GospodarkaPolska

Do 2050 r. liczba ludności Polski zmniejszy się o 4,4 mln osób! Wkraczamy w kryzys demograficzny

Kryzys demograficzny jest wymieniany jako główne wyzwanie, a zarazem zagrożenie dla polskiej gospodarki. Jeżeli nie zaradzimy negatywnym trendom demograficznym, powrót na długotrwałą ścieżkę wzrostu gospodarczego będzie trudne do osiągnięcia. Z raportu GUS pt. „Sytuacja demograficzna Polski do 2021 r.” wynika, że liczba ludności w Polsce zmniejszy się aż o 4,4 mln osób do połowy obecnego wieku. 

Nadchodzi kryzys demograficzny

Nieuchronnie zbliżamy się do zapaści demograficznej. Jeżeli współczynnik dzietności w Polsce nie wzrośnie, struktura demograficzna przeobrazi się z „pulchnej damy” w „kebaba”. To oznacza, że dominować będą osoby w wieku poprodukcyjnym, natomiast najniższy odsetek populacji będą stanowić dzieci poniżej 10. roku życia. Niestety raport GUS pt. „Sytuacja demograficzna Polski do 2021 r.” wskazuje, że taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny.

Wyniki prognozy wskazują, że do 2050 r. liczba ludności Polski zmniejszy się o 4,4 mln osób – czytamy w raporcie

Raport GUS: Sytuacja demograficzna Polski do 2021 r.

Powyższy wykres pokazuje, jak zmieni się struktura demograficzna w Polsce. Jak wspomniałem, uwidacznia się dominacja osób w przedziale od 60. do 80. roku życia, natomiast silnie maleje udział osób wieku produkcyjnym i przedprodukcyjnym.

Zobacz także: Demografia Polski – w lutym urodziło się najmniej dzieci od czasów II wojny światowej

Aby lepiej zobrazować nadchodzący kryzys demograficzny, można przytoczyć zatrważające liczby. Mianowicie od 1990 r. liczba populacji w Polsce zwiększyła się o 310 tys. osób, natomiast przez najbliższe trzy dekady zmniejszy się o 4,4 mln osób. To blisko 12% obecnej liczby ludności.

Wskaźnik dzietności na poziomie sprzed 500+

Podstawową determinantą sytuacji gospodarczej jest współczynnik dzietności. Współczynnik ten według definicji GUS „oznacza liczbę dzieci, które urodziłaby przeciętnie kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego (15-49 lat) przy założeniu, że w poszczególnych fazach tego okresu rodziłaby z intensywnością obserwowaną w badanym roku, tzn. przy przyjęciu cząstkowych współczynników płodności z tego okresu za niezmienne”.

Zobacz także: Amazon w Polsce dał pracę 23 tysiącom ludzi. Teraz szuka nowych osób

W zasadzie od 30 lat Polska jest w stanie tzw. depresji urodzeniowej, która determinuje sukcesywny spadek wskaźnika TFR (ang. total fertility rate). Urodzenia żywe od 1990 r. zmniejszyły się blisko dwukrotnie z ok. 600 tys. urodzeń na rok do 332 tys. w 2021 roku. Natomiast od złotego czasu polskiej demografii, czyli lat 50. XX wieku, liczba ta zmniejszyła się prawie 2,5-krotnie.

Raport GUS: Sytuacja demograficzna Polski do 2021 r.

W efekcie współczynnik dzietności od lat jest poniżej poziomu zastępowalności pokoleń (ok. 2,10-2,15), będąc w trendzie spadkowym. Minimum wskaźnika TFR osiągnęliśmy w 2003 r. na poziomie 1,22. W okresie 2015-2019 nastąpiła nieznaczna poprawa. W tym czasie współczynnik dzietności wzrósł z 1,29 do 1,42. Jednak negatywne skutki społeczno-ekonomiczne kryzysu pandemicznego doprowadziły do spadku liczby urodzeń, w efekcie czego wskaźnik TFR spadł do poziomu 1,33 – poziom sprzed programu „Rodzina 500+”.

