Komentarze I Analizy

Hanna Szymborska: Przypadek Grecji jest przykładem nierównych relacji gospodarczych w UE [WYWIAD]

Z doktor Hanną Szymborską, starszym wykładowcą na Uniwersytecie Birmingham City m.in o skutkach kryzysu gospodarczego z 2008 roku oraz o przyszłości Unii Europejskiej rozmawiał Filip Lamański.

Od globalnego kryzysu minęła już ponad dekada. Jedne kraje specjalnie go nie odczuły, jak Polska, a inne po dziś dzień nie wróciły do poziomu rozwoju gospodarczego sprzed 2008 roku. Z czego to wynika?

Poprawa sytuacji gospodarczej po kryzysie była nierówna. Dla wielu krajów kryzys się jeszcze nie skończył. Z moich badań wynika, że kryzys dotknął wszystkie kraje, które były silnie związane ze światowymi rynkami finansowymi, a zwłaszcza z rynkami ryzykownych instrumentów finansowych takich jak papiery wartościowe zabezpieczone kredytami jak np. asset-backed securities, czy też swapy kredytowe. Deregulacja systemów finansowych w skali europejskiej odbyła się w sytuacji coraz bardziej niekorzystnego podziału PKB.

Udział płac w PKB mniej więcej od połowy lat 70. zmniejsza się. To jest trend europejski. W krajach, w których nastąpiła deregulacja systemów finansowych w sytuacji spadku płac spowodowała, że zadłużenie sektora prywatnego znacznie wzrosło. Jest to szczególnie widoczne w krajach anglosaskich jak Wielka Brytania, czy też USA, ale także w krajach Europy Południowej. I w tym przypadku duże znaczenie mają regulacje finansowe wprowadzone po wybuchu kryzysu.

Głównym powodem nierównej poprawy sytuacji gospodarczej po kryzysie jest właśnie ten wysoki poziom zadłużenia sektora prywatnego, który sprawia jest te kraje mają do czynienia z bardzo niskim poziomem inwestycji, które nie są w stanie zaspokoić popytu wewnętrznego, który przed kryzysem rósł bardzo szybko. Tym oto sposobem te kraje muszą ratować się handlem, a konkretnie importem. To z kolei powoduje, że pojawia się problem rosnącego deficytu handlowego, co wspomaga szybszą regenerację gospodarek takich jak niemiecka, która opiera się w dużej mierze na eksporcie. Ta zależność powoduje, że niektóre kraje szybko wróciły na ścieżkę wzrostu gospodarczego, a inne nie potrafiły tego zrobić do dziś.

Innym czynnikiem jest także integracja w strefie euro i gospodarce światowej. Ta integracja gospodarcza, handlowa, spowodowała, że kryzys dotknął kraje w których prywatne zadłużenie czy też deregulacja finansowa nie były problemem. Na przykład we wspomnianych Niemczech. Wzrost gospodarczy Niemiec jest oparty na popycie zewnętrznym, czyli na eksporcie. Załamanie gospodarcze, które rozpoczęło się w USA i rozprzestrzeniło się do krajów anglosaskich i Europy Południowej, drastycznie zmniejszyło popyt, co automatycznie wpłynęło na eksport Niemiec i doprowadziło do recesji. Jednakże po stosunkowo krótkim czasie PKB w Niemczech wrócił na ścieżkę wzrostu.

Według danych MFW Polska faktycznie była wyjątkiem w skali europejskiej. Hipotez dotyczących takiego stanu rzeczy jest wiele, jednak wśród głównych przyczyn stawia się mniej zderegulowany sektor finansowy co sprawiło, że gospodarka nie była tak zleseferyzowana. Zadłużenie w stosunku do PKB nie stanowiło takiego problemu jak przypadku krajów południa Europy. Drugą popularną tezą jest niski udział eksportu w polskim PKB, co pozwoliło na uniknięcie sytuacji, która miała miejsce w Niemczech.

