fbpx

Dawno, dawno temu, w nie tak dalekiej krainie, a właściwie w tej samej, w której ta historia jest opowiadana, żył sobie pewien lud. Lud ten miał w swych szeregach pracowitych murarzy, którzy w pocie czoła kładli cegły, czy to pionowo - w ścianach domów, czy to poziomo - na powierzchniach ulic. Dookoła wszędzie rosły drzewa, które swoimi koronami dawały schronienie zmęczonym wędrowcom, a korzeniami zachowywały wodę. Jednak pewnego dnia nastąpiła inwazja królestwa Asfaltii, skonfederowanego z cesarstwem Betonii. Po tym wszystkim co się wydarzyło, nic już nie było takie samo…

 Częstochowa, lato 2020 roku. Do głosowania w ramach Budżetu Obywatelskiego (BO) dopuszczony zostaje projekt o nazwie “Remont nawierzchni ulicy Glogera na odcinku od ul. Focha do ul. Kopernika”. Po merytorycznej weryfikacji przez Urząd Miasta, w innej zakładce na stronie BO zostaje dodany drobny szczegół, który prawie rok później stanie się kością niezgody między mieszkańcami a władzami miasta - “remont” nawierzchni ma polegać na zerwaniu zabytkowej cegły klinkierowej, leżącej na ulicy (według różnych wersji) od ostatnich lat międzywojnia, albo czasów II Wojny Światowej i zastąpieniu jej na wspomnianym odcinku małej, urokliwej ulicy Śródmieścia asfaltobetonem. W związku z tym budżet przeznaczony na inwestycję zostaje zwiększony ze 100 tys. złotych na 300 tys. 

Mija prawie rok. Na ulicę Glogera zostają wprowadzone maszyny, a robotnicy zaczynają zrywać cenną, zabytkową cegłę. Mieszkańcom coś nie gra; spory odsetek z nich jest w podeszłym wieku i nie korzysta z Internetu, więc nie mieli oni okazji zagłosować za lub przeciw projektowi. Cegły układane są na paletach zbyt dokładnie, by dać sądzić, że zostaną z powrotem położone. Niewielka grupa mieszkańców robi rekonesans, co właściwie się dzieje i wystosowuje petycję, która dzięki zaangażowaniu lokalnych aktywistów z Grupy Elanex i proboszcza lokalnej parafii zostaje podpisana przez setki osób, zmartwionych kierunkiem, w jakim zmierza miasto. Dzięki zaangażowaniu tych grup zbójecka “modernizacja” zostaje powstrzymana, a w trakcie, gdy ten artykuł jest pisany, już prawie połowa remontowanego odcinka ulicy pokryta jest z powrotem cegłami, po uprzednim podsypaniu piachem i żwirem.

Ulica Glogera przed remontem
Ulica Glogera przed remontem

 

Dlaczego jednak ktokolwiek chciałby zrywać nawierzchnię, która wytrzymała ponad 80 lat, a ostatni drobny lifting przeszła w dekadzie rządów sekretarza Gierka? Odpowiedź jest taka sama, jak w przypadku każdej zmiany w urbanistyce miast w przeciągu ostatnich 30 lat - dla wygody kierowców. Klinkier, czyli postawione pionowo według dłuższego boku cegły, ustawione najczęściej w jodełkę, nie pozwala się rozpędzić samochodom powyżej pożądanej przez inżyniera drogi i zarząd dróg prędkości. Dlatego też od lat trwa program zastępowania klinkieru asfaltem, by samochodom łatwiej było się przebić przez nawet najciaśniejsze uliczki. Tak stało się w przypadku ulicy Olsztyńskiej na częstochowskim Zawodziu, a nawet na prostopadłej do Glogera ulicy Focha, którą dziś, dzięki prostemu jak strzała traktowi i równej asfaltowej nawierzchni, kierowcy są w stanie jechać z prędkością nawet 70 km/h.  I z tego przywileju często korzystają… w strefie ograniczenia do 30 km/h! 

Oprócz powstrzymywania zapędów kierowców o zbyt ciężkiej stopie, nawierzchnia z klinkieru ma wiele zalet, które powinny już dawno przesądzić o jego dominacji w przestrzeni publicznej, tak jak się stało choćby w północnych Niemczech czy Holandii. Po pierwsze, dzięki mnogości wypełnionych piaskiem rowków między poszczególnymi cegłówkami, ma on dużo lepszą przepuszczalność od płyt betonowych, a co dopiero nieprzerwanej powierzchni asfaltu. W deszczowych Niderlandach i Dolnej Saksonii zapobiega to podtopieniom, czego nie można powiedzieć o Polsce, w której przy każdej większej nawałnicy zabetonowane rynki, chodniki i ulice robią raczej za kanały i jeziora, aniżeli za pełnoprawne trasy ruchu ulicznego. Drugą zaletą klinkieru jest jego trwałość. Dzięki technologii wypalania cegłówek, które w temperaturze około 1100 stopni Celsjusza nabierają wyjątkowo niskiej nasiąkliwości, bardzo wysokiej wytrzymałości na nacisk i dużej gęstości (powyżej 1,9 tony na metr sześcienny), nawierzchnia z klinkieru wyprodukowanego tradycyjnymi metodami i ułożonego zgodnie ze sztuką, jest w stanie wytrzymać bez większych uszczerbków i remontów nawet do stu pięćdziesięciu lat. W takiej właśnie technologii była kładziona przedwojenna trasa Warszawa-Katowice, której odcinek w podczęstochowskiej Poczesnej do dziś służy poruszającym się po niej samochodom osobowym, a nawet ciężkim podmiejskim autobusom. Poza powyżej wymienionymi zaletami, klinkier ma jeszcze jedną, bardzo istotną - dzięki niewielkiej kubaturze pojedynczych cegłówek, bardzo łatwo jest wykonywać poprawki takiej nawierzchni lub remonty instalacji biegnących pod ulicą. Pod częstochowską ulicą Glogera regularnie zimą pęka rura doprowadzająca wodę do położonych tam bloków. Kierowcy nie muszą się jednak martwić nawarstwiającymi się przez coroczne ratowanie wodociągu łatami na ulicy, co miałoby miejsce w przypadku nawierzchni asfaltowej. Z nawierzchni klinkierowej łatwo wyrwać kilka cegieł, wpuścić pod ziemię aparaturę naprawczą i załatać z powrotem, bez szkody dla funkcjonalności ulicy. Tak samo można czynić w przypadku placów zbudowanych z tego materiału. Te ostatnie mogą też najbardziej zyskać na tej łatwości manipulowania  kształtami nawierzchni klinkierowej - dużo prościej niż w przypadku gotowych, ogromnych powierzchnią płyt betonowych, można nią otoczyć drzewa wymagające zachowania. Gdyby zapoczątkować modę na taką konstrukcję, można by zapobiec betonozie na skalę ogólnopolską. 

Nawierzchnia klinkierowa ma jednak jedną podstawową wadę - jest droga w wykonaniu. W latach trzydziestych, czy nawet pięćdziesiątych, kiedy praca ludzka i czas były tanie, a praca maszyn - droga, klinkier był faktycznie najtańszym materiałem. Dziś jednak, w czasach respektowania praw pracowniczych, płac minimalnych i szalejącego kapitalizmu, wymuszającego jak najkrótszy czas zarówno produkcji materiału (stygnięcie wypalanych cegieł trwa kilka dni), jak i wykonania inwestycji (układanie cegieł wymaga dużej precyzji, co wydłuża czas prowadzenia robót), bardziej opłaca się wylać asfalt, który wymaga najwyżej kilkunastu dni pracy drogiego robotnika. Co z tego, że nawierzchnia asfaltowa za kilka lat będzie wymagać gruntownego remontu. Przecież tym już zajmie się kolejna władza, po wyborach. Właśnie taką logiką posługują się włodarze miast, zarówno każąc wylewać ulice asfaltowe, jak i wykładać place płytami z betonu (też notabene mniej trwałego od klinkieru). Nie zważając tym samym na prosty rachunek ekonomiczny - ulica asfaltowa za 300 tysięcy złotych wytrzyma najwyżej 10 lat, po czym wydatek trzeba będzie ponowić. Tymczasem nawierzchnia z cegieł za 400 tysięcy wytrzyma sto lat. Jednak kto za sto lat będzie pamiętał o burmistrzu, który kazał zbudować trwałą ulicę? Raczej za trzy lata wyborcy obrócą się przeciwko burmistrzowi, który wydał o 100 tysięcy więcej na remont.

I tak to postępuje ta nasza polska betonoza i asfaltoza. Nie bądźmy więc obojętni na los ulic w naszej okolicy, których stare nawierzchnie wytrzymały już dekady. Protestujmy przeciwko niszczeniu czegoś, co już się sprawdziło, i to wielokrotnie. Sprawmy, by tekstu piosenki Martyny Jakubowicz nie trzeba było zmieniać na “Na ulicach z betonu nie ma żadnej miłości”, oraz by przyszłe pokolenia miały tyle szczęścia, co autor tego artykułu, który wychował się przy klinkierowej ulicy Glogera. 

 

 


Bądź na bieżąco

Newsletter

Newsletter

Najczęściej Czytane