Raport GUS: Sytuacja demograficzna Polski do 2021 r.

Zobacz także: Dane nie wróżą nic dobrego. Liczba urodzeń w Polsce runie?

Polityka prorodzinna zawodzi?

Mimo wzrostu wydatków państwa na politykę prorodzinną (z 1,4% PKB w 2015 r. do 2,8% PKB w 2019 r.), perspektywy demograficzne wciąż malują się w ciemnych barwach. Zachodzi, więc niepewność, czy polityka prorodzinna jest efektywna. Przegląd sytuacji demograficznej w krajach UE pokazuje, że sukcesy odnoszą państwa posiadające rozwiązanie systemowe. Ponadto istotna jest rola pracodawców, którzy powinni wspierać pracowników wychowujących dzieci.

W Szwecji perspektywy demograficzne są dobre, ponieważ wprowadzono rozwiązania strukturalne i stabilne. Aż 64% dzieci do 3 r.ż. jest objętych instytucjonalną opieką (żłobki). W Polsce jest to zaledwie 17,5%. Z jednej strony wynika to z niskiej liczby żłobków, a z drugiej strony z wysokich opłat za żłobek. Z szacunków Money.co.uk wynika, że średnie czesne za żłobek w Polsce to 187 funtów, podczas gdy w Szwecji tylko 115 funtów. Co więcej, w Szwecji opłaty za żłobek pochłaniają zaledwie 2,62% zarobków rodziców, z kolei w Polsce aż 14,4%. Ponadto w tym skandynawskim kraju funkcjonuje tzw. premia za szybkość. Polega ona na tym, że jeśli kolejne dziecko urodzi się w ciągu 30 miesięcy od urodzenia poprzedniego, urlop rodzicielski można wydłużyć o kolejny rok.

Dobrym przykładem efektywnej polityki prorodzinnej jest także Dania, gdzie aż 77% dzieci do lat 3 jest objętych opieką instytucjonalną. To jednocześnie najwyższy wskaźnik w UE. Dzięki temu Dania przez lata utrzymuje wskaźnik dzietności na relatywnie wysokim poziomie jak na kraje UE – 1,77.

Casus państw skandynawskich pokazuje, że wspierająca polityka dochodowa rodzin nie wystarczy do poprawy sytuacji demograficznej. Niezbędne są także działania strukturalne, takie jak na przykład zwiększenie liczby żłobków i jednocześnie poprawa w zakresie ich dostępności cenowej dla rodzin.

Czy imigranci zza wschodniej granicy pomogą zwalczyć zapaść demograficzną?

Od 2014 r. (aneksja Krymu) ukraińska społeczność częściowo łagodzi kryzys demograficzny w Polsce. Napływ uchodźców zza wschodniej granicy spotęgowała dodatkowa agresja Rosji na Ukrainę. Jak wynika z raportu Unia Metropolii Polski, na koniec maja br. w Polsce przebywało 3,37 mln osób z Ukrainy. Około 1,55 mln osób to uchodźcy wojenni.

Z raportu NBP wynika, że aż dwie trzecie powojennych uchodźców z Ukrainy deklaruje, że jest w Polsce tylko tymczasowo, tzn. poniżej roku. To oznacza, że choć imigranci złagodzą kryzys demograficzny, to z pewnością nie uchronią nas przed nim.

Jeżeli do 2050 r. struktura demograficzna rzeczywiście będzie się przekształcać w tzw. kebaba, wysoki i długookresowy wzrost gospodarczy może stać się dla Polski nieosiągalny. Kluczowe są poprawa efektywności polityki prorodzinnej, a także otwarcie się na imigrantów – nie tylko z regionów kulturowo zbliżonych. Apeluje o to m.in. główny ekonomista Banku Światowego i nasz niedawny rozmówca Marcin Piątkowski.

Czy złote lata mijają? Wyzwania dla polskiej gospodarki na najbliższe lata [RAPORT OG]

Polecane artykuły

Back to top button