fbpx

Co jakiś czas debata na temat opłaty reprograficznej zwanej szerzej jako opłata/danina/podatek od smartfonów zaczyna się na nowo i obie, zwaśnione strony wychodzą na pole bitwy by przekonywać resztę do swoich racji. Z tego powodu postanowiłem być arbitrem w tej rozgrywce i nieco ułatwić przekaz informacji. W skrócie poprosiłem każdą ze stron by wypowiedziała się na temat ww. opłaty.

Opłata reprograficzna to opłata pobierana od producentów i importerów urządzeń umożliwiających skopiowanie utworów. Jej wysokość jest uzależniona od ceny urządzenia i najczęściej wynosi od 1,5 do 3 proc. Tak przynajmniej było dotychczas.

Opłata reprograficzna jako niepotrzebny twór?

Dotychczas też na portalu pojawiały się komentarze bardzo nieprzychylne nowej opłacie z tego powodu postanowiłem by pierwszy do zarzutów odniósł się ZAiKS, który jest jedną ze stron w sporze. ZAiKS chce wprowadzenia opłaty. W jednym  z wywiadów Andrzej Przybyło, Prezes jednego z największy dystrybutorów sprzętu elektronicznego w Polsce zakomunikował, że przekazywanie środków do prywatnego podmiotu i praktycznie monopolisty jakim jest ZAiKS jest swego rodzaju aberracją, a sama opłata jest w obecnych czasach tworem niepotrzebnym.

ZAiKS nie zgadza się z tymi zarzutami i podaje, że na rynku jest więcej podmiotów odpowiedzialnych za zbieranie opłaty, a ona sama jest tworem jak najbardziej potrzebnym.

- Opłata reprograficzna to zdecydowanie potrzebne i powszechne w UE narzędzie wsparcia twórczości. W niektórych krajach, np. w Niemczech, skąd się wywodzi, funkcjonuje od lat 60. ubiegłego wieku, a w Polsce funkcjonuje od lat 90. Jest pobierana najczęściej od producentów i importerów sprzętu umożliwiającego kopiowanie utworów na własny użytek, rzadziej wypłacana z budżetu państwa (tak jest np. w Finlandii). Trafia jako rekompensata za utracone wynagrodzenie z tytułu powielania utworów na własny użytek do kompozytorów, pisarzy, dramaturgów, plastyków, aktorów, muzyków, wokalistów, filmowców, naukowców oraz wydawców przez organizacje zbiorowego zarządzania – nie tylko ZAiKS, ale też SFP, ZASP, STOART, SAWP, ZPAV, Kopipol, Repropol, Copyright Polska. Jak widać, nie ma tu żadnego monopolu jednej organizacji – każda z wymienionych wyżej organizacji reprezentuje określoną grupę ze środowiska twórczego. Taki system dystrybucji środków z opłaty reprograficznej działa z powodzeniem w pozostałych krajach w Europie – komentuje Anna Klimczak, rzecznik prasowa ZAiKS.

Zupełnie innego zdania jest Michał Kanownik Prezes Związku Cyfrowa Polska (ZIPSEE), który reprezentuje importerów i producentów sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Uważa on, że opłata reprograficzna nie przystaje do dzisiejszej rzeczywistości. Uważa on, że w publicznych wypowiedziach powiela się błędne stwierdzenie, jakoby opłata reprograficzna miała być opłatą za słuchanie i oglądanie treści, a nie za ich dozwolone kopiowanie przez użytkownika.

- Co, jeśli w rzeczywistości do kopiowania nie dochodzi? Smartfony i tablety, a tym bardziej telewizory nie są powszechnie wykorzystywane do kopiowania utworów w sposób, jaki znany jest w przypadku nośników pokroju płyt czy kaset oraz nagrywarek i odtwarzaczy. Dominującą praktyką obcowania z treściami kultury za pomocą dzisiaj najpopularniejszych urządzeń mobilnych jest np. korzystanie z usług streamingowych, za które to konsumenci już przecież płacą w abonamentach – podaje Michał Kanownik.

