Komentarze I Analizy

Wirecard obnażył problemy niemieckiej państwowości

Zapowiadało się świetnie. Niemcy miały wreszcie swoją własną firmę świadczącą usługi finansowe. Start-up Wirecard był wizytówka niemieckiej kompetencji w zakresie bankowo-płatniczym. Planowano już nawet ekspansję do Chin i na planach się skończyło.

Karl-Theodor zu Guttenberg postanowił pomóc niemieckiej firmie

Skandaliczny upadek Wirecard to historia o myśleniu życzeniowym, o obronie interesów narodowych, o iluzjach i o politykach zbyt blisko związanych z gospodarką. Jest to także historia obnażająca wymiar sprawiedliwości i instytucje kontroli w Niemczech.

Karl-Theodor zu Guttenberg był niegdyś gwiazdą niemieckiej chadecji, ministrem ds. gospodarki i technologii, później ministrem obrony. Jego kariera polityczna zakończyła się w momencie, gdy wyszło na jaw, że jego praca doktorska była plagiatem. Zajmował się także lobbingiem politycznym na rzecz firmy Wirecard. O wsparcie dla Wirecard w Azji prosił nawet kanclerz Angelę Merkel.

Guttenberg stanął niedawno przed komisją zajmującą się badaniem wydarzeń związanych ze spółką akcyjną, która notowana była na giełdzie aukcyjnej we Frankfurcie nad Menem. Jego linią obrony było wskazywanie palcem na wielu członków komisji, którzy są lub byli zawodowo ściśle związani z największymi niemieckimi koncernami. Guttenberg chciał w ten sposób wykazać, że w Niemczech granica między interesami ekonomicznymi a polityką nie jest oczywista, przez co koncerny mają olbrzymi wpływ na niemiecką politykę.

Na to, że niemieckie organy kontroli są zbyt wyrozumiałe dla balansujących na granicy prawa rodzimych firm, zwrócił już uwagę w 2017 roku Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA).

Zobacz także: Polska i Niemcy w dłuższym terminie praktycznie nie odczują gospodarczych skutków pandemii

Skandaliczny upadek Wirecard, a niemieckie media

Jak na razie krytykowani są politycy, urzędy kontroli, firmy odpowiedzialne za audyty księgowości i wymiar sprawiedliwości. Nikt nie zapytał jeszcze o rolę niemieckich mediów, które pisały hymny pochwalne o sukcesach pierwszego dużego niemieckiego fintechu. Na alarm bił natomiast już na początku zeszłego roku londyński „Financial Time” (FT). W tej renomowanej gazecie pojawił się artykuł Dana McCrumowiego, który opisywał jak Wirecard oszukuje na umowach i manipuluje sprawozdania. Sprawą zajęła się monachijska prokuratura, w której okręgu leżała siedziba firmy. Prokurator generalny Hans Kornprobst uznał jednak w lutym 2019 roku, że nie ma dowodów, które potwierdziłyby zarzuty brytyjskiego dziennikarza skierowane pod adresem szefów niemieckiej spółki.

Tymczasem FT dalej pracował nad ujawnieniem kryminalnych metod niemiecko-austriackiej firmy. Uwagę gazety coraz bardziej przyciągały interesy firmy Wirecard na Dalekim Wschodzie. Wkrótce padło nazwisko Jana Marsaleka, czołowego członka zarządu spółki, który miał być odpowiedzialny za podejrzane transakcje w Singapurze, a potem na Filipinach. Wirecard sugerowała, że na kontach filipińskiego banku dysponuje aktywami rzędu 1,9 miliardów euro. W połowie czerwca br. Wirecard musiał publicznie przyznać, że tych pieniędzy nie ma, co oznaczało natychmiastowy upadek firmy. Prezes firmy Markus Braun, z urodzenia Austriak, trafił do więzienia. Natomiast Jan Marsalek, który także pochodzi z Wiednia, zbiegł przez Estonię i Białoruś prawdopodobnie do Rosji. Jego ucieczka mogła się powieść tylko dzięki fałszywemu tropowi, jakim był domniemany odbiór części pieniędzy na Filipinach. Niemieckie służby śledcze szukały Marsaleka na Filipinach, umożliwiając w ten sposób jego przelot samolotem i przesiadkę na terenie Unii Europejskiej.