Grecja na przykład otrzymała gigantyczną pomoc z wielu międzynarodowych instytucji i pomimo stosunkowo niewielkiej gospodarki nie może wrócić na ścieżkę szybkiego wzrostu. Grecy nagle zapomnieli jak prowadzić politykę gospodarczą?

Przypadek Grecji jest przykładem nierównych relacji gospodarczych, które mają miejsce w UE. W nomenklaturze naukowej dzieli się UE na kraje centrum, takie jak Niemcy i Francja oraz na kraje peryferyjne jak właśnie Grecja, czy też Hiszpania. W Hiszpanii na przykład bardzo duże znaczenie na rozwój kryzysu miał rynek nieruchomości, który doprowadził do załamania się cen. Te z kolei do dziś są na poziomie sprzed kryzysu. Z kolei przypadek Grecji jest przypadkiem unikatowym. Mówiąc o pomocy dla Grecji nie można pominąć kwestii warunków jakie Grecja otrzymała do spełnienia by tę pomoc otrzymać. Instytucje tzw. trójki, czyli Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy wymagały od Grecji dalekosiężnej polityki zaciskania pasa, co było wyjątkowo destrukcyjne dla greckiej gospodarki, gdyż jeszcze bardziej powiększyło problem popytu, który już i tak był niski.

Takie działanie szczególnie na rękę było Niemcom, którzy od wielu lat utrzymują olbrzymią nadwyżkę handlową. Utrzymanie tak dużej nadwyżki nie byłoby możliwe gdyby nie duży popyt zewnętrzny na niemieckie produkty. Dlatego można wysnuć hipotezę, że ekspansja gospodarcza Niemiec w krajach UE, które są mniej rozwinięte, de facto zapewniła im długotrwały dostęp do popytu na ich własne produkty. W związku z tym w sytuacji, gdzie globalnie eksport i import muszą się bilansować jest niemożliwe by wszystkie kraje miały nadwyżkę handlową. W przypadku gdy Niemcy mają tak duży plus w handlu, inne kraje muszą mieć minus. Takim krajem jest właśnie Grecja, która jest pod wpływem chronicznego deficytu handlowe, z którego nie ma szans się wydostać. Co prawda po kryzysie ten deficyt w Grecji malał, jednak nie wynikał on z faktu, ze Grecy eksportują więcej, tylko importują mniej. Bilans malał, jednak nie miał żadnego przełożenia na poprawę sytuacji Greków. Konkludując, na sytuację Grecji mają z pewnością wpływ czynniki wewnętrzne, zwłaszcza polityczne, gdzie od końca kryzysu było kilka rządów. Jednak kluczowy był fakt, że bardzo naciskano na wprowadzenie w Grecji polityki zaciskania pasa, która doprowadziła do tego, że Grecy nie tylko mieli problem z deficytem handlowym, ale także mieli problem żeby utrzymać popyt wewnętrzny. I z tego powodu Grecja nie może stanąć na nogi, bo w zasadzie nie ma miejsca na rozwój własnej polityki. Z jednej strony są ograniczeni relacjami handlowymi, a z drugiej strony ograniczają ją warunki, które zostały postawione przez pożyczkodawców. Grecy tę pomoc akceptują, bo jej potrzebują, jednak jest to taka negatywna spirala, z której trudno jest uciec.

Uważa Pani, że neoliberalne podejście instytucji międzynarodowych zahamowało rozwój Grecji? Czy gdyby pozwolono Grekom na bardziej ekspansywną politykę gospodarczą to byliby oni dziś w lepszej sytuacji?

Nie chodzi o samo wydawanie pieniędzy, ale też na co one są wydawane. Jeśli rząd nie był w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb socjalnych, popyt wewnętrzny był zbyt niski, a firmy nie miały z czego i po co inwestować, to gospodarka nie może się rozwijać. Jest coraz więcej dowodów, które pokazują, że polityka zaciskania pasa nie działa w zamierzony sposób. Wpływa ona bardzo negatywnie na popyt wewnętrzny i nie jest w stanie wprowadzić długotrwałych zmian w kontekście poprawy sytuacji gospodarczej. Dlatego uważam, że ta polityka zaciskania pasa miała negatywny wpływ na poprawę sytuacji gospodarczej Grecji.