Podobnego zdania jest Marek Tatała, Wiceprezes Zarządu Forum Obywatelskiego Rozwoju: - Podatek od smartfonów i sprzętu elektronicznego, nazywany opłatą reprograficzną, nie powinien być wprowadzany. Nie ma uzasadnienia, aby państwo nakładało i egzekwowało przymusową opłatę, która ma finansować działalność twórców i organizacji zbiorowego zarządzania (OZZ), do których już teraz trafiają pieniądze z dotychczasowego obciążania opłatą różnych urządzeń (np. dyski twarde, nagrywarki CV/DVD, płyty CD/DVD czy drukarki). Sama opłata reprograficzna to rozwiązanie z czasów, w których możliwości generowania dochodów z twórczości słuchanej i oglądanej na sprzętach elektronicznych były ograniczone - nie istniały wtedy jeszcze platformy streamingowe, narzędzia do finansowania twórczości reklamami czy crowdfunding. W przeszłości tzw. dozwolony użytek, który miała rekompensować opłata np. na płyty CD polegał często na kopiowaniu płyty CD osobie bliskiej czy członkowi rodziny. Dużo większa była też skala piractwa. Dziś rynek muzyczny wygląda zupełnie inaczej. Dlatego nie należy archaicznego i nieprzystającego do cyfrowej rzeczywistości podatku rozszerzać na smartfony i inny sprzęt elektroniczny, a ludzie kultury powinni poszukiwać innych metod finansowania działalności bezpośrednio przez konsumentów ich własnej twórczości - twierdzi Tatała.

Damian Iwanowski, analityk Fundacji Instrat uważa, że zmiany w opłacie reprograficznej są potrzebn i podziela zdanie ZAiKS.

- Polska jest obecnie jedynym krajem w Unii Europejskiej gdzie opłata reprograficzna nie obejmuje nośników elektronicznych, które stanowią dziś główne formy konsumpcji mediów, jednak obciążają m.in. kasety i płyty, drukarki oraz nawet biały papier biurowy. Nie dość, że nie znajduje to uzasadnienia merytorycznego, to przekłada się również na uszczuplenie budżetów instytucji kultury. W Fundacji Instrat opublikowaliśmy kilka miesięcy temu raport, który dokumentuje trudną sytuację twórców i artystów oraz jej znaczne pogorszenie w dobie koronawirusa. Jeśli jako społeczeństwo chcemy się holistycznie rozwijać, to powinniśmy również umożliwić rozwój działalności kulturalnej – komentuje.

Prezes Kanownik odnosi się także do stwierdzenia, że artystom należą się rekompensaty z tytułu poniesionych strat. Twierdzi on, że nie istnieją żadne badania, które wskazywałyby na wysokość strat jakie ponoszą twórcy za nielegalne kopiowanie.

- Problemem jest też to, że w Polsce nie istnieją żadne badania dotyczące strat, jakie ponoszą twórcy ze względu na legalne kopiowanie. A to od tego powinno zacząć się rozmowy o ewentualnym rozszerzaniu opłaty reprograficznej. Sprawdźmy, kto i ile traci na kopiowaniu. Zresztą przypominam, że także zgodnie z orzeczeniem TSUE każdorazowa zmiana zakresu stawek opłaty reprograficznej powinna być uzależniona od skali straty, jaką twórcy ponoszą ze względu na legalne kopiowanie – komentuje Prezes Związku Cyfrowa Polska.

Dodatkowo Michał Kanownik zaznacza, że pobieranie opłaty pozostawia wiele do życzenia gdyż jest ona ściągana przede wszystkich od największych podmiotów, a nie od wszystkich rynkowych graczy.

- Zwracaliśmy na to uwagę Ministerstwu Kultury czy Organizacjom Zbiorowego Zarządzania (OZZ). Pomimo naszych licznych propozycji kierowanych do ZAiKS uszczelnienia opłaty, żeby wszyscy zobowiązani do uiszczania opłaty reprograficznej faktycznie ją płacili, nasze apele zostały bez odpowiedzi. Stowarzyszenie Autorów ZAiKS nie wykazywało zainteresowania zwiększenia inkasa z tej opłaty. Uważam, że najpierw trzeba uszczelnić obowiązujący system, by opłata była pobierana od wszystkich do niej zobowiązanych. Wtedy zobaczymy, ile rzeczywiście jest pieniędzy do podziału. Nie dziwi mnie fakt, że ZAiKS uważa, że opłata reprograficzna jest potrzebna. Rocznie producenci i importerzy płacą tego tytułu ok. 30 mln zł. Pytanie, jak te pieniądze są zarządzane i jak szybko trafiają na konta artystów i w jaki sposób OZZ-y dokonują szacunków, którzy artyści ponieśli starty z tytułu legalnego kopiowania?

