fbpx

Polska zawsze miała problem z mieszkaniami. Za II RP przeważająca większość mieszkańców wynajmowała lokum, za PRLu własne “M” przydzielane było przez państwo, przez co trzeba było na nie czekać latami. A dziś, mimo rekordowego tempa budowy nowych osiedli, mało kogo stać na własny “kwadrat”. 

Wraz z nadejściem kapitalizmu zachłysnęliśmy się “wyjątkowością” gospodarki wolnorynkowej. Po ponad czterdziestu latach życia w jednakowych blokach, noszenia jednakowych ubrań i jeżdżenia jednakowymi samochodami (słynna scena z Czterdziestolatka), każdy chciał się wyróżnić. Czy to krzykliwą kurtką z ortalionu, czy to lśniącym nowym samochodem, czy posiadaniem mieszkania w nowiuśkim bloku z pachnącą klatką schodową i windą bez drzwiczek, preferowanie na strzeżonym osiedlu.

Wiele jednak też oddaliśmy za te preferencje. Chcieliśmy nowości, dostaliśmy bloki, które już od nowości zaczynają się sypać, bo deweloper oszczędzał na materiałach. Jedną z takich sytuacji opisuje portal Money.pl - w budynku oddanym do użytku w 2021 roku zaraz po wprowadzeniu się lokatorów zaczęły się usterki: wiecznie psująca się winda, zalewanie samochodów na parkingu podziemnym w wyniku cieknących rur, niedziałający domofon. Na kogo zrzucił odpowiedzialność deweloper? Można łatwo zgadnąć.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż głód mieszkaniowy jest w Polsce tak duży, że mieszkania są sprzedawane na pniu, często jeszcze zanim na budowie zostanie wbita pierwsza łopata. To daje inwestorom nieopisaną przewagę negocjacyjną nad Bogu ducha winnymi lokatorami, którzy dali się nabrać na “Ciche, słoneczne osiedle, gdzie można wychowywać dzieci”. 

Czy Nowy Ład naprawi rynek mieszkaniowy? [ANALIZA]

To sprowadza nas do kolejnego punktu. Każdy, kto kiedykolwiek mieszkał na osiedlu z wielkiej płyty, potwierdzi, że głosy dzieci słychać w prawie każdym miejscu w promieniu kilkuset metrów od ich domu. Dlaczego? Otóż PRLowskim osiedlom nie brakuje absolutnie niczego, jeśli chodzi o wychowanie pociech - placów zabaw, boisk, szkół. A na osiedlach deweloperskich erskich chęć uzyskania jak największego zysku często ucisza sumienie inwestora, który mógłby oddać część swojego terenu pod publiczną szkołę lub zbudować w przerwie między budynkami plac zabaw z prawdziwego zdarzenia. 

Następny element iluzji, nad którym trzeba się pochylić, to część ogłoszenia opisująca “Ciche osiedle z dala od zgiełku wielkiego miasta”, jednak znajdujące się “5 minut od stacji”. Po pierwsze, często rzeczywiście na osiedlu jest cicho, jednak wynika to przede wszystkim ze zbyt małej liczby mieszkańców na kupionym od lokalnego rolnika łanie o rozmiarach 30 na 150 metrów, by mógł się utrzymać jakikolwiek sklep, bądź punkt usługowy, a co dopiero restauracja. W urbanistyce istnieje pojęcie siły oddziaływania. Jakiegokolwiek z powyżej wymienionych punktów - sklep typu Żabka potrzebuje do utrzymania się na powierzchni około pięciuset mieszkańców w zasięgu 5 minut spaceru, podczas gdy galeria handlowa - kilkadziesiąt tysięcy. Niestety, projekty budowlane rozsiane po niekontrolowanie sprzedawanych łanach na warszawskiej Białołęce czy wrocławskich Maślicach, często uniemożliwiają skoncentrowanie się na ich terenie jakiegokolwiek handlu, zmuszając mieszkańców do dalekich podróży. Komunikacją miejską, jeśli jest dostępna, co stanowi rzadkość. Najczęściej jednak mieszkańcy skazani są na prywatny samochód.

Po drugie, “5 minut od stacji” nie oznacza najczęściej takiego czasu na piechotę, w zaspach śniegu i pod górkę, a raczej odnosi się do czasu, jaki trzeba spędzić w samochodzie o trzeciej nad ranem, kiedy akurat nie ma korków, a pogoda jest idealna. Działki wokół stacji są drogie, a deweloperowi nie opłaca się kupować dwa razy droższego gruntu, kiedy mało kto kupi mieszkanie droższe odpowiednio o różnicę potrzebną inwestorowi do wygenerowania  zysku. Ponadto, przez rozsiane na dziesiątkach kilometrów kwadratowych osiedla ciężko puścić jakąkolwiek linię autobusową, gdyż klucząc wąskimi uliczkami przedmieść, taki pojazd traciłby mnóstwo czasu, oraz konkurencyjność wobec prywatnych środków transportu. Nie mówiąc już nawet o tramwajach, których koszt budowy wymaga dużo większego obłożenia, niż są w stanie zapewnić rozproszone szeregówki i dwupiętrowe bloczki. Szyny sięgają więc tylko krańców dużych, przedtransformacyjnych blokowisk, a autobusy trasowane są przez obrzeża terenów, rodzących losowo jak grzyby nowe osiedla. 

Jak naprawić polski rynek mieszkaniowy?

Czasem jednak deweloperka dosięga terenów gęsto zaludnionych. Wynikającą z kosztów nabycia działki, podwyższoną cenę metra kwadratowego inwestor musi zrekompensować potencjalnym mieszkańcom złudnym poczuciem bezpieczeństwa w postaci zabezpieczonego elektronicznym zamkiem płotu. Co z tego, że płot ma najczęściej mniej niż 2,5 metra wysokości, a furtka przez 75% czasu pozostaje otwarta na oścież? Co z tego, że faktyczny poziom przestępstw na takich osiedlach jest bardzo podobny do tego poza nimi? Najważniejsze, by odciąć staruszkom mieszkającym na starszym, położonym nieopodal osiedlu z wielkiej płyty, drogę do najbliższego marketu i zmusić ich do nadłożenia kilometra! 

Najmniej zaś jest zieleni na “zielonych osiedlach”. Tak bardzo pożądany przez deweloperów zysk, w wielu miastach stojący na poziomie 30% w stosunku do włożonego kapitału, wymusza wykorzystanie każdego metra kwadratowego zakupionej działki, co z kolei odbiera mieszkańcom tak bardzo należne im w zamian za wydane krocie światło słoneczne i brak konieczności patrzenia się, jak sąsiad w bloku oddalonym o piętnaście metrów przemywa zęby butelką Jacka. 

Wybaczmy więc socjalistycznym osiedlom ich nudną brzydotę, zakrywaną ostatnimi czasy pastelowym styropianem. Brzydota ta bowiem, mimo że nieprzyjemna dla oka, dawała - i wciąż daje - mieszkańcom wygodę, jakiej nigdy nie uświadczy się na osiedlu deweloperskim, przynajmniej w rozsądnej dla przeciętnego ciułacza cenie. Nie dajmy się tej ułudzie “Jasnych, zielonych, przyjaznych dzieciom, położonych 20 minut spacerkiem od centrum” zbrodni przeciw urbanistyce i doceńmy naszą starą, dobrą wielką płytę. 



Bądź na bieżąco

Newsletter

Newsletter

Najczęściej Czytane