fbpx

O uchwalenie większej liczby miejscowych planów zagospodarowania wołają od lat rozpaczliwie aktywiści miejscy. Wciąż jednak dokumenty obejmowały w 2020 jedynie 31,4% powierzchni kraju, czyli o niecałe 5 punktów procentowych więcej niż 10 lat wcześniej (Bank Danych GUS). Dlaczego przyrost ten jest tak powolny i co to oznacza dla każdego z nas?

Na samym początku należy zdefiniować, czym właściwie są Miejscowe Plany Zagospodarowania Przestrzennego (dalej: MPZP) oraz czym się różnią od innych form planowania. W dużym uproszczeniu są one po to, żeby pośrodku blokowiska nie wyrosła fabryka, ani żeby nikt nie wybudował bloku z parkingiem wśród pól, na których uprawiane są wrażliwe na zanieczyszczenia rośliny, bądź hodowane zwierzęta. Przynajmniej jest tak w teorii

Trzy gatunki dokumentów

W rzeczywistości MPZP uchwalane są dla niewielkich wycinków gmin, najczęściej będących w centrum zainteresowania inwestorów, ale także służb miejskich. Bardziej inkluzywną terytorialnie formą planowania przestrzennego są Studia uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego (SUiKZP), które jednak wyznaczają, jak sama nazwa wskazuje, ogólne kierunki rozwoju danych terenów gminy, której całą powierzchnię powinny obejmować. Nie określają one jednak szczegółowych uwarunkowań, takich jak uzbrojenie terenu, liczba lokali mieszkalnych możliwych do wybudowania na danym obszarze czy tak istotnej kwestii jaką są dopuszczalne wysokości kalenic budynków. Tym zajmować się mają właśnie Warunki Zabudowy (popularnie zwane wuzetkami), wydawane dla poszczególnych posesji przez biura planowania przestrzennego, działające w ramach organów gminnych bądź miejskich. MPZP (uchwalane dla większych obszarów) mają za zadanie określić szczegółowo, do jakiego rodzaju terenu należy dana działka. Dają więc informacje na przykład na temat tego, czy parcela znajduje się na terenie zalewowym, uszkodzonym pracami górniczymi, czy na przykład należy do obszaru nienaruszalnej miejskiej zieleni. W idealnym świecie kombinacja tych trzech rodzajów dokumentów miałaby nie dopuścić do powstania zabudowy utrudniającej życie okolicznym mieszkańcom, takiej jak warsztat wulkanizacyjny koło leżącego pośród bloków zieleńca czy postawiony przez mało wyrozumiałego inwestora sześciopiętrowy blok, sąsiadujący ściana w ścianę z osiedlem domków jednorodzinnych.

Jak to wygląda w praktyce?

Jak podaje Filip Springer w swojej książce “Wanna z kolumnadą”, obowiązujące MPZP i SUiKZP wydzieliły na potrzeby zabudowy mieszkaniowej teren zdolny dać dach nad głową około 300 milionom mieszkańców Polski. To prawie ośmiokrotnie więcej, niż Polska ma dzisiaj ludności. Czy więc urzędnicy miejscy przewidują występowanie w naszym kraju przyrostu naturalnego równego temu w Nigrze bądź Republice Środkowoafrykańskiej przez najbliższe 200 lat, czy może stoi za tym coś innego? Otóż winowajcą jest tu przede wszystkim łatwość uchwalania takich decyzji dla terenów rolniczych na obrzeżach miast w porównaniu do uchwalania ich dla obszarów śródmiejskich, będących przecież największym punktem zainteresowania - zarówno potencjalnych inwestorów, jak i mieszkańców okolicznej zabudowy. Kolejny problem to występująca na masową skalę korupcja w organach samorządowych. Nie wiadomo, który z tych powodów stoi za faktem, że w prawie ścisłym centrum Warszawy, na ulicy Dzielnej, inwestor niedawno ogłosił, że chce wybudować budynek oddalony od istniejącego bloku z lat 70. o około 4 metry. Tłumaczy się tym, że w planie zagospodarowania sąsiednia ściana bloku figurowała jako fragment pierzei. Ciężko jednak uwierzyć, że było to zwykłe niedopatrzenie. Takich objawów patologii urbanistycznej są w Polsce setki, jeśli nie tysiące. 

Co wszyscy możemy zrobić?

Przede wszystkim możemy wymagać od najwyższych urzędników samorządowych, czy to przez wnioski obywatelskie, czy nawet przy urnach wyborczych, uchwalanie Miejscowych Planów Zagospodarowania dla jak największych obszarów. Po drugie, lecz nie mniej ważne, już uchwalonym planom powinniśmy przyglądać się z zegarmistrzowską precyzją. Po to, by następnym razem nie padł na nas los taki, jak na mieszkańców nieszczęsnego bloku przy Dzielnej w Warszawie. 



Bądź na bieżąco

Newsletter

Newsletter

Najczęściej Czytane