Czy do upadku krajów Europy Południowej mogła się przyczynić wspólna waluta?

Wspólna waluta euro z pewnością była czynnikiem, który wspomógł szybkie rozprzestrzenianie się kryzysu z jednej gospodarki do drugiej, ale moim zdaniem nie była ona główną przyczyną załamania gospodarczego w Europie. Problemem nie była sama waluta, a raczej konstrukcja strefy euro od samego początku. Mam na myśli ograniczenie roli polityki pieniężnej i fiskalnej wewnątrz kraju. Po dołączenie do strefy euro każdy kraj oddaje swoją politykę pieniężną Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Kraje nie mają możliwości kontrolowania własnych stóp procentowych ponieważ wszystko dzieje się w EBC, co skutkuje brakiem możliwości pobudzenia gospodarki, w momencie gdy pojawia się kryzys. Po drugie każdy kraj jest ograniczony odgórnymi ograniczeniami dotyczącymi poziomu długu publicznego i deficytu budżetowego, które odpowiednio wynoszą 60 proc. PKB oraz 3 proc. PKB. Jest to tylko częściowe ograniczenie polityki fiskalnej, ponieważ tylko w momencie kryzysu kraje te mogą przekroczyć ten próg. Sposób organizacji polityki gospodarczej w strefie euro był niekorzystny dla krajów Europy Południowej już od samego początku. Przed kryzysem kraje Południa miały wyższy poziom wzrostu płac i popytu wewnętrznego niż pozostałe kraje Europy Zachodnie, co przekładało się na wyższą stopę inflacji. Natomiast w sytuacji gdy kraje te nie mogły zwiększyć stóp procentowych by kontrolować wzrost cen, ani zwiększyć wydatków państwa by popyt zaspokoić jedynym rozwiązaniem było zwiększenie deficytu handlowego lub zwiększenie zadłużenia prywatnego, co było dodatkowo ułatwione przez brak regulacji w strefie euro. W sytuacji gdy nastąpił kryzys w USA instytucje finansowe w krajach Południowych akumulowały kredyty, które były coraz bardziej zagrożone brakiem spłaty. Ponadto wewnętrzne banki centralne nie miały możliwość kontrolowania procederu i działania jako pożyczkodawca ostatniej instancji. Co gorsza budżet fiskalny całej UE, gdy już okazało się co się dzieje, nie był w stanie prowadzić antycyklicznej polityki fiskalnej na taką skalę by zapobiec dewastacji gospodarczej wywołanej przez kryzys.

Na pewno wspólna waluta nie pomogła krajom Południa, jednak zdecydowanie bardziej jest to problem konstrukcji całej polityki gospodarczej, która została w Europie zaimplikowana.

Mówi się także, że Grecy „podrasowywali” swoje statystyki gospodarcze i de facto nigdy nie powinni znaleźć się w unii walutowej.

Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Na pewno czynnikiem którego nie można pominąć jest to co mówiłam wcześniej, że ekspansja strefy euro do krajów które nie do końca spełniają warunki akcesji do unii walutowej może być rozumiana w kontekście nierównych relacji pomiędzy krajami centrum a krajami peryferyjnymi. Udział krajów peryferyjnych, takich jak Grecja, w strefie Euro był korzystny dla krajów centrum, ponieważ te kraje potrzebowały rynków zbytu, a wspólna waluta tylko to ułatwiała.

Myślę, że ważne jest by do tego argumentu, że kraje peryferyjne chcą dołączyć do unii walutowej, aby czerpać z tego korzyści, też trzeba dodać, że z drugiej strony są ukryte motywacje krajów, które tą strefą euro zarządzają.

Co w takim razie oprócz wymienionych problemów jest problemem strefy euro i czy my w obecnej sytuacji jesteśmy w stanie wyzbyć się tych problemów, czy może to już zaszło tak daleko, że pozostaje nam tylko zaakceptować taki stan rzeczy?