ZAiKS zarzuca natomiast Związkowi Cyfrowa Polska blokowanie aktualizacji opłat. Podaje także, że jest to organizacja parasolowa, którą tworzy każda branża gospodarki. ZAiKS zarzuca także ZIPSEE lobbing na rzecz największych podmiotów i prowadzenie zakrojonej na szeroką skalę akcji czarnego PR, która była wymierzona w twórców i sam ZAiKS.

- ZIPSEE zrzesza takie firmy jak Samsung, Sony, LG, Panasonic, Canon, Hewlett Packard, a także Google i Amazon i zabiega o ich interesy finansowe w naszym kraju. Te same firmy w innych krajach wywiązują się ze swoich zobowiązań i wnoszą opłatę od nowoczesnych urządzeń, a w Polsce zaciekle ją torpedują. ZIPSEE prowadził np. szeroko zakrojoną akcję czarnego PR wymierzoną w twórców i w ZAiKS „Nie płacę za pałace”. Akcja ta jest przykładem systematycznego, metodycznego szkalowania ludzi kultury poprzez fake newsy, personalne ataki, a nawet nawoływanie do przemocy. W naszej ocenie jest to jedna z pierwszych zorganizowanych w Polsce na taką skalę akcji łączących aktywność w mediach społecznościowych z agresywnymi działaniami w tzw. realu. Nieprzypadkowo w obronie branży producentów i importerów sprzętu angażują się takie środowiska jak Ruch Narodowy czy Stop Acta - podaje Anna Klimczak.

Michał Kanownik wyjaśnia jednak, że cała sytuacja wyglądała trochę inaczej. Z wypowiedzi Prezesa Związku Cyfrowa Polska wynika, że Anna Klimczak w swojej wypowiedzi nie powiedział wszystkiego.

- Akcja „Nie płacę za pałace” zainicjowana była w 2015 r. przez nasz Związek  i Marcina Węgrzynowskiego, fryzjera, który wygrał sławną sprawę sądową z ZAiKS-em. Akcja miała zwrócić uwagę na brak transparentności w zarządzaniu wielomilionowymi środkami pobieranymi od przedsiębiorców przez ZAiKS. Już wtedy w akcję zaangażowało się „oddolnie” wielu ludzi, którzy również dostrzegali patologię w systemie finansowania pracy twórców. Jako Cyfrowa Polska oddaliśmy tę akcję w ich ręce, ponieważ była ich wola kontynuacji jej działalności i dziś nie mamy nic wspólnego z aktywnościami tego środowiska. Więc nie jest prawdą, że kogokolwiek szkalujemy czy podajemy fake newsy. Zresztą muszę zaznaczyć, że inicjatywa ta, kiedy powstawała, nie miała na celu atakowania środowiska artystów. O przemocy już nie wspomnę - odpowiada na zarzuty Kanownik.

ZAiKS dodatkowo uważa, że zaangażowanie w całą akcję niektórych środowisk nie jest przypadkowe, a Michała Kanownika nazywa lobbystą, który świetnie odnajduje się w świecie polityki. Ten z kolei uważa zarzuty za absurdalne.

- Zarzuty o lobbing są niedorzeczne. Jako prezes Związku, reprezentuję oczywiście interesy firm członkowskich – producentów i dystrybutorów. Jest to działalność legalna i całkowicie transparentna. Naszym celem jest też informowanie opinii publicznej. Jeżeli ktokolwiek manipuluje opinią publiczną, to jest to ZAiKS, który nie przedstawia merytorycznych argumentów i który nigdy nie zgodził się z nami na taką merytoryczna, otwartą dyskusję w tej sprawie.

Ile naprawdę wynoszą wpływy z opłaty reprograficznej?

ZAiKS przedstawia jednak pewne dane, z których wynika, że są kraje, które pobierają znacznie więcej środków z opłaty reprograficznej niż Polska.