Zobacz także: Niemcy złamali zasady i pozostaną bezkarni. Komisja Europejska umywa ręce

Jan Marsalek, Markus Braum i niemiecki sekretarz stanu Jörg Kukies

Mityczne konta w Azji służyły firmie wielokrotnie także w kontakcie z audytorami EY (dawniej Ernst & Young) oraz z Komisją Nadzoru Finansowego (BaFin). Ani jedni, ani drudzy przez lata nie kwestionowali tej nie popartej niczym informacji o tych zasobach. Nie zrobiono tego nawet wtedy, kiedy do niemieckiego ministra finansów, socjaldemokraty Olafa Scholza, dotarły informacje o możliwych oszustwach w Wirecard. Po wybuchu skandalu ministerstwo finansów nie chciało udostępnić wewnętrznej korespondencji związanej z nadzorem firmy. Do publikacji doszło dopiero po naciskach opinii publicznej i Chadecji. Jak się okazało, sekretarz stanu Jörg Kukies w ministerstwie Scholza utrzymywał nader ciepłe stosunki z szefami Wirecard. Spotykał się nawet z Markusem Braumem w dniu jego urodzin, co świadczy o tym, że panowie byli ze sobą związani także towarzysko. Spotkanie to miało miejsce jesienią 2019 roku, kiedy FT ujawniła już konkretne manipulacje, które powinny wywołać ostrożność tak ważnego urzędnika państwowego.

Najbardziej barwną postacią tego skandalu jest jednak sam Jan Marsalek, który działał co najmniej za wiedzą Markusa Brauna. Ucieczka Marsaleka jest dowodem na jego mało przejrzyste powiązania ze światem polityki i wywiadu. O przeszłości Marsaleka przed jego karierą w Wierecard niewiele wiadomo. W życie zawodowe wkroczył już w wieku 18 lat. Z dużym prawdopodobieństwem kompetencje w dziedzinie prowadzenia biznesu nabył autodydaktycznie, bo nigdy nie studiował. Jako bardzo młody mężczyzna uchodził za cudowne dziecko branży fintech. Pracę dla Wirecard podjął w wieku 20 lat. Po dziesięciu latach pracy jego roczna pensja wynosiła blisko trzy miliony euro. Wiedeńczyk przeprowadził się do niemieckiej Metropolii Monachium, gdzie prowadził luksusowe życie. Mieszkał tam w wynajętej willi w drogiej dzielnicy Bogenhausen. Był aktywny towarzysko i, jak dowiedziały się niemieckie media, w lokalach płacił najchętniej gotówką, którą nosił w paczkach w kieszeniach. Marsalek, którego ojciec przybył do Austrii z Czech, był zafascynowany służbami wywiadowczymi. Chwalił się kontaktami z rosyjskim FSB, ale także z wywiadem austriackim. Miał kontakty z rodziną i otoczeniem Kaddafiego, którzy po upadku tyrana szukali schronienia dla siebie i dla swoich pieniędzy w Europie Zachodniej.

Zobacz także: Kto i ile wpłaca do budżetu Unii Europejskiej? Niemcy i Holandia największymi beneficjentami

Wirecard przez lata posługiwało się własnym systemem cyrkulacji kapitału

Jak się okazuje, kierownictwo Wirecard przez lata posługiwało się własnym systemem cyrkulacji kapitału. Jedną z często stosowanych metod było udzielanie kredytów i pożyczek klientom, którzy przekazywali część tych środków prywatnie członkom zarządu. Nie wykluczony lecz trudny do udowodnienia jest też proceder sprzedaży danych o usługach finansowych w celach wywiadowczych. Każdy wywiad świata, a zwłaszcza te bardziej szemrane, chętnie przyjąłby informacje o tym, kto komu, kiedy i ile przelał pieniędzy.

Aleksandra Fedorska

Kraje UE są za mało innowacyjne. Wózek ciągną głównie Niemcy i Szwedzi

Polecane artykuły

Back to top button