Myślę, że obecnie rzeczą, której najbardziej brakuje jest brak możliwości transferów fiskalnych pomiędzy krajami. To jest trochę inna wizja Europy i nie wiem czy w dzisiejszym kontekście coraz bardziej fragmentującej się gospodarki światowej i odwrócenia globalizacji jest możliwa do zrealizowania.

Jeśli myślimy np. o USA to tam jest bardzo podobnie – jest jeden bank centralny, który ustala stopy procentowe, ale każdy stan ma też własny bank centralny, który de facto nie ma siły prowadzenia polityki pieniężnej, natomiast w USA jest możliwość przekazywania transferów fiskalnych  w miejsca gdzie są one potrzebne, a tego w strefie euro nie ma i bez tego trudno zniwelować te nierówności rozwojowe pomiędzy państwami. Istotnym jest również to by władze europejskiej w końcu się przyznały do tego, że relacje gospodarcze między państwami są nierówne już od samego powstania strefy euro i żeby przemyśleć ekonomię od nowa.

Rozwiązania, które Pani prezentują sugerują raczej, że relacje między państwami powinny być jeszcze bliższe

Są dwie opcje. Wprowadzić transfery fiskalne i zacieśnić relacje jeszcze bardziej, ale nie na zasadzie, że kraje bogate finansują kraje biedne. Raczej na zasadzie, że wszyscy jesteśmy wspólnotą. To nieco więcej niż tylko polityka gospodarcza, gdyż trzeba zmienić również sentymenty społeczne.

Druga, bardziej realistyczna opcja, to oddanie większej władzy pojedynczym państwom. Dać im większa możliwość manipulowania stopami procentowymi, czy też zwiększać wydatki publiczne, które nie są nieograniczone progiem 3 proc. Myślę, że to są dwie możliwości, ale łatwiejsza do zrealizowania jest raczej opcja druga.

Czy europejska polityka nie powinna zostać pobudowana od nowa? Na zasadzie jakiegoś paradygmatu, który np. istnieje w USA, czy też w Chinach?

Paradygmat europejskiej ekonomii powinien opierać się na braku paradygmatu. Powinniśmy przyznać, że nie ma jednej drogi, jednego modelu, który jest w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania i zaspokoić potrzeby różnych państw w tym samym zakresie. Jeżeli myślimy o krajach Skandynawskich i porównamy je do już nieobecnej w UE Wielkiej Brytanii to zauważymy, że tradycje polityczne w UE były i są różne. Dlatego forsowanie jednego poglądu na rozwój gospodarczy na pewno nie jest czymś co dobrze wróży na przyszłość.

Czy problemem UE nie jest obecny stan instytucji? Przykładem może być choćby budowa Nord Stream 2, który jest korzystny dla pewnej grupy państw kosztem innych krajów, a UE nic z tym za bardzo nie robi.

Jedna z rzeczy, która w UE powinna mieć miejsce to demokratyzacja procesu decyzyjnego. Trudno powiedzieć jak miałoby to wyglądać by było jak najbardziej efektywne, natomiast to jest związane z tym brakiem paradygmatu tzn. z dopuszczeniem wielu różnych modeli rozwojowych do głosu. Ponadto UE powinna oddać także część władzy do poszczególnych krajów jeżeli chodzi o politykę gospodarczą. W kontekście NS2 należy natomiast przemyśleć priorytety gospodarcze. Obecnie jest to wzrost PKB oraz deficyt lub jego brak, to samo z długiem publicznym. Zadajmy sobie pytanie, czy to są właściwe priorytety? Być może instytucje UE powinny rozliczać kraje według innych kryteriów, np. co robią w celu walki z nierównościami? Jak inwestują w edukację, czy też opiekę zdrowotną? Myślę, że nie ma jednej drogi, jednak uważam, że cały proces decyzyjny powinien być znacznie bardziej transparentny. Problemem jest też zbyt duża władza EBC, który ma zbyt duży wpływ na politykę gospodarczą poszczególnych krajów, a społeczeństwa tych krajów nie mają w zasadzie żadnego wpływu na EBC.