- Czterokrotnie mniejsze pod względem liczby ludności Węgry pozyskują dla twórców z opłaty od czystych nośników 10 razy więcej, a Francja niemal 100 razy więcej niż Polska. Natomiast firmy zrzeszone w ZIPSEE chętnie powtarzają, że Polacy w wyniku opłaty będą kupować sprzęt w innych krajach lub wręcz zostaną wykluczeni cyfrowo – komentuje rzeczniczka  ZAiKS.

Przedstawione informacje nie podobają się jednak Prezesowi Michałowi Kanownikowi, który zarzuca ZAiKS-owi manipulację i podawanie tylko części rzeczywistej kwoty, co ma wpływać na różnice między krajami.

- Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego ZAiKS nie podaje pełnej kwoty z opłaty reprograficznej w Polsce, a manipuluje podając tylko częściowe kwoty. Ostatnio wiceminister kultury w wywiadzie dla „Do Rzeczy” – jak rozumiem powołując się na informacje z ZAiKS – stwierdziła, że na potrzeby artystów przekazuje się niespełna 2 mln euro rocznie. Chciałbym poinformować, że to nieprawda, ponieważ środki pozyskiwane z opłaty reprograficznej w Polsce sięgają ok. 30 milionów zł (7 mln euro – przyp. red.) rocznie. Jest to do sprawdzenia w sprawozdaniach rocznych wszystkich OZZ-ów jako inkasentów opłaty reprograficznej - twierdzi Michał Kanownik.

Czy opłata reprograficzna wpłynie na wzrost cen urządzeń elektronicznych

Gdyby faktycznie było tak jak twierdzi Prezes Kanownik, a wartości podane przez ZAiKS były prawdziwe, to wówczas okazałoby się, że zebrane opłaty są w Polsce 3 razy niższe niż na Węgrzech i ok. 30 razy mniejsze niż we Francji. Porównując do liczby ludności to ciągle wydaje się być mniej niż w wymienionych krajach. Zapytałem także ZAiKS, czy nie obawia się, że opłata doprowadzi do wzrostu cen urządzeń, które są ważne przy nauczaniu zdalnym? Anna Klimaczak uważa, że to nie opłata reprograficzna może przyczynić się do wzrostu cen.

- Jak pokazują doświadczenia innych państw w Europie, ceny nie wzrastały w wyniku opłaty reprograficznej. W wielu krajach urządzenia są tańsze niż w Polsce mimo obowiązywania tam opłaty reprograficznej. Są wręcz tańsze – nie tyle nominalnie, ile biorąc pod uwagę średnie zarobki obywateli – podaje Anna Klimczak.

Podobną opinię wyraża Damian Iwanowski, analityk Fundacji Instrat, który twierdzi, że ceny w poszczególnych państwach są podobne.  

- Jak w przypadku każdej daniny, można oczekiwać incydencji podatkowej, tj. przerzucenia części obciążenia na konsumentów w postaci wyższej ceny. Doświadczenia międzynarodowe wskazują jednak na to, iż w przypadku opłaty reprograficznej skala przerzucania podatku jest stosunkowo niewielka. Obrazuje to przede wszystkim fakt, iż ceny tych samych urządzeń elektronicznych nie różnią się pomiędzy krajami UE, mimo iż obowiązują w nich bardzo zróżnicowane stawki opłaty. Podobne obserwacje płyną również ze skutków wprowadzonego w Polsce podatku od platform VOD - dotychczas żadna z objętych nim platform streamingowych nie podniosła cen.

Z powyższymi wypowiedziami nie zgadza się natomiast Prezes Michał Kanownik, który twierdzi, że ceny różnią się pomiędzy państwami.

- Absolutną nieprawdą jest to, że sprzęt za granica jest tańszy niż w Polsce. Zgodnie z danymi z Eurostatu w Polsce elektronika jest jedną z najtańszych w Europie. Polecamy rzetelne porównanie cen elektroniki w Polsce i Niemczech, ale bazując na tych samych produktach, w takich samych warunkach sprzedażowych. W kwestii cen nie możemy porównywać ofert onlinowych, gdyż to właśnie one pozbawione są najczęściej w Polsce ceł czy podatku VAT. Jest to szara strefa, która zaniża ceny, a zatem generuje też straty dla skarbu państwa. A pamiętajmy, że w Niemczech jest  niższa stawka VAT na elektronikę - komentuje Prezes ZIPSEE.

