fbpx

Kilka dni temu Rzeczpospolita donosiła, że rząd przy pracach nad nową formułą programu Mieszkanie+, chce wprowadzić obostrzenia przy użyczaniu kredytów hipotecznych.

Mogłoby to zostać zrobione w formie rekomendacji KNF, jednak sam urząd zaprzecza, że pracuje na tego typu rozwiązaniem. Niemniej jednak warto się przyjrzeć takiemu pomysłowi, gdyż prawdopodobnie w samej idei coś musi być, skoro pojawiła się w mediach.

Celem wprowadzonych obostrzeń miałoby być zahamowanie wzrostów cen mieszkań, które ostatnimi czasy rosną w dwucyfrowym tempie.

Przejdźmy od razu do konkretów. Nałożenie obostrzeń na liczbę udzielanych kredytów hipotecznych w celu zahamowania cen jest najgorszym możliwym rozwiązaniem, ponieważ uderzy w osoby chcące kupić swoje pierwsze lokum. Dane pokazują, że najczęstszym celem kredytu hipotecznego jest zakup pierwszego mieszkania.

Z kolei inne dane mówią, że aż 42 proc. mieszkań kupowanych w dużych miastach jest nabywanych przez inwestorów. Jak można się domyślić są to w głównej mierze kolejne mieszkania, które mają na siebie zarabiać. Co jeszcze ciekawsze wśród lokali inwestycyjnych jest znaczny odsetek mieszkań kupowanych za gotówkę i to jest kluczowa dla nas informacja.

Co to oznacza mając na uwadze ewentualne plany rządu mające na celu zmniejszenie podaży hipotek? Rodziny i ludzie młodzi będą mieli coraz większy problem z zakupem mieszkań na kredyt, a ceny dalej będą windowane (choć pewnie w nieco mniejszym stopniu) przez spekulantów. Jeśli doszłoby do wdrożenia tej idei to byłby to jeden z najgłupszych pomysłów rządzących zrobiony kompletnie na opak.

Jeśli faktycznie chcemy zahamować wzrost mieszkań, to należy zrobić dwie całkowicie odwrotne rzeczy. Po pierwsze należy zwiększyć podaż mieszkań, tak by zaspokajała ona możliwie najmocniej popyt rynkowy. Konieczne są nowe rozwiązania dla prywatnych inwestorów, bo dotychczasowe jak np. lex developer się nie sprawdziły. Można by się też w końcu zabrać za program Mieszkanie+, który na chwilę obecną jest tylko sukcesem marketingowym, a na dodatek co kilka miesięcy słychać o zmianie jego formuły. Co też dzieje się obecnie.

Drugą rzeczą, którą należałoby zrobić to wprowadzić ograniczenia popytowe. Ale nie po stronie kredytowej, gdzie najmocniej dostanie się osobom, które mieszkań potrzebują. Należy to zrobić po drugiej stronie. Powinno powstać rozwiązanie, które ukróci spekulacje nieruchomościami, dzięki czemu wzrost cen mieszkań się ustabilizuje.

Takim rozwiązaniem mógłby być podatek katastralny. Jednak jak mówił w programie "Money. To się liczy" Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl ogłoszenie jego wprowadzenia wywołałoby olbrzymi chaos cenowy. Jędrzyński twierdzi, że wprowadzenie podatku katastralnego to pewnik, ale nie teraz. Pytanie czy będzie to za dziesięć, piętnaście, czy może trzydzieści lat?

Należy wierzyć, że potencjalne plany, o których donosi Rzeczpospolita, to tylko plotki i nie zostaną one wdrożone w życie. Gdyby jednak tak się stało, to najmocniej na tym straciliby ludzie młodzi, którzy mają ograniczoną zdolność kredytową lub w ogóle jej nie mają. Takie działania natomiast zamknęłyby drogę kolejnym osobom i skazały je na wynajem drogich mieszkań. W takim przypadku możemy zapomnieć, że młodzi ludzie będą chcieli zakładać rodziny. Bez pewnego dachu nad głową niewielu się na to zdecyduje.

Filip Lamański

Chcesz rzetelnego dziennikarstwa? Wesprzyj nas na Patronite!

patornite2


Bądź na bieżąco

Newsletter

Newsletter

Najczęściej Czytane