Można iść w zupełnie ekstremalnym kierunku i powiedzieć, że cały ten projekt od początku ma na celu pomoc konkretnym krajom bardziej lub mniej. Jestem krytyczną osobą, ale uważam, że to nie jest do końca takie czarno-białe. Ważne jest to, żeby instytucje europejskiej ostatecznie pokazały, że odpowiadają wobec społeczeństwa, a nie wobec metryk, wskaźników itp. indeksów, które tak naprawdę ludzi nie muszą interesować.

Cały czas się skupiamy na PKB, które koniecznie musi rosnąć. Ale czy przypadkiem nie należałoby już faktycznie odejść od tego notabene paradygmatu PKB i zacząć skupiać się na czym innym? Wydaje mi się, że jesteśmy już na tyle bogatym społeczeństwem (jako UE), że należałoby się skupić na czym innym np. na walce z nadmiernymi nierównościami, czy też ochroną środowiska, a odejść już od tej pkbowskiej ekonomii? Czy my jesteśmy na to gotowi?

Takie zmiany są związane ze zmianami pokoleniowymi. Im więcej młodych ludzi dojdzie do głosu, to priorytety na pewno będą się zmieniać. PKB jest faktycznie takim paradygmatem mimo, że od dekad mamy mnóstwo innych wskaźników, na których powinniśmy opierać swoją politykę, a które skupiają się na wielu innych aspektach, a nie tylko na przyroście i wielkości produkcji. Skupianie się na PKB choćby właśnie w kontekście zmian klimatycznych ma coraz mniejsze znaczenie.

Jak Pani zapatruje się na przyszłość UE? Czy UE powinna się skupić na przyjmowaniu do związku kolejnych krajów, czy być może należałoby skupić się na pogłębianiu integracji z dotychczasowymi członkami?

Dużo zależy od tego po co UE właściwie istnieje? Myślę, że wielu europejskich technokratów nie jest w stanie odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Uważam, że instytucje europejskiej powinny zadać sobie właśnie takie pytanie, co jest ich głównym celem? Czy celem jest integracja gospodarcza, polityczna, czy też może sprawowanie nadzoru nad jakością życia obywateli krajów członkowskich? To wszystko jest związane z tym, w którą stronę poszłaby polityka gospodarcza. W sytuacji gdy UE miałaby zacieśnić swoje stosunki i wprowadzić element transferów fiskalnych, to z pewnością akcesja państw uboższych byłaby dla wielu krajów nie do przyjęcia. Nawet w Niemczech były głosy niezadowolenia związane z pomocą gospodarczą dla Greków, a to przecież wieloletni członek UE, dość bliski kulturowo. Skoro w takim przypadku jest problem z dojściem do porozumienia, to w przypadku kolejnych państw m.in. bałkańskich może być jeszcze większy rozgardiasz, a wówczas sama ekspansja nie ma sensu.

Widzę natomiast potencjał w przypadku monitorowania jakości życia. Może być wiele programów, które są inicjowane przez UE i przeznaczone dla krajów spoza Wspólnoty. W samej UE mógłby powstać np. program kontroli nierówności, który prowadzi do wypracowania odpowiedniej polityki podatkowej. To bardzo istotne działanie, ponieważ polityka podatkowa zadziała tylko wtedy, kiedy jest prowadzona globalnie. Gdy każdy kraj będzie robił to osobno, to nigdy nie będzie odpowiedniego konsensusu, staniemy przed tzw. dylematem więzienia.

Uważam w związku z tym, że UE powinna się przede wszystkim właśnie skupić na tego typu kwestiach. Podatki są kluczowe do budowania lepszej jakości życia. Realistycznie biorąc rozszerzenia o kolejne kraje UE powinny odejść na bok. UE ma wystarczająco swoich problemów, wobec których powinna mieć chociaż jakiś plan działania zanim nowe kraje dołączą. Bez tego należy sobie zadać pytanie, jaki cel jest powiększania UE poza kolejnymi rynkami zbytu dla krajów centrum?

Dziękuję za rozmowę.

Chcesz rzetelnego dziennikarstwa? Wesprzyj nas na Patronite!

patornite2


Polecane artykuły

Back to top button