Prezes Związku Cyfrowa Polska przywołuje przykład, gdzie porównuje takie same urządzenia w Polsce i w Niemczech. Jak podaje, Samsung A30s w Polsce kosztuje 190 euro brutto. Ten sam telefon w Niemczech – 276 euro brutto. Z kolei IPhone 11(256 GB) w Polsce kosztuje 964 euro netto, w Niemczech – 969.

- Ceny w Polsce są zatem niższe mimo, że mamy wyższy VAT na elektronikę (23 proc.) w porównaniu do Niemiec (16 proc. – tyle wynosił tam VAT w 2020 r., dziś jest 19 proc.) – konkluduje.

W odpowiedzi Anna Klimczak zaznacza, że - Związek Pracodawców AGD CECED Polska alarmował, że ze względu na obowiązki, jakie ustawa nakładała na sklepy w związku ze zużytym sprzętem, ceny nowych urządzeń wzrosną. Jak się okazało, ceny pralek, lodówek, telewizorów i innych sprzętów RTV i AGD po wprowadzeniu przepisów proekologicznych utrzymały się na porównywalnym poziomie lub spadły.

Przy swoim zdaniu pozostaje natomiast Michał Kanownik, który podaje, że  brak wpływu opłaty reprograficznej na ceny elektronik jest tezą nieprawdziwą.

- Każdy składnik cenotwórczy producent, importer czy dystrybutor umieszcza w cenie sprzętu. Jest to podstawowa zasada biznesu. A próba mówienia, że nie jest to kolejny podatek jest wyłącznie metodą, która ma „złagodzić” przekaz idący do polskich konsumentów. Jakby tej opłaty nie nazywać, wpłynie ona na cenę końcową elektroniki. I jest to bezdyskusyjne. Opierając się na doświadczeniu z innych krajów, jak Niemiec, Włoch czy Hiszpanii fakt wprowadzenia czy zniesienia opłaty miał bezpośredni wpływ na ceny urządzeń na rynku.

Rzeczniczka ZAiKS poddaje wątpliwości faktyczne marże importerów i dystrybutorów i to czy faktycznie mają aż tak małe możliwości zmian cenowych. Uważa, że marże nie są tak niskie jak podają przedstawiciele branży elektronicznej. Ponadto zauważa, że sprzęt potrzebny do nauki zdalnej i tak podrożał pomimo braku opłaty reprograficznej.

- Ceny sprzętu elektronicznego podczas lockdownu błyskawicznie szły w górę. Laptopy lub kamerki internetowe, niezbędne między innymi dzieciom do udziału w zdalnych lekcjach, momentalnie podrożały. Z drugiej strony, nierzadko jako konsumenci obserwujemy ogromne obniżki sprzętu – o kilkaset lub nawet o ponad tysiąc złotych. Dzieje się tak wtedy, kiedy na rynku pojawia się nowy model lub trzeba opróżnić magazyny. Pojawia się więc pytanie, jaka jest faktyczna cena urządzenia i czy w istocie marże są tak minimalne, jak twierdzą przedstawiciele wielkich firm? – pyta Anna Klimczak.

Na pytania odpowiada Michał Kanownik, wyjaśniając jak wygląda proces cenotwórczy.

- Marża dystrybutorów na elektronikę w Polsce jest na poziomie 0.5 – 1,5 proc. ceny urządzenia (można to sprawdzić w raportach dystrybutorów notowanych na warszawskiej giełdzie)  i nie ma w niej miejsca na kolejne obciążenie parapodatkowe. Pamiętajmy, że cena urządzenia na półce sklepowej w Polsce to składowa wielu kosztów – od prac badawczo-rozwojowych, koncepcyjno-projektowych, po koszty produkcji, dystrybucji, logistyki i serwisu.

Na koniec Rzeczniczka ZAiKS zauważa, że branża elektroniczna dba o swoje interesy by jak najmniej odpowiadać finansowo.

- [Branża elektroniczna przyp. red.] zabiega raczej o to, by ponosić jak najmniejsze obciążenia z tytułu regulacji obowiązujących w Europie (na mocy dyrektywy 2001/29/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 22 maja 2001 r. w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym). A te regulacje mówią, że twórcom należy się rekompensata za powielanie ich utworów na użytek prywatny. Rekompensata ta jest albo pokrywana przez producentów i importerów sprzętu (ten model obowiązuje w większości państw w Europie), albo wypłacana z budżetu państwa (model ten obowiązuje np. w Finlandii). Należałoby więc zapytać, czy Polskę stać na finansowe wyręczanie wielkich firm i pokrywanie opłaty z budżetu państwa? Zwłaszcza w okresie, kiedy ten budżet jest poważnie nadwyrężony wydatkami związanymi z pandemią.

Wypowiedź ZAiKS ripostuje Michał Kanownik: - cieszymy się, że ZAiKS w końcu zrozumiał, że opłata ma być za powielanie. Pytanie, czy ZAiKS ma dane dot. jakie straty ponoszą z tego tytułu artyści i jak wielka jest to skala. W całej Europie trwają dyskusje o tym, że opłata nie przystaje do rzeczywistości. Jest to spowodowane tym, że zmienił się sposób konsumpcji kultury. Dziś na znaczeniu zyskują serwisy streamingowe, gdzie konsumenci płacą za każdej odtworzenie utworu. Zarówno w Polsce, jak i w innych krajach świata trwają spory dotyczące zasadności pobierania opłat reprograficznych i sposobu ich regulacji. Na nieadekwatność opłaty reprograficznej do faktycznego charakteru urządzeń i dzisiejszych modeli biznesowych wskazywano w czasie wielu debat publicznych w Unii Europejskiej. Warto dodać, że Europejska Organizacja Konsumentów zwraca uwagę, że w dłuższej perspektywie opłata reprograficzna nie dotrzyma kroku rozwojowi nowych modeli biznesowych i usługowych, więc konieczne jest dostosowanie systemu do nowych realiów dystrybucji kultury w sieci.

Ponadto Kanownik chwali system fiński, który przytaczała Anna Klimczak z ZAiKS.

- Stoimy na stanowisku, że w związku z daleko idącym postępem nowych technologii konieczne jest podjęcie kroków zmierzających do reformy tego systemu i opracowanie nowego modelu ochrony własności intelektualnej. Uważamy, że dobrym modelem, podchodzącym do problemu systemowo jest model fiński. Zarówno fińscy artyści, przedsiębiorcy i konsumenci są zadowoleni z odejścia od opłaty reprograficznej. Fińskie rozwiązanie pomaga też wspierać kulturę rodzimą. Szczególnym atutem modelu fińskiego będącego w pełnej zgodzie z unijnymi regulacjami, jest zagwarantowanie ścisłego nadzoru państwa nad pobieraniem i redystrybucją środków, kontroli nad planami OZZ oraz oparcie opłaty o rzeczywiste dane pochodzące z badań nt. rynku, a w efekcie zaspokojenie potrzeb artystów (godziwa rekompensata) przy minimalnym uszczerbku na dobrze konsumentów (czemu sprzyja również szereg wyjątków od konieczności wnoszenia opłaty). Innymi słowy, model ten jest sprawiedliwy, do czego należy za wszelką cenę dążyć. Co więcej, system ten już dziś wykazuje pewne podobieństwa do polskich regulacji, oferując przeznaczenie części środków na rozmaite fundusze promocyjne i pomocowe dla twórców.

Jeszcze dalsze zmiany proponuje Marek Tatała z FOR.

-Warto rozważyć całkowite zniesienie opłaty reprograficznej pobieranej od urządzeń na które dziś obowiązuje. Choć niektórzy wiążą z brakiem opłaty reprograficznej różne katastroficzne wizje dla polskiej kultury to w Wielkiej Brytanii i Irlandii, gdzie opłata reprograficzna nie występuje, nie doszło z tego powodu do upadku kultury.

Kto ma rację?

Powyższe opracowanie miało pomóc ustosunkować się czytelnikom do opłaty reprograficznej lub podatku od smartfonów. Mimo, że w dyskusji padło wiele argumentów, to jednak nie rozwiewają one wątpliwości i nie pozwalają w pełni na jednoznaczne podjęcie decyzji. Można natomiast wywnioskować, że konflikt pomiędzy stronami będzie się zaostrzał. Wszak w grę wchodzą miliony złotych, które każda ze stron chce dla siebie.

Opracował: Filip Lamański



Bądź na bieżąco

Newsletter

Newsletter

Najczęściej Czytane