Komentarze I Analizy

Strategia okrążania. O amerykańskiej polityce wobec Rosji i Chin

Mark Esper, nowy szef Pentagonu, udzielił niedawno wywiadu stacji telewizyjnej Fox News, w trakcie którego mówił o tym jak Waszyngton ocenia zagrożenia ze strony wrogich Ameryce państw. W dłuższej perspektywie oświadczył, w większym stopniu Stany Zjednoczone winny obawiać się wzrostu potęgi Chin zarówno gospodarczej jak i militarnej, w związku z planowanym w 2035 roku, zakończeniem modernizacji tamtejszych sił zbrojnych.

Niemniej jednak w najbliższej przyszłości, jego zdaniem, główny problem stanowiła będzie Rosja, która chciałaby w celach politycznych wykorzystać swój potencjał nuklearny. Świadczy o tym niedawny wypadek na atomowym poligonie w Siewierodwińsku oraz późniejsze zachowanie Moskwy. Zdaniem amerykańskiego ministra już obecnie Rosja posiada pociski z napędem nuklearnym wymierzone w cele w Europie i dlatego Stany Zjednoczone zdecydowały się na próbę z naziemnymi wyrzutniami rakiet Tomahawk, przeprowadzoną na początku tygodnia, kiedy to prezydenci Rosji i Francji snuli marzenia o Europie od Lizbony do Władywostoku. Celem tej próby, było, jak oświadczył Esper, wysłanie czytelnego sygnału do Moskwy, że Amerykanie mają nie tylko technologię ale również niezbędne zasoby i determinację aby przeciwstawić się polityce Rosji. Wydaje się, że niedawny tweet Donalda Trumpa, który napisał, że USA dysponuje technologią atomowego napędu rakietowego, i to bardziej zaawansowaną technicznie od rosyjskiej, zaliczyć trzeba do arsenału sygnałów, jakie Waszyngton wysyła Moskwie.

Wracając do perspektyw rosnącego zagrożenia dla amerykańskiej potęgi, jakie stanowić zaczynają Chiny, to trzeba odnotować, że nie wszyscy w Stanach Zjednoczonych formułują apokaliptyczne wizje. Znany demograf Nicolas Eberstadt opublikował właśnie na łamach opiniotwórczego periodyku Foreign Affairs długi artykuł w którym udowadnia, że w perspektywie roku 2040 zagrożenie ze strony Chin zmniejszy się. Zdecydują o tym, jego zdaniem, trendy demograficzne, będące efektem fatalnej polityki „jednego dziecka w rodzinie” którą Chiny realizowały w latach 1979 – 2015. Aby zrozumieć znaczenie tego czynnika dla perspektyw rozwoju Chin, należy, zdaniem Eberstadta, poświęcić nieco uwagi odpowiedzi na pytanie jakie były główne czynniki chińskiego cudu gospodarczego ostatnich kilkudziesięciu lat?

Z punktu widzenia czynników demograficznych źródło zapierającego dech chińskiego wzrostu jest oczywiste – między rokiem 1975 a 2010 wielkość chińskiej populacji pracujących uległa podwojeniu, a liczba ludności kraju nie rosła w takim tempie. Gdyby brać pod uwagę liczbę godzin pracy na jednego zatrudnionego, to wraz z odchodzeniem od komunizmu i wkraczaniem w epokę „dzikiego kapitalizmu” ten wskaźnik dynamicznie wzrósł, dodatkowo zwiększając siłę tego efektu. Polityka gospodarcza tylko umożliwiła wyzwolenie tego gigantycznego potencjału wzrostu związanego z dążeniami relatywnie młodego chińskiego społeczeństwa aby żyć lepiej. Ale teraz trend ulega znaczącemu, zdaniem Eberstadta, odwróceniu. Otóż Chiny już tracą siłę roboczą, a w perspektywie najbliższych 15 lat liczba rąk do pracy w Państwie Środka ulegnie zmniejszeniu o 100 mln osób. Będziemy mieli też do czynienia z gwałtownym starzeniem się chińskiego społeczeństwa – liczba ludzi mających powyżej 65 roku życia wzrośnie w Chinach z obecnych 135 mln do ponad 325 mln. Zmienią się preferencje społeczne, zmniejszy się też wydolność całego organizmu gospodarczego.

Niektórych społecznych skutków tego co może się wydarzyć nie sposób przewidzieć. Według oficjalnych danych tzw. wskaźnik rozrodczości wynosi obecnie 1,6 dziecka na statystyczna chińską rodzinę. Niektórzy chińscy eksperci są zdania, że jest on zawyżony i bliższy prawdy byłby poziom 1,4. A trzeba pamiętać, że aby następowała prosta zastępowalność pokoleń wskaźnik ten winien wynosić minimum 2,1. Nie sposób też przewidzieć jak na demograficzną, a przez to gospodarczą perspektywę Chin, wpłynie znaczna nadreprezentacja w populacji mężczyzn, którzy obecnie mają znaczące problemy w znalezieniu swoich partnerek życiowych.

