podwyżki – komentuje Michał Kanownik, Prezes Związku Cyfrowa Polska.

30 krotny wzrost wpływów i zapomogi dla artystów

Co ciekawe rozszerzenie opłaty ma dać 30-krotny wzrost wpływów z tego tytułu. Zakładając opłatę na poziomie 6 proc., to roczne wpływy wzrosną z 30 mln do 1 mld złotych – tak wynika z wyliczeń Związku Cyfrowa Polska.

Projekt ustawy przewiduje, że połowa pobieranej opłaty będzie przekazywana na Fundusz Wsparcia Artystów Zawodowych. Z tego Funduszu mają być wypłacane zapomogi i inne wsparcia dla artystów. Eksperci zwracają uwagę, że może to być nic innego jak świadczenia emerytalne dla artystów. To z kolei sprawia, że świadczenia artystów będą finansowane przez wybraną grupę konsumentów, w tym przypadku osób kupujących urządzenia mobilne.

Rząd wspiera podmioty zagraniczne i oszustów

Wśród najczęstszych argumentów przeciw opłacie jest ten mówiący, że będzie ona faworyzować międzynarodowe podmioty, które opłatą nie będą objęte. Polski rynek, który jest zdominowany przez krajowe przedsiębiorstwa, może ulec dużym  perturbacjom. Na poziomie dystrybucji marże netto są poniżej 1 proc. Wówczas  jeżeli firma zmuszona jest dołożyć do tego nawet 0,5 proc. opłaty to momentalnie przegrywa konkurencję z firmami, które nie muszą tego robić. Tym oto sposobem podmioty omijające przepisy są na uprzywilejowanej pozycji.

- Taka sytuacja ma miejsce już dzisiaj na rynku twardych dysków. Przy marżach poniżej 1 proc. opłata w wysokości 1 proc. powoduje, że udział w tym rynku firmy płacącej opłaty jest nieadekwatnie niski i wynosi 12 proc., gdy w innych produktach – 35 proc. W konsekwencji na rynku umacniają się podmioty, które nie przestrzegają prawa. W praktyce zazwyczaj te same firmy nie przestrzegają także innych przepisów, np. podatkowych. Rośnie szara strefa – np. poprzez nieopodatkowany import (np. sklepy internetowe jak Alliexpress) – informuje zapytany przez naszą redakcję Michał Kanownik.

Wprowadzenie opłaty stworzy jeszcze wyższe bariery wejścia na rynek, szczególnie gdy mówimy o firmach operujących na niskich marżach. Jednocześnie tak niskie marże sprawiają, że wbrew temu  co podaje resort kultury i ZAiKS, koszty wprowadzenia opłaty praktycznie w pełni zostaną przerzucone na konsumentów, gdyż dystrybutorzy w marginalnym stopniu będą w stanie przejąć na siebie nową opłatę.

Potencjał do kopiowania jest coraz mniejszy

Problemem opłaty reprograficznej jest też jej celowość oraz same założenia. Opłata jest odszkodowaniem dla artystów za straty wynikające z użytkowania utworów przez osoby fizyczne. Najczęściej podaje się w tym przypadku możliwość kopiowania tych utworów. Sęk w tym, że obecnie potencjał do kopiowania utworów jest znacznie mniejszy aniżeli jeszcze 10 lat temu. Wraz z zastąpieniem urządzeń analogowych cyfrowymi i pojawieniem się aplikacji streamingowych, potencjał do powielania znacznie się zmniejszył. Ogólnodostępność usług streamingowych sprawia, że mało kto kusi się obecnie o kopiowanie utworu. To z kolei automatycznie sprawia, że założenia, które mają być argumentem za poszerzeniem opłaty reprograficznej są po prostu nietrafione.

- Warto wziąć też pod uwagę to, że z założenia nakładana na konsumentów opłata reprograficzna ma za zadanie rekompensować artystom konkretne straty, wynikające z kopiowania treści objętych prawem autorskim na własny użytek. Jednak trudno mówić o takiej stracie w przypadku smartfonów czy tabletów, które służą przede wszystkim do komunikowania się, przeglądania internetu, wysyłania e-maili czy gier –  dodaje Michał Kanownik.

W sytuacji gdy potencjał do kopiowania jest stosunkowo mały wprowadzanie opłaty od kopiowania utworów jest nieracjonalne. Zwłaszcza, że konsument będzie obciążony opłatą podwójnie. Pierwszy raz przy zakupie urządzenia mobilnego, a drugi raz w abonamencie, który będzie płacił za usługi streamingowe. Tym samym rząd wprowadzając opłatę, przy akompaniamencie organizacji zajmujących się zbiorowym zarządzaniem, obciąża przede wszystkim zwykłych konsumentów, jednocześnie nie wywierając żadnej presji na dostawców usług streamingowych. Zamiast tego nasz rozmówca rekomenduje rozwiązanie, które uderzy przede wszystkim w platformy streamingowe, a w znacznie mniejszym stopniu w konsumentów. 

- Konsumenci już płacą w cenie urządzeń podatki, z których dotowana jest kultura. Płacą np. za streaming, czyli dostęp do treści. A przecież twórcy dostają swoje wynagrodzenie bezpośrednio właśnie od platform streamingowych – typu YouTube, Tidal, Apple Music, Deezer, Spotify. Niedawno polski rząd opodatkował też platformy VoD, jak Netflix, Player czy Ipla podatkiem w wysokości 1,5%. To słuszny kierunek, aby opodatkować firmy, które sprzedają dostęp do treści objętych prawem autorskim, a nie konsumentów – konkluduje Prezes Związku Cyfrowa Polska.

Rząd ma rozdwojenie jaźni

Działania rządu wyglądają jakby władza miała całkowite rozdwojenie jaźni. Regularnie słychać tezy mówiące o tym, że konieczna jest walka z wykluczeniem cyfrowym. 15,5 proc. Polaków (4,5 mln) w wieku 16-74 lata, nigdy nie korzystało z internetu. Kolejne 1,82 mln korzysta z sieci sporadycznie. Blisko  5 mln Polaków nigdy nie korzystało z komputera. Ponadto rząd prowadzi kampanie nakłaniające do korzystania z administracji publicznej za pomocą Internetu, co ma znacznie ułatwić i przyspieszyć procedury. Jednocześnie procedowane jest wprowadzenie opłaty, która bez dwóch zdań wpłynie na poziom cen urządzeń mobilnych a co za tym idzie, negatywnie wpłynie na ich dostępność i utrudni walkę z wykluczeniem cyfrowym.

Jakby tego było mało w deklaracjach rządzących regularnie można usłyszeć jak ważne są dla nich innowacyjne firmy. Jak dobrzy są polscy informatycy, którzy rozwijają branżę IT, która przecież należy do wyjątkowo innowacyjnych. W tym samym czasie wprowadza jednak „opłatę”, która na branżę wpłynie negatywnie. W branży, która ucierpi na wprowadzeniu daniny pracuje około 100 tys. osób, są to osoby zagrożone utratą pracy i dochodów. Jednocześnie jednak możemy się dowiedzieć jak ważna dla władzy jest ochrona dotychczasowych i tworzenie nowych miejsc pracy.

Od 2015 roku rząd regularnie powtarza jak mocno walczy z uszczelnieniem systemu podatkowego i jak ważna jest walka z równoległymi rynkami. Wprowadzając tego typu opłaty sam sobie przeczy, gdyż ze względu na opodatkowanie urządzeń mobilnych przyczyni się do rozrostu szarej i czarnej strefy, która będzie skutecznie konkurować i wypychać z rynku uczciwe działające firmy, które nie będą w stanie konkurować cenowo z podmiotami handlującymi nielegalnie. Można jednoznacznie powiedzieć, że jest to promocja nieuczciwej konkurencji kosztem uczciwie działających firm.

Finalnie na opłacie najwięcej zarobią tzw. krętacze oraz podmioty zagraniczne, których opłata nie będzie dotyczyć. To z kolei sprawia, że artyści również nie zobaczą tych pieniędzy, a na pewno nie w ilościach deklarowanych przez rząd.

I na koniec, skuteczna walka z kryzysem. W sytuacji, gdy stoimy przed jednym z największych kryzysów gospodarczych ostatnich dziesięcioleci,  rząd planuje wprowadzić rozwiązanie, które negatywnie wpłynie na konsumpcję, a w konsekwencji na firmy działające w branży. A to przecież utrzymanie przy życiu konsumpcji jest jednym z kluczowych czynników, który ma pomóc w utrzymaniu możliwie najlepszej koniunktury.

Zamiast tego rząd przy akompaniamencie organizacji zbiorowego zarządzania chce przyczynić się do rozrostu szarej i czarnej strefy, zahamowania walki z cyfrowym wykluczeniem, wypchnięcia z rynku uczciwie działających firm oraz zmniejszenia konsumpcji. Jest to działanie kompletnie nieprzemyślane i dla wielu ekspertów jest ono porównywalne z założeniami Piątki dla Zwierząt, która początkowo zakładała w zasadzie z dnia na dzień likwidację ferm zwierząt futerkowych bez rekompensat i odpowiedniego vacatio legis. Również w tym przypadku duża część gospodarki zostanie postawiona pod ścianą bez możliwości manewru.

Anna Malarczyk



Bądź na bieżąco

Newsletter

Newsletter

Najczęściej Czytane