Zupełnie inaczej wygląda demograficzna perspektywa Indii, które dzisiaj urastają do rangi najbardziej pożądanego w Azji przez USA sojusznika, ale również takich krajów jak Indonezja czy Filipiny, które wg. szacunków amerykańskich demografów zamieszkiwało będzie za 15 lat 325 mln ludzi.

O Rosji, w tym kontekście nie ma nawet co wspominać, bo jej demograficzne perspektywy są wręcz czarne. Kwestionowane przez wielu oficjalne dane i szacunki mówią, że w roku 2040, w najbardziej optymistycznym wariancie Rosję zamieszkiwało będzie z grubsza licząc tyle osób co obecnie. Ale wątpliwy jest sam punkt wyjścia, bo niezależni rosyjscy analitycy, sądzą, że władze nawet dziesięciokrotnie zaniżają informacje na temat emigracji ludzi młodych z kraju. Nietrudno wyobrazić sobie jaki to może mieć wpływ na rosyjską demografię najbliższego dwudziestolecia.

Wracając do rozważań natury strategicznej, warto odnotować, że oceny Marka Espera, potwierdził występujący niedawno w Instytucie Aspen, Robert P. Ashley Jr., szef amerykańskiego wywiadu wojskowego, który powiedział, że w perspektywie roku 2035 głównym strategicznym przeciwnikiem Stanów Zjednoczonych będą Chiny, zważywszy na potencjał gospodarczy i globalne ambicje, ale teraz tak trzeba patrzeć na Rosję, głównie mając na względzie jej potencjał nuklearny.

Innymi słowy powstrzymywanie Rosji, jeden z istotnych celów strategicznych amerykańskiej polityki zagranicznej, winno dać pożądany z perspektywy Waszyngtonu efekt przed umownym 2035 rokiem, czyli w ciągu najbliższych 15 lat. Co ciekawe w gruncie rzeczy podobne tezy formułują rosyjscy myśliciele strategiczni, w rodzaju Sergieja Karaganowa, jednego z „ojców założycieli” dominującej w rosyjskim myśleniu o polityce zagranicznej tzw. szkoły państwowców (dierżawników).

Otóż jego zdaniem Rosja musi w perspektywie co najwyżej najbliższych 5 lat doprowadzić do trwałego związania swych strategicznych interesów z niektórymi państwami Zachodu (Francja i Niemcy), po to aby równoważyć rosnąca dysproporcję potencjałów między nią a Chinami, co w oczywisty sposób sprowadzi Moskwę do roli ubezwłasnowolnionego młodszego brata oraz jednocześnie dążyć do możliwie istotnego nadwątlenia osi atlantyckiej. Dopiero połączone potencjały Rosji i państw europejskich wespół z bliską współpracą z Pekinem pozwoli z jednej strony równoważyć Chiny, a z drugiej dawać „odpór” Stanom Zjednoczonym.

Niezależnie od propagandowych sloganów nikt z rosyjskiej elity nie ma dziś wątpliwości, że Rosja osamotniona, czy inaczej mówiąc suwerenna, nie ma najmniejszy szans w rywalizacji z Chinami czy Stanami Zjednoczonymi i prędzej czy później stanie się wasalem jednej z tych potęg. Najbardziej dobitnie powiedział to dziekan wydziału ekonomicznego Uniwersytetu Moskiewskiego Aleksandr Auzan. W jednym z wywiadów prasowych zwrócił się on wprost „do tych którzy myślą o pozycjonowaniu Rosji w świecie” i zaproponował aby przemyśleli następujące informacje. Obecnie, jak powiedział, Rosja, licząc według parytetu siły nabywczej ma PKB na poziomie 3 proc. światowego, kilka lat temu było to 4 proc., ale recesja jaka dotknęła kraj po 2008 roku i wolne tempo wzrostu zredukowało ten udział. ZSRR, przypomniał Auzan, miało 10 proc. światowego PKB, a licząc razem z tzw. blokiem socjalistycznych, nawet 20 proc. Obecnie Rosja znajduje się w stadium geopolitycznego i geoekonomicznego starcia z krajami, które kontrolują 50 proc. światowego PKB. ZSRR mając znacznie większy potencjał w ostatecznym rachunku przegrał tę rywalizację, a jaki będzie los Rosji, zwłaszcza w sytuacji, kiedy w efekcie rachitycznego wzrostu w najbliższej przyszłości udział kraju w światowym PKB spadnie do 2,5 proc., retorycznie zakończył swe wystąpienie rosyjski ekonomista?

Wracając jednak do kwestii geopolitycznych warto zwrócić uwagę na właśnie zakończoną wizytę zastępcy szefa amerykańskiego Departamentu Stanu Davida Hale w stolicach dwóch środkowoazjatyckich krajów – Uzbekistanie i Kazachstanie. Oficjalnie jej celem były rozmowy dotyczące współpracy gospodarczej oraz większego zaangażowania Taszkientu w Afganistanie, tym nie mniej w Rosji, podróż ta odczytywana jest jako wyraźny wzrost zainteresowania Stanów Zjednoczonych regionem. W planie gospodarczym chodzi w kazachską ropę naftową i gaz ziemny. Kwestia staje się tym istotniejsza, że Kazachowie właśnie ogłosili o zamiarze znacznego wzrostu wydobycia na polu naftowym Kashgan a istniejąca infrastruktura przesyłowa łączące kraj z Federacją Rosyjską jest niewystarczająca. Wraca zatem perspektywa budowy gazo i ropociągu przez Morze Kaspijskie do Azerbejdżanu i dale do Turcji.

Jeśli idzie o relacje Stanów Zjednoczonych z Uzbekistanem, to przeżywają one ostatnio istny renesans. Po wizycie prezydenta Uzbekistanu w Białym Domu, w maju 2018 roku w czasie której podpisano pierwszy w historii 5 letni plan współpracy wojskowej odbyła się jeszcze w listopadzie 2018 wizyta amerykańskiej misji wojskowej w Taszkiencie. W styczniu 2019 oddziały uzbeckich sił specjalnych brały udział w szkoleniu w jednej z baz amerykańskich sił zbrojnych w Missisipi, a w lipcu szef Pentagonu gościł w Waszyngtonie uzbeckiego ministra obrony Bokhodira Kurbanova. Niepokój Rosjan wzbudza myśl, że Amerykanie będą chcieli powrócić do bazy w Karszi-Chanabad, którą wykorzystywali w czasie operacji w Afganistanie w latach 2001 – 2005.

I wreszcie Mongolia, w której szef Pentagonu Esper, był niedawno z oficjalną wizytą, a prezydent tego kraju, były zapaśnik i przedsiębiorca, który wygrał wybory na fali narastających anty-chińskich nastrojów, został przyjęty w Białym Domu. Anthony B. Kim analityk wpływowego konserwatywnego think tanku The Heritage Foundation w przeddzień wizyty mongolskiego prezydenta Chaltmaagijna Battulga w Białym Domu napisał, że „Mongolia jest strategicznym partnerem Stanów Zjednoczonych w regionie Indo – Pacyfiku. Politycy winni docenić wyjątkowe znaczenie Mongolii dla zakotwiczenia obecności Stanów Zjednoczonych w regionie”.

Inni komentatorzy przypominali, że Mongolia jest jednym z 9 państw partnerów NATO w Azji, krajem, który zazwyczaj popiera rezolucje Stanów Zjednoczonych przedkładane w ONZ, oraz sojusznikiem, którego wojskowi uczestniczą w wielu misjach pokojowych i który wysłał swój kontyngent zbrojny zarówno do Iraku, jak do Afganistanu. W tym ostatnim kraju nadal pozostaje 200 mongolskich żołnierzy. W specjalnej deklaracji o partnerstwie strategicznym między Mongolią a Stanami Zjednoczonymi, która przygotowana została przez Departamentu Stanu znalazły się zapisy na temat „wspólnych wartości” oraz komplementy pod adresem kraju, który granicząc wyłącznie z dwoma autorytarnymi i agresywnymi państwami, jakimi są Chiny i Rosja, był w stanie zachować niezależność w swej polityce zagranicznej, a w polityce wewnętrznej jest nadal państwem demokratycznym, szanującym wolności i swobody obywatelskie. Rosyjscy eksperci zwrócili też uwagę na deklaracje Espera w trakcie jego niedawnej wizyty w Ułan Bator, o tym, że obydwa kraje mają zamiar „podnieść współpracę wojskową” na wyższy poziom.

Polska, Rumunia, Ukraina, Uzbekistan, Kazachstan, być może Mongolia, Afganistan, Japonia i Korea – to kraje, w których Stany Zjednoczone już mają swoje bazy wojskowe lub w najbliższej przyszłości mogą mieć. Na północy mamy Alaskę i Kanadę, mającą wspólną ze Stanami Zjednoczonymi politykę w zakresie obrony arktycznych rubieży. Kilka tygodni temu Ottawa poinformowała o planach wydania ponad 12 mld dolarów na program znaczącej modernizacji jej floty wojennej. W tym kontekście niedawne deklaracje Donalda Trumpa o chęci odkupienia od Danii Grenlandii flankującej tzw. północną drogę morską wcale nie są tak niedorzeczne, jak chciała to przedstawicie liberalna prasa. Wygląda na to, że strategia okrążania została uruchomiona.

Marek Budzisz

Autor jest byłym dziennikarzem (TVP – Puls Dnia, Życie, Radio Plus), doradcą dwóch ministrów w rządzie Jerzego Buzka oraz analitykiem. Obecnie aktywny w biznesie. Z wykształcenia historyk. Prowadzi także blog pt. Wieści z Rosji

Polecane artykuły